Aby miernik ten nie wskazywał fałszywych wartości, wkrótce oparto emisję pieniądza na złocie, tzn. emitent (np. król) produkował tyle monet, ile miał złota. Ilość złota na świecie była prawie stała (rosła bardzo powoli, ot, tyle ile rozsądna inflacja), więc pieniądz się nie tracił wartości.

Tak było do czasu, gdy emitentowi potrzebne były większe ilości pieniędzy niż posiadane zapasy złota. Zapasy złota można było zwiększyć, na przykład napadając na zasobnego sąsiada i rekwirując jego skarbiec. Ale na taka wojnę i tak chwilowo potrzebował więcej pieniędzy, stąd pomysły monet srebrnych, miedzianych, a potem pieniądza papierowego.

Wydawałoby się, że wprowadzenie pieniądza papierowego spowoduje straszliwą inflację. Tak się nie stało, przynajmniej na początku. Na banknotach podpisywali się różni władcy, bankierzy i ich emitenci, gwarantując swoim nazwiskiem, że w każdej chwili banknot można wymienić na kawałek złota. Oczywiście nie wszędzie. Jedynie w banku, który taki papier wydrukował. Te podpisy figurują na różnych banknotach do dzisiaj, ale już coraz rzadziej, bo jest coraz mniej chętnych do kalania swojego nazwiska pustymi obietnicami.

Obietnice te okazały się puste w latach 1971-1973, gdy Stany Zjednoczone doszły do wniosku, że ilość pieniędzy papierowych i blaszanych monet na świecie powinna odpowiadać nie ilości złota, tylko ilości dostępnego towaru. Taki wniosek zwolnił USA z obowiązku wymiany dolarów na złoto. Ponieważ dolar USA był (i jest) główną walutą rozrachunków międzynarodowych, to w ślad za dolarem poszli emitenci innych walut. Dzisiaj w świecie nie ma już prawie walut opartych o zapasy złota, a ci, którzy próbują swoją walutę oprzeć na czymś innym, a nie na dolarze USA – są surowo karani. Takie próby wciąż się podejmuje, ale kończą się one źle dla emitentów, którym „społeczność międzynarodowa” pod przewodnictwem USA konfiskuje nagromadzone złoto, a nad innymi zabezpieczeniami wartości waluty, np. ropą naftową, przejmuje kontrolę.

Podtrzymanie wartości pieniądza jest coraz trudniejsze, bo nie tylko są kłopoty z oceną ile na świecie jest dostępnego towaru, ale do towarów zaliczono również usługi, a nawet sam pieniądz jako taki stał się towarem. Oczywiście ciągle wierzymy w to, że banki same się pilnują, by nie dodrukować więcej pieniędzy, niż zostało to ustalone w bardzo poważnych międzynarodowych umowach. Ale pomysłowość ludzka nie ma granic. Usługi można kreować znacznie szybciej niż produkowanie materialnych towarów. Można np. wymyślić usługę zabezpieczenia udzielonego kredytu i ją sprzedawać po dowolnej cenie. Można wymyślić usługę pozwolenia na emisję jakiegoś gazu do atmosfery, czyli czynności o niemierzalnym rezultacie – i też to sprzedawać, a nawet doprowadzić do międzypaństwowego okładania się podatkami z tytułu takich czynności. Wszystko to potwornie dewaluuje pieniądze, do których przywykliśmy.

Dlatego z uwagą trzeba przyglądać się pomysłom opanowania, a w każdym razie zliczenia tych wszystkich przepływów finansowych. Sprzyja temu cyfryzacja bankowości, a więc tempo sporządzania możliwych zestawień i porównań. Globalnie się tego prawdopodobnie zrobić nie da, ale wewnątrz jednego systemu monetarnego takie próby są podejmowane.

Wygląda na to, że w Polsce taką próbę podejmuje właśnie minister finansów z błogosławieństwem premiera. Wchodzą w życie kolejne przepisy eliminujące gotówkę z życia publicznego. Coraz więcej jest zachęt do płacenia kartą, smartfonem, BLIK-iem, inną formą przelewu. Wszystkiemu temu przyświeca myśl wyłapania tych, którzy „piorą pieniądze”. Na czym polega „pranie pieniędzy”? Ogólnie chodzi o to, by w banku można było trzymać pieniądze, które dostaliśmy w gotówce, niespecjalnie je zliczając. Na przykład uśmiechamy się do sąsiada, a on codziennie daje nam za ten uśmiech jakąś niewygórowana kwotę. Uśmiechy za pieniądze nie są jeszcze zakazane, ale już częstowanie konopiami – tak. Na razie takie „niewygórowane kwoty” możemy wpłacać do banku bezkarnie, ale Ministerstwo Finansów stopniowo zaciska pętlę, ograniczając kwoty wpłat ale także i wypłat gotówkowych. Na małe przedsiębiorstwa, które i tak nie operują jednorazowo kwotami powyżej kilku małych tysięcy złotych, takie regulacje nie mają większego wpływu. Ale wpłata do banku utargu z „jednorękiego bandyty” (oczywiście legalnie zarejestrowanego!)…

No ale nie idźmy po bandzie – wystarczy sklep, który ma gotówkowy utarg dzienny powyżej 15000 PLN i chce go wpłacić do banku. Już zaczynają się podejrzenia o jakiś czarny biznes. Pieniądze oczywiście najpierw przechodzą przez kasę fiskalną, więc fiskus o tym i tak wie. Ale bank za darmo gotówki nie przyjmuje. Trzeba zapłacić za jej przeliczenie. W ogóle banki niedługo będą pobierały opłaty za jakikolwiek kontakt z pieniędzmi a w swej działalności skupią się prawdopodobnie jedynie na żonglerce derywatami. W Polsce również przelewy między przedsiębiorstwami większe niż 15000 PLN obłożone są restrykcjami związanymi z odprowadzaniem podatku VAT. Ministerstwo Finansów utworzyło listę tzw. białych rachunków, na które firmy mogą przelewać pieniądze „bez obaw”. Oczywiście nazwa jest dobrana tak, by każdy rachunek, który nie figuruje na tej liście kojarzył się z czarnym, a więc nielegalnym i złym obrotem pieniędzmi. Jest to oczywiste propagandowe nadużycie, nie służące budowaniu zaufania do resortu finansów. Minister finansów źle przemyślał te elementy walki z oszustami podatkowymi, bo odnosząc sukcesy, równocześnie medialnie pozycjonuje ministerstwo jako wrogą obywatelom administrację. A przecież nie o to nam chodzi, byśmy w Polsce mieli administrację, która traktowana jest jak okupant, prawda?

Ale nie jest to jeszcze taka straszna wpadka ministra Kościńskiego. Inni robią to znacznie mniej finezyjnie. Oto Indie już jesienią 2016 jednym pociągnięciem unieważniły największe banknoty 500 i 1000 rupii. 86 proc. gotówki będącej w obiegu straciło swoją wartość w ciągu jednej nocy. Ci, którzy mieli dużo gotówki w domach, nie zdążyli wymienić dużych nominałów. Rząd wprowadził wprawdzie nowe banknoty 2000 i 500 rupii, ale ich wydawanie było limitowane. Był to element większego planu „Indie – społeczność bezgotówkowa”. Ta kuracja dała szybki efekt: Indie są dzisiaj najbardziej zaawansowanym technologicznie państwem w usiłowaniach usuwania gotówki z obrotu. Natomiast ilość gotówki powróciła do podobnego poziomu jak przed tą operacją już po 3-4 miesiącach.

W Chinach natomiast gotówka znika łagodniej. Rozpowszechniony tam komunikator Wechat jest także popularną „elektroniczną portmonetką”. Większość drobnych płatności dokonuje się za pomocą tego komunikatora. Każdy przyzwoity Chińczyk ma go w swojej komórce. Chiński rząd nie stosuje przymusu płatności bezgotówkowych, tylko udostępnia wszechogarniającą aplikację swoim obywatelom, którzy powszechnie instalują ją na swoich telefonach. Zasięg działania tej aplikacji (tak jak zresztą popularnego w Europie komunikatora Whatsapp) był już kilkakrotnie ograniczany w Chinach. Zdarzało się tak na przykład podczas ostatniego Zjazdu Komunistycznej Partii Chin, ale użytkownikom, którzy bezgranicznie wierzą swojemu rządowi, to nie przeszkadza.

Ale są też i poważni przeciwnicy limitowania obrotu gotówkowego Oto 21 stycznia 2020 Rada Miejska Nowego Jorku przegłosowała uchwałę zabraniającą prowadzenia firm, które nie przyjmują gotówki. Obrót jedynie bezgotówkowy będzie zakazany, a odmowa przyjęcia gotówki będzie karana od 1000 do 1500 USD. Niektóre restauracje protestują przeciw takiemu rozwiązaniu, utrzymując, że obrót bezgotówkowy jest bezpieczniejszy. Radni jednak wzięli pod uwagę wykluczenie finansowe i społeczne prawie 12 proc. mieszkańców Nowego Jorku, którzy nie mają żadnych rachunków bankowych. Napiętnowali również sklepy i restauracje bezgotówkowe za „elitaryzm” i marginalizowanie mniejszości.

Wydaje się, że minister Kościński, czerpiąc wzory ex Oriente lux i tropiąc finansowych oszustów, zanim zlikwiduje wynalazek Fenicjan, powinien zważyć jednak również zdroworozsądkowe argumenty dochodzące z półkuli Zachodniej…

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here