Jaki więc karygodny błąd popełnił znienawidzony rząd PiS-u? Bo że jest źle, dlatego że „rządzi PiS”, to wiemy, ale od czasu do czasu trzeba podać jakiś konkret, żeby tę tezę uwiarygodnić. Dlatego właśnie 2 stycznia Onet zaczął trąbić, na wszelki wypadek cytując z DGP te fragmenty, których redaktorzy portalu sami nie mogą zrozumieć:

Od nowego roku weszły zmiany dotyczące wydawania dowodów zakupu. „Sprzedawca, który rejestruje sprzedaż w kasie fiskalnej i wydaje paragon, może później wymienić go podatnikowi VAT na fakturę, ale tylko pod warunkiem, że na paragonie był NIP kupującego”. Nie wszyscy sprzedawcy mają możliwość umieszczenia NIP na paragonie. Część kas fiskalnych nie jest wyposażona w taką funkcję. Faktura wystawiona na podstawie paragonu niezawierającego NIP to powód do nałożenia sankcji na sprzedawcę. Te wynieść mogą nawet 100 proc. kwoty podatku wykazanego na fakturze.

Wniosek jest oczywisty: PiS-owski rząd znowu represjonuje przedsiębiorców i nakłada na nich kary. Nieważne, że zaledwie garstka przedsiębiorców ma jeszcze stare kasy fiskalne i nieliczni wystawiają faktury na podstawie wystawionych wcześniej paragonów. Ważne, by czytelnik odniósł wrażenie, że jest źle i będzie jeszcze gorzej.

O co naprawdę chodzi?

Do 31 grudnia 2019 nadużycia podatkowe często zdarzały się tam, gdzie zazwyczaj wydawano dużo paragonów, których klienci nie zabierali ze sobą – na przykład na stacjach benzynowych. Fakturę wystawiano na kwotę sumy paragonów znalezionych w koszu na śmieci i wręczano jakiejś zaprzyjaźnionej firmie transportowej powiedzmy na 500 litrów paliwa, oczywiście z podatkiem VAT. Dokument potwierdzał nieprawdziwy zakup paliwa na potrzeby firmy i uprawniał do otrzymania zwrotu kwoty VAT od fiskusa. Ponieważ kontrolerzy skarbowi są wciąż niedouczeni, a przede wszystkim leniwi, więc gdy mają fakturę, zwracają widniejącą na niej kwotę VAT. Są kryci. Mają papier. Nie wnikają, czy ciężarówka spaliła 15 czy może 1500 litrów na 100 kilometrów. W ten sposób współuczestniczą w przestępstwie.

Ministerstwo Finansów, „uszczelniając” VAT, wydało więc przepis utrudniający wystawianie takiej faktury zbiorczej: od 1 stycznia na paragonach stanowiących podstawę takiej faktury musi być NIP nabywcy. Ale nie wszystkie kasy fiskalne mają miejsce na pole NIP, więc niektóre paragony nie będą mogły zostać zamienione na faktury. I dlatego Onet biadoli. Redaktorzy Onet-u nie wiedzą, czym się różni paragon od faktury i do czego w ogóle służą te dokumenty.

Metoda zapobiegania wyłudzeniom VAT-u zastosowana przez Ministerstwo Finansów jest oczywiście zła, ale zupełnie z innego powodu, niż wskazuje to Onet.

Cofnijmy się do lat 90. XX wieku

Po słynnej transformacji ustrojowej Polska zaczęła reformować swój system podatkowy. Polskim „wynalazcą” podatku VAT był Witold Modzelewski, wiceminister finansów w wielu rządach RP. Dziś profesor, właściciel i zarządca firm doradczych, wydawca poradników podatkowych i inicjator wielu szkoleń na temat rachunkowości, usiłujący zostać doradcą kolejnego rządu do spraw opodatkowania obywateli. To właśnie dzięki Witoldowi Modzelewskiemu mamy w Polsce dokumentowanie sprzedaży trzema różnymi papierami: rachunkiem, paragonem i tzw. fakturą VAT. Każdy z tych papierów jest skrupulatnie opisany w przepisach o rachunkowości i w ordynacji podatkowej. Szczegółowa wiedza na temat tych dokumentów jest tak rozległa, że zwykły podatnik sam nie potrafi sobie z nią poradzić. Stąd w Polsce bujny rozkwit przeróżnych biur rachunkowych i firm, które szkolą księgowych.

Każda sprzedaż jest opodatkowana. Nie będę tu rozważał zasadności tej reguły – na potrzeby tego artykuliku załóżmy, że tak powinno być. Żyją jednak jeszcze ludzie, którzy pamiętają Polskę bez podatku VAT (należy do nich także Witold Modzelewski). Wtedy do każdego dokumentu opisującego sprzedaż dopisywało się stały procent podatku obrotowego. Jego wysokość była różna w różnych okresach. Pod koniec swojego istnienia (1993) wynosił on 20 proc na towary i 5 proc. na usługi. Tego podatku nie zwracano (jak dzisiaj VAT) przedsiębiorcy. System działał w przybliżeniu tak, jak dzisiaj działa w Stanach Zjednoczonych, które bez VAT-u maja się całkiem nieźle. Podatek obrotowy skracał łańcuchy odsprzedawców, ponieważ towar przy każdej kolejnej zmianie właściciela drożał o te procenty. Wprowadzenie podatku od wartości dodanej (ang. Value Added Tax), błędnie nazywanego w Polsce do dzisiaj podatkiem od towarów i usług, ale oznaczanego nie wiadomo dlaczego angielskim skrótem „VAT”, zostało połączone z nową definicją dokumentów opisujących transakcje sprzedaży: paragonem, rachunkiem i tzw. fakturą VAT. Trudno dziś dociec, co przyświecało autorom tych definicji, gdy ustalali, że na paragonie nie będzie numeru fiskalnego podatnika (NIP), a na fakturze musi się on znajdować – pod karą (!). Z jakichś niewyjaśnionych powodów umożliwiono w przepisach również wymianę paragonów na faktury. Być może był to ukłon w stronę nierozgarniętych nabywców towarów, którzy w momencie zakupu brali tylko paragon, ale potem przypominali sobie, że potrzebują faktury, by zwrócić się do skarbówki o wypłacenie VAT-u. Operacja odbierania paragonu przy kasie fiskalnej a potem noszenia go do miejsca, gdzie się wystawia fakturę (jakaś drukarka) jest niezłym biurokratycznym kuriozum i absolutnie polskim, oryginalnym wymysłem.

Oczywiście dokumentowanie sprzedaży można było zrobić za pomocą jednego papierka i nazwać go np. Jednolity Dokument Sprzedaży (JDS). Taki pełny JDS miałby datę, adresy i NIP-y sprzedawcy oraz nabywcy, opis towaru, stawki podatków, sumę do zapłaty i sposób płatności (gotówka, przelew, czek). Zresztą nazwa w ogóle nie jest istotna. Brak któregoś z tych elementów, zwłaszcza NIP-u uniemożliwiałby użycie takiego dokumentu jako załącznika do wniosku o zwrot VAT-u.

I na tym koniec. Nie byłoby żadnego noszenia i wymieniania paragonów na fakturę z tajemniczymi literkami „VAT”.

Ministerstwo Finansów nie wie, że można w prosty sposób udokumentować sprzedaż. Wymyśla wiec przepis o zamianie paragonów na faktury, zamiast go w ogóle znieść razem z rozróżnianiem paragonów i faktur. Niedouczeni redaktorzy Onet-u też nie mieliby powodu do rozdzierania szat nad potencjalnie represjonowanymi przedsiębiorcami i ich starymi kasami.

Tymczasem profesor Modzelewski może nadal cieszyć się opinią autorytetu, chociaż widzi dłubaninę przy uszczelnianiu wycieków podatku, który wprowadzał.

1010 KOMENTARZE