Obdarowane wówczas dziecko przytkane z wrażenia wołało „mamo, patrz – owoc! Prawdziwy owoc!”, gdyż nie wiedziało nawet, jak się ten piękny jadalny przedmiot nazywa. Dziś własne córki owego dziecka z bananem mogą się już tarzać w rozmaitych egzotycznych cytrusach, czekoladzie i innych frykasach – na szczęście zostały dobrze wychowane i ze słodyczy preferują kiszone ogórki, ale nie w tym rzecz. Ja sama w owych dawnych czasach miałam dwie pary butów (jedne lekkie, drugie ciepłe) i jedno zimowe okrycie. Dziś tych okryć jesienno-zimowych, przyznaję ze wstydem, mam 5… Butów nie podejmuję się liczyć, bo może być jeszcze gorzej, choć większość to pantofle na obcasie zakładane od wielkiego dzwonu, których nie sposób się pozbyć, bo nigdy nie wiadomo, kiedy ów dzwon zadźwięczy. (Pocieszam się wszakże, że do Imeldy Marcos jeszcze mi sporo brakuje…) 

Tak w ogóle nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wszystkiego ostatnio jest jakby za dużo. Zewsząd zasypuje nas lawina przedmiotów, fantastycznych ofert, niepowtarzalnych okazji. Te wszystkie mega-paki, grupony, super promocje i „czwarte pudełko gratis”. Jak nie boom przedświąteczny, to szaleństwo sezonowych wyprzedaży. Brodząc w morzu dóbr wszelakich będziemy źle się czuli, jeśli nie sprawimy sobie kolejnego czegoś, bo przecież okazyjna cena i takiego jeszcze nie mieliśmy. Jak pisał antropolog kultury Mircea Eliade – nadmiar, przesyt, rozrzutność, marnotrawstwo były elementem świętowania już w kulturach dużo starszych niż nasza, miały być kolorową przeciwwagą dla zgrzebnego, skromnego czasu nie-świątecznego. Tyle że u nas te bachanalia trwają nieustannie. Wszyscy ciągle mają urodziny, jak nie ja, to bank, stacja benzynowa, kino, supermarket, biuro podróży, sieć telefoniczna albo dostawca Internetu. I z tej okazji wszyscy chcą mnie obdarować praktycznym gadżecikiem lub większą ilością czegoś tam. Operator komórkowy, korzystając z tego, że ma do mnie swobodny dostęp, co i rusz proponuje mi rozmaite niezbędne usługi, jak lokalizacja dziecka za pomocą komórki, lokalizacja znajomych za pomocą komórki, lokalizacja siebie samego za pomocą GPS-a, stały dostęp do najświeższych ploteczek i Facebooka, Tweettera i innych komunikatorów. Jak co roku nawiedza mnie też oczywiście tradycyjny korowód domokrążców zatroskanych stanem moich finansów i gospodarstwa domowego, usiłujących wcisnąć mi: dywan, obicie kanapy, odkurzacz oraz nader korzystne pakiety usług telekomunikacyjnych typu Internet+telefon+kablówka. Wszyscy byli bardzo mili i przekonujący. Prawie im uwierzyłam. Bo generalnie propozycja typu „więcej za mniej” jest szalenie nośna i łatwo się dać na nią złapać. Przeraziła mnie dopiero perspektywa posiadania 150 kanałów telewizyjnych. I to nawet nie ze względu na zawartość treściową tychże (kanał przyrodniczy: Najgroźniejsi z groźnych, Polowanie na wodne potwory, Tajemnicze bestie, Atak rekinów; kanał komediowy: Jak poznałem waszą matkę II; Teoria wielkiego podrywu IV, Dwóch i pół III…), bo w tym mrowiu są też i pozycje ciekawe, wartościowe, które chciałabym obejrzeć – zwykle cztery równocześnie. Ale, na litość – półtorej setki programów nadających przez całą dobę?! Żeby skorzystać z tego dobrodziejstwa (a jeśli się za coś płaci, to przecież nie po to, żeby się marnowało), człowiek powinien co 7 minut zmieniać kanał, przy optymistycznym założeniu, że będzie się gapił w ekran przez 24 godziny, nie myjąc się, nie śpiąc, nie chodząc do pracy. Bo jeśli pójdzie, albo z przeproszeniem zachce mu się siku, będzie miał niemiłe uczucie, że oto traci coś bezpowrotnie. Wiem, wiem, można sobie nagrywać. Ale poświęcając wieczór na obejrzenie nagranego, pozbawimy się wszak możliwości zobaczenia tego, co leci w danej chwili…

Życie to sztuka wyborów. W momencie kiedy ów wybór mieliśmy ograniczony do dwóch par butów czy banana lub jego braku, wydawało się nieporównanie prostsze. Dziś samo opędzanie się od tych wszystkich cudownych okazji urozmaicenia nam egzystencji zajmuje mnóstwo czasu. Nawet Sokrates, który lubił podobno przechadzać się po targu, by zobaczyć bez ilu przedmiotów doskonale może się obejść, w dzisiejszych czasach poczułby się zdezorientowany.

Znajoma osoba uświadomiła mi ostatnio jedną rzecz: koszt opłacenia szkoły dla afrykańskiego lub syberyjskiego dziecka w ramach akcji Watoto to od 8 do 15 euro miesięcznie. Taniej niż 100 kanałów TV w jakości HD. I jest w tym więcej sensu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here