Mimo obiecujących burych chmur kłębiących się nisko nad horyzontem, mimo nawet pewnego mroziku, płatki śniegu widziałam cztery. Tydzień temu. Nic nie przykrywa litościwą zasłoną zabałaganionego pejzażu, żadne białe płaszczyzny nie odbijają światła – otacza głównie nas szarość i półmrok…

Więc może i dlatego, jako że ten stan rzeczy trwa już od paru miesięcy, radości w nas coraz mniej, pojawia się powszechne zniechęcenie, starsi ludzie zaczynają umierać, a młodsi wpadają w doły egzystencjalne.

Mam przyjaciela. Cierpliwie znosi moje jeremiady nawracające z regularnością rozbujanej huśtawki. Tłumaczy, argumentuje. Pokazuje, że na wszystko można spojrzeć z innej strony, znaleźć ten drugi, lepszy koniec kija, a „wszystko do dupy” nie jest stwierdzeniem faktu obiektywnego, lecz wyłącznie przejściowym subiektywnym odczuciem, wynikającym choćby z przemęczenia i braku magnezu, więc może nie ma co jeszcze skakać z mostu. A czasem po prostu mówi: „rozumiem”.

Czy takie postawienie sprawy coś załatwia raz na zawsze? Na podobieństwo sytuacji dentystycznej: boli nas ząb, wyrywamy i koniec, już więcej nie boli? A skąd! Większość naszych ćmiących bólów jaźni ma przecież charakter cykliczny i często rzeczywiście wynika z przemęczenia czy braku magnezu bądź różnych czynników, na które – wydaje nam się – nie mamy wpływu. Te wszystkie pocieszenia ostatecznie też można wyczytać sobie w książkach, w najgorszym razie w publikacjach poradnikowych typu „Jak być szczęśliwym i bogatym” albo po prostu się rozejrzeć. Tylko że gdy człowiekowi poziom serotoniny leci na łeb na szyję, to treści drukowane trochę słabo przyswaja, a do rozglądania się nie ma głowy. I zupełnie inaczej, jeśli nam to ktoś powie, mimo że w ogólnym rozżaleniu początkowo mu nie uwierzymy (jak nie jest do dupy, kiedy jest!).

To są bardzo proste historie, elementarne gesty jak podanie ręki w odpowiednim momencie, przytrzymanie spadającego. I to wystarcza, do następnego razu. A kiedy już się pozbieram, myślę sobie: kurczę, no rację miał, ja przecież histeryzuję, przesadzam, głupia jestem, za to on – ho, ho – mądry.

Żeby nie było, że to tylko ja smarkam innym w rękaw – ostatnio kryzys dopadł mojego pocieszyciela. Słuchałam, co mówi, mając wrażenie, że zamieniliśmy się rolami, zaś lista dialogowa pozostała bez zmian. Bo były to te same ponuractwa, które zwykle wychodzą z moich ust. Czy w odpowiedzi zdradziłam mu jakąś prawdę objawioną, po której doznał oświecenia i już nigdy więcej nie będzie mieć chandry? Przekazałam coś, czego sam by nie wiedział w głębi duszy? No przecież nie, bo powtórzyłam mu toczka w toczkę jego własne diagnozy. I mam wrażenie, że w danej chwili pomogło. A jak za jakiś czas będziemy mieli nawrót, to powtórzę jeszcze raz i znowu, nie uzurpując sobie prawa do żadnego „szast-prast! rozwiązaliśmy problem” i tego typu łatwych satysfakcji.

Bo chyba po prostu o to chodzi: żeby zawsze ktoś stał przy tej huśtawce w wyciągniętą ręką. Szczególnie jak zimno i huśtawka oblodzona.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here