W tej samej organizacji działali przez wiele lat często znając się tylko z pseudonimów i utrzymując łączność za pomocą skrzynek kontaktowych. Jednym z pierwszych, których tam poznałem, był Krzysiek. Kornel Morawiecki powiedział mi wtedy o nim: „Erudyta wielkiej klasy i całkowity samouk!”

Rogaty życiorys

W Technikum Samochodowym wytrzymał parę dni. Szkołę tę rzucił, gdyż nie mógł zaakceptować w stanie zaakceptować obowiązku chodzenia w garniturze. W 1976 zaczął pracować jako strażak, ale wiadomość o planach wysłania straży pożarnej przeciw strajkującym robotnikom skłoniła go do zrzucenia także tego uniformu. Lata spędził w Bieszczadach, gdzie szukał ucieczki od PRL-owskich realiów. W 1979 rozpoczął współpracę z Kornelem Morawieckim, szybko stał się jednym z najaktywniejszych drukarzy i publicystów „Biuletynu Dolnośląskiego”.

W 1983 wyjaśniła się zbieżność nazwiska z wrocławskim metropolitą Henrykiem Gulbinowiczem. Kardynał miał zaakceptować dar dolnośląskiej Solidarności dla Jana Pawła II przybywającego z drugą pielgrzymką do ojczyzny. Darem była rzeźba z węgla, której autorem był brat Krzysztofa. Okazało się wtedy, że rodzinne korzenie arcybiskupa i braci – artystów wywodzą się z tych samych zakątków Wileńszczyzny. Doświadczeniem, do którego Krzysiek wiele razy wracał we wspomnieniach i które opisał w jednym ze swych opowiadań, było uwięzienie przez SB w roku 1986. W czasie przesłuchania go oficer SB długo przekonywał go, że Polska jest w przededniu wielkich przemian i żeby uświadomili to sobie przywódcy Solidarności Walczącej. „Wczoraj panowanie zapewniły nam czołgi. Na następnym etapie – zapewnią je banki. Wielu naszych wczorajszych przeciwników już wie, że więcej uzyska, współpracując z nami, niż z nami walcząc. Kiedy wreszcie zrozumie to Solidarność Walcząca?”

Cytowanie długiego wywodu oficera SB, który prosił o przekazanie tej oferty Kornelowi Morawieckiemu, pojawiało się zawsze, ilekroć Krzysztof uczestniczył w dyskusjach o ustrojowej transformacji z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

Niepowtarzalne pisarstwo

Krzysztof pasjami pochłaniał najbardziej wyrafinowane dzieła literackie i uwielbiał analizować najtrudniejsze z doktryn filozoficznych. Sam pisał głównie opowiadania, będące zjawiskiem osobnym, gdyż trudno wskazać prozaika o podobnym warsztacie. Kierował się zasadą Józefa Mackiewicza „tylko prawda jest ciekawa”, stąd tematy czerpał wyłącznie z ważkich faktów historycznych. Dążył do tego, by w jego utworach nie było jednego zbędnego słowa. Nie wyrażał żadnych emocji, które jego zdaniem powinny się rodzić wyłącznie jako osobiste doznanie czytelnika. Pod koniec życia miał wreszcie podstawy materialnej stabilizacji i warunki do uprawiania swej twórczości. Zaczął pisać dwa cykle opowiadań. Pierwszy miał być poświęcony przeżyciom z lat spędzonych w Bieszczadach. Drugi miał się składać w wielką opowieść o Solidarności Walczącej.

Za późno

W stałym i częstym kontakcie byłem z Krzyśkiem od 2003 roku. Depresja popchnęła go wtedy do próby samobójczej, więc od tego czasu telefonowałem do niego i spotykałem się z nim regularnie. Latem 2009, wraz ze Zbyszkiem Jagiełłą, towarzyszyliśmy mu w cyklu badań medycznych. Lekarze mówili o wyniszczeniu organizmu przez długoletni niezdrowy styl życia. Terapia, którą zaakceptował, dawała jednak szansę. Równocześnie szczerze podsycaliśmy jego zapał do pracy twórczej. W październiku bardzo mnie zaniepokoił „zniknięciem z radarów” prawie na dwa tygodnie. Okazało się jednak, że tylko zaszył się u przyjaciół z Ziemi Milickiej, właścicieli leśniczówki leżącej poza zasięgiem telefonów komórkowych. Uśpiło to nieco moją czujność, kiedy miesiąc później przepadł znowu.

Po jedenastu dniach bezskutecznego dobijania się do drzwi jego mieszkania postanowiłem je sforsować z pomocą policji i straży pożarnej. Okazało się, że nie żył od wielu dni. Najprawdopodobniej lekarska diagnoza sprzed kilku miesięcy była jednak zbyt optymistyczna. Umarł zapewne krótko po naszym ostatnim spotkaniu. Czuł się wówczas źle, ale wcześniej widywałem go w kondycji znacznie gorszej. Śmierć musiała jednak przyjść po niego krótko po naszej ostatniej rozmowie. Patrząc na jego zwłoki przypomniałem sobie tę rozmowę, która zresztą już wcześniej mocno utkwiła mi w pamięci. Nigdy nie mówiło się z nim o sprawach banalnych. Ostatnie słowa dotyczyły Polski. Wyjaśniał mi złożoność swojego pochodzenia. Podkreślał, że genetycznie jest Polakiem tylko w znikomej części, ale tożsamościowo uważa się za „Polaka bez reszty”. Mówił, jak wielką, niepowtarzalną sprawą jest Polska, z jak nieporównywalnych doświadczeń wynika, jak unikatową jest wartością. „Tylekroć dekapitowana, ocierająca się o ostateczną zagładę i na przekór wszystkim okolicznościom odradzająca się, niesiona przez wieki…” Twierdził, że uczestniczymy w czymś wielkim, czymś rodzącym nadzwyczajne zobowiązania i pytał, czy na pewno zdajemy sobie sprawę z wielkości tego, czego jesteśmy cząstką i rozmiaru zadania, jakie przed nami stoi.

Nagłe odejście Krzysztofa na przełomie listopada i grudnia 2009 (pewnej daty śmierci nie sposób ustalić) było utratą postaci wielkich zasług w walce o niepodległość a zarazem człowieka niepowtarzalnych talentów i nadzwyczaj wartościowych refleksji.

54 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here