Przy tym składaniu mamy kilka kategorii do omówienia.

Po pierwsze: dania gotowe. Są poręczne i uniwersalne, jak pudełko czekoladek czy zestaw prezentowy. Posługiwanie się gotowym szablonem „wszystkiego najlepszego” wcale nie musi być złe. Jest to rodzaj kurtuazji, niezastąpionej zwłaszcza, kiedy z różnych powodów nie chcemy wchodzić głębiej w temat. Jeśli znamy kogoś luźno, wyjeżdżanie z jakimiś osobistymi wtrętami byłoby niestosowne. Czasami znamy i bliżej, ale sytuacja życiowa życzeniobiorcy jest na tyle drażliwa, że taktowniej doprawdy uciec się do sztampy. Albo też my sami po prostu nie lubimy się przesadnie odsłaniać, osobiste wypowiedzi nas krępują, czujemy instynktownie, iż szczere życzenie (żeby cię pokręciło, stara cholero!) mogłoby wprowadzić pewien towarzyski dysonans, no więc, ten, najlepszego… No, a koniec końców – kto nie chciałby być zdrowy i bogaty?

Druga kategoria: życzenia dedykowane, długie lub krótkie, skrojone specjalnie pod konkretną osobę. Te różne ze szczerego serca płynące nietakty: fajnego kawalera! – skierowane do dziewczęcia, któremu mimo upływu kolejnych wiosen owego kawalera znaleźć się nie udaje. Dzidziusia! – parze, która bezskutecznie próbuje się rozmnożyć. I tak dalej. Są też oczywiście wypowiedzi wzruszające. „Życzę ci długiego, wesołego życia”, wyszeptała mi w Wigilię zawstydzona siedmiolatka, osoba tak serio, jak tylko siedmiolatki być potrafią (postaram się nie zawieść oczekiwań).

Bujniej nam oczywiście wychodzą życzenia w formie pisemnej, bo i zastanowić się można i zakłopotanie mniejsze – i tak oto powróciliśmy do natchnionego esemesa i kluczowego pytania: po co to robimy?

Bo wypada (no nic nie poradzisz). Żeby ci różni wiedzieli, że o nich myślimy – tak ogólnie. Albo żeby wiedzieli, że o nich myślimy ze szczegółami, niektóre z takich dedykowanych życzeń zawierają wnikliwą ocenę charakteru obdarowanego… Albo żeby wiedzieli, czego się od nich oczekuje (życzę ci… – w domyśle: życzę sobie, żebyś…), w tym ostatnim celują zwłaszcza mamusie, władcze ciotki, dominujący przyjaciele i inne osoby mające inklinacje menedżerskie. Ukrytym celem bywa, aby siebie samego zaprezentować jako osobę serdeczną, wyjątkowo mądrą bądź uduchowioną (przypadek autora natchnionego esemesa). I ten element autopromocji musi być dość istotny w całym rytuale, myślę sobie. Bo przecież inaczej, po co oznajmiać komuś, że się mu życzy czegoś tam, jeżeli stan ów nie zależy od niego (poniekąd). Logiczniej byłoby skierować swoje dezyderaty od razu do decydenta, jeśli zależy nam na ich realizacji. „Życzę ci żebyś dostał podwyżkę” to co innego niż pójście do kierownika: „Kazikowi trzeba dać podwyżkę” czy wyemitowanie stosownych próśb w stronę Transcendentnego Kierownictwa…

Może zresztą wypowiadanie intencji na głos, wobec osób zainteresowanych, ma jeszcze jakieś inne, magiczne znaczenie, którego już sobie nie uświadamiamy?

Ja to chyba najbardziej lubię powinszowania w pierwszej osobie liczby mnogiej, obejmujące i życzącego i „życzonych”, bo budują poczucie wspólnoty. I tego poczucia wspólnoty, nadrzędnego w stosunku do innych poczuć, życzmy sobie w Nowym Roku.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here