Argumentem części konserwatorów zabytków jest wymierzony w właścicieli wykrywaczy metalu zarzut, że ich poszukiwania naruszają czasem stanowiska archeologiczne. Poszukiwacze odpowiadają, że tak jak nie należy utożsamiać z wędkarzami kłusowników tak grabieżców nie należy mylić z miłośnikami historii, motywowanymi troską o dziedzictwo. Sprzeciwiają się też zakazowi poszukiwań na terenach prywatnych, gdyż stanowi to naruszenie prawa dysponowania własnością. Mając nadzieję na rozstrzygnięcie korzystne zarówno dla detektorystów, jak i drzemiącego w ziemi historycznego dziedzictwa, podzielę się nieco związanym z tą problematyką wspomnieniem.

Jeszcze jeden fraktal w strukturze

W roku 1985, wspólnie z paroma przyjaciółmi z konspiracji, wpadliśmy na pomysł utworzenia nowego podziemnego wydawnictwa. Okolicznością sprzyjającą takiej inicjatywie było to, że w moje ręce trafiła części starego domu, zlokalizowanego w Obornikach Śląskich, wcześniej zamieszkiwanego przez moich dziadków. Uznaliśmy, że dom swietnie nadawał się na drukarnię. Nasza inicjatywa, dla której wymyśliliśmy nazwę Niezależna Oficyna Studencka, de facto była jednym z trybików niezmiernie złożonej (i stąd wręcz niemożliwej do rozpracowania) struktury Solidarności Walczącej. Gros sprzętu i pomoc techniczna – pochodziły z organizacji Kornela Morawieckiego. Powielacz (jak się po latach okazało używany wcześniej przez Bohdana Błażewicza) przekazał nam Krzysztof Zwierz (w SW znany pod pseudonimem „Wyrocznia”).

Z tym dużych rozmiarów sprzętem wiąże się oddzielna historia. Przed transportem do Obornik powielacz ten został ukryty w piwnicy Radka Hejnowicza na Biskupinie (w grudniu 1984 roku zatrzymanego w związku z działalnością w Polskiej Niezależnej Organizacji Młodzieżowej i od tego czasu niezajmującego się konspiracją). Zanim jednak znaleźliśmy sposób przetransportowania powielacza do miejsca oddalonego o 30 kilometrów, działania Służby Bezpieczeństwa uświadomiły nam, że sprzęt wymaga natychmiastowej ewakuacji. Nie mając innego pomysłu (a nie chcąc narażać nikogo na ryzyko skonfiskowania samochodu) w najbardziej niesprzyjającym momencie, po nieprzespanych nocach i w środku wyjątkowo mroźnej i śnieżnej zimy, cały dzień wlokłem powielacz do miejsca przeznaczenia w wózku, po zaspach pobocza oblodzonej szosy. Uskrzydlająca była jednak pomoc przyjaciół z Solidarności Walczącej. Darek Olszewski wykonał bowiem dla nas dwa komplety przepięknych mosiężnych stempli. Miały służyć do pieczętowania naszych publikacji m.in. kopert z seriami fotografii.

Historia rezerwowego kompletu

W momencie uruchamiania obornickiej drukarni wrocławską konspiracja wstrząsały masowe represje. Wraz z ludźmi, trafiającymi do aresztów, przepadał cenny sprzęt. Nauczeni tym doświadczeniem rozlokowaliśmy zapasy materiałów poligraficznych w kilku oddalonych od drukarni skrytkach. Jeden z kompletów mosiężnych pieczęci postanowiliśmy ukryć solidniej. Miały one stanowić zapas na wypadek skonfiskowania przez bezpiekę kompletu zasadniczego. Umożliwiałoby to, być może dopiero po wyjściu na wolność, wznowienie działalności wydawnictwa. Zapasowe pieczęcie umieściliśmy w metalowej puszcze i zakopaliśmy pod najbardziej charakterystycznym drzewem, rosnącym na skraju lasu, tuż przy szosie łączącej Oborniki z Wilczynem Leśnym. Jak się okazało parę lat później – miejsce to świetnie ukryło swą tajemnicę nie tylko przed komunistycznymi służbami, ale też przed nami. Poszukując naszej puszki, przekopaliśmy sporą część gruntu wokół całego szeregu „charakterystycznych” drzew. W końcu pogodziliśmy się z utratą zapasowego kompletu pieczęci.

Niespodziewane
rozwiązanie zagadki

Minęło ponad ćwierć wieku, kiedy przypadkiem usłyszałem z radioodbiornika fragment rozmowy, w której jak mi się zdawało – padła nazwa naszego niegdysiejszego wydawnictwa i w której była mowa o jakimś „leśnym znalezisku”. Nie dowierzałem własnym uszom i po chwili doszedłem do wniosku, że najpewniej coś źle zrozumiałem. Parę dni później odebrałem jednak telefon od Cezarego Szarugiewicza, wraz z którym około trzydziestu lat wcześniej zakładałem nasze małe wydawnictwo. „Znalazły się nasze pieczęcie!” – krzyczał Czarek do słuchawki. Okazało się, że miejsce ukrycia pieczęci wzbudziło zainteresowanie poszukiwaczy wojennych pamiątek. Wzdłuż szosy łączącej Oborniki z Wilczynem w 1944 roku pociągnięto bowiem linię okopów. Kilkadziesiąt lat później przemierzali ją wyposażeni w wykrywacze metali poszukiwacze wydobywający spod leśnej ściółki guziki mundurowe, łuski karabinowe i inne drobiazgi. W pewnym momencie natknęli się też na znalezisko całkowicie przez nich nieoczekiwane: puszkę z kilkoma mosiężnymi stemplami, z których największy miał wielkość małej koperty. W pierwszym odruchu poszukiwacze skontaktowali się z rozgłośnią radiową, by ogłosiwszy informację o znalezisku wśród słuchaczy odnaleźć kogoś, kto mógłby być właścicielem pieczęci, lub wiedzieć cokolwiek na temat ich historii. Zasłyszany przeze mnie fragment radiowej audycji był efektem tego właśnie działania. Nie przyniósł on rezultatu, więc detektoryści rozpoczęli przeszukiwanie Internetu.

W końcu natknęli się na lakoniczną wzmiankę, zamieszczoną przez IPN, obok nazwy wydawnictwa wymieniającą też parę nazwisk. Moje nosi w Polsce około dwudziestu tysięcy ludzi, ale nazwisko Szarugiewicz – należy do nielicznych. Szybko odnaleźli więc firmę budowlaną, kierowaną przez Cezarego Szarugiewicza. I trafili w dziesiątkę – dzisiejszy przedsiębiorca i niegdysiejszy konspirator to jedna i ta sama osoba. Detektoryści umówili się na oddanie „zguby” na jednym z parkingów przy ul. Grabiszyńskiej. Gdy Czarek wjeżdżał na ten parking zobaczył grupkę ludzi z wielkim bukietem kwiatów. Okazało się, że ta ekipa, przypominająca jakąś oficjalną delegację, czekała właśnie na niego. W takiej atmosferze, wraz z podziękowaniami za uczestnictwo w podziemnej walce o wolność ojczyzny, detektoryści przekazywali właścicielom zagubiony komplet pieczęci.

Warto by może jeszcze wspomnieć o dalszych losach naszego wydawnictwa. Drukowaliśmy w nim publikacje w zdecydowanej większości niesygnowane znakiem Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Jednym z powielanych w niej pism był np. warszawski miesięcznik „Baza”. W 1987 roku kontrwywiad Solidarności Walczącej zaczął przynosić informacje o wzmożonym zainteresowaniu Służby Bezpieczeństwa jakąś działalnością, prowadzoną w Obornikach Śląskich.

Wiosną 1988 niezapomniany Tosiek Ferenc, mój szef z Solidarności Walczącej, zarządził natychmiastowe ewakuowanie z domu całego sprzętu. Godzinę później siedziałem oparty o powielacza w dostawczym Żuku. Po dotarciu na nowe miejsce przeznaczenia współpracownicy, którzy zajmowali miejsca w szoferce, powiedzieli mi, że zazdrościli mi braku możliwości obserwowania drogi. Poziom adrenaliny kilkakrotnie podnosiły im bowiem stojące przy jezdni patrole milicji.

Po dziesięcioleciach, w czasie wizyty w siedzibie dolnośląskiej Solidarności, identyczny powielacz zobaczyłem na tamtejszej ekspozycji urządzeń poligraficznych z czasów konspiracji. Nie wiem, jak tam trafił, ale po charakterystycznych znakach poznałem, że to nasz.

18 KOMENTARZE

  1. 266995 500346Wow, remarkable weblog structure! How long have you been running a weblog for? you created running a blog look effortless. The whole look of your internet site is magnificent, neatly as the content material material! 710652

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here