Mówi Pan, że właściwym autorem „Wojtyły na podsłuchu” jest Karol Wojtyła. Książka w zdecydowanej większości składa się ze stenogramów kazań i rozmaitych przemówień przyszłego papieża, które znalazł Pan w archiwach bezpieki. Chciałabym wiedzieć, czy materiały te można traktować, jako źródła?

Teksty, które znalazły się w „Wojtyle na podsłuchu” są nieraz zdobytymi przez bezpiekę, przygotowanymi do wygłoszenia tekstami kazań Arcybiskupa. Inne są sporządzonymi na podstawie nagrań dokumentami, zawierającymi pomyłki przepisującego lub miejsca, w których wskutek złej, jakości nagrania nie udało się uchwycić słów lub fraz wypowiedzi. I te, i inne, niektóre publikowane zresztą w innych wydawnictwach, są jednak materiałem autentycznym. Z jednym zastrzeżeniem. Książka nie ma charakteru wyboru dokumentów źródłowych, opracowanych, zredagowanych i opatrzonych przypisami. Jest raczej małym obrazkiem ukazującym postać autora tych wypowiedzi przez pryzmat działań operacyjnych komunistycznego aparatu bezpieczeństwa.

W nawiązaniu do wcześniejszego pytania, zapytam o pomyłki i przeinaczenia, które pojawiają się w stenogramach, bo są one niekiedy bardzo zabawne. Choćby o to, jak zamiast imienia starca Symeona, który doczekał się narodzin i spotkania z maleńkim Mesjaszem, wpisano imię Cyceron…

Zabawne, ale nieraz świadczące o ignorancji i wspomnianej już bylejakości. Przykładów jest sporo. „Piegi ołtarzowe i procesyjne” – nie mam pojęcia, o co chodzi, ale brzmi intrygująco. Trzeba pamiętać, że skrupulatność w odnotowywaniu wystąpień, kazań, przemówień Karola Wojtyły miała służyć nie celom dokumentacyjnym, ale tropieniu w nich wszelkich treści godzących w panujący w tamtych latach reżim komunistyczny. To czy św. Wojciech przybył do grobu, czy do dworu Bolesława Chrobrego, (w stenogramie „grobu” – przyp. autorki) nie miało znaczenia. Ważne było, czy nie kryje się w takim obrazie zawoalowana aluzja lub finezyjne propagowanie światopoglądu nieateistycznego, by użyć sformułowania z epoki.

Gdzie i w jakich okolicznościach Służby Bezpieczeństwa zamontowały urządzenia podsłuchowe, by inwigilować przyszłego papieża? Jak długo go podsłuchiwano?

Wobec Karola Wojtyły stosowano właściwie wszelkie wówczas dostępne metody inwigilacji, czyli podsłuch pomieszczeń, podsłuch telefonów, kontrola korespondencji, bezpośrednia obserwacja itd. Wszystko rozpoczęło się jesienią 1958 roku, gdy został biskupem pomocniczym w Krakowie. Objęcie funkcji w Kościele w latach komunizmu miało swoje konsekwencje. Aparat reżimowy uznawał taką osobę za szczególnie niebezpieczną dla ustroju i przystępował do działania. Polegało ono głównie na zbieraniu wszelkich informacji, które można wykorzystać przeciwko kościelnemu funkcjonariuszowi, jak to określano.

Bp Karol Wojtyła nie był wyjątkiem. W jego mieszkaniu, najpierw na ul. Kanoniczej, później na Franciszkańskiej, w jego gabinecie, w salach, w których przyjmował gości, zainstalowane były odpowiednie urządzenia. To samo dotyczyło rozmów telefonicznych i korespondencji. W Pałacu Biskupim w Krakowie podsłuch pomieszczeń nosił kryptonim „Gaj”. Z tego źródła pozyskano obszerny i interesujący materiał, w dużej mierze zachowany. Część znalazła się w mojej wcześniejszej książce „Donos na Wojtyłę”. Warto przy tym wspomnieć, że rozwój techniki przypadający na 2. połowę minionego wieku nie był bez wpływu na skuteczność działań operacyjnych. Pyta Pani, jak długo podsłuchiwano Wojtyłę. Odpowiedź jest prosta. W mieszkaniu, gabinecie i salach mieszczących się na ul. Franciszkańskiej 3 do 3 października 1978 roku, czyli do dnia, w którym opuścił Kraków, udając się na pogrzeb Jana Pawła I i na rozpoczynające się po nim konklawe…

Czy przyszły papież wiedział (domyślał się), że jest podsłuchiwany?

Tak. Wielu jego współpracowników, np. ks. bp Tadeusz Pieronek, wspomina, że kardynał Wojtyła doskonale zdawał sobie sprawę z tego, w jakich realiach przyszło mu być arcybiskupem Krakowa. Są zresztą bezpośrednie tego dowody w rozmaitych zachowanych dokumentach. Nie miał złudzeń, co do intencji i metod, jakimi posługiwała się ówczesna „ludowa” władza. Ale nie podejmował żadnych działań „kontrwywiadowczych”, wychodząc z prostego założenia, że skoro nie robi niczego złego, to nie musi niczego ukrywać. To był bardzo skuteczny sposób na neutralizację złowrogich zakusów bezpieki. A poza tym, on po prostu był ponad tym. Metropolita krakowski miałby zaprzątać swoją uwagę trudem peerelowskich aparatczyków? Nonsens.

Kim byli ludzie, którzy nagrywali kazania biskupa (potem arcybiskupa i kardynała) głoszone w różnych częściach Polski?

Funkcjonariuszami SB oraz ich współpracownikami. To były ich zadania służbowe. Uczestniczyć w nabożeństwach, spotkaniach, konferencjach, sympozjach, nagrywać lub notować wystąpienia Wojtyły, analizować je, ujmować w zestawieniach i raportach, oto codzienność ich pracy. W terenie. Bowiem trzeba było jeszcze ślęczeć godzinami w centrali telefonicznej lub w służbowej furgonetce zaparkowanej w pobliżu Pałacu Biskupiego i nasłuchiwać, co dzieje się w jego pomieszczeniach. Żmudna, choć czasem przynosząca efekty, praca. Na to nakładała się wszechobecna w tamtej Polsce bylejakość. Sprzęt zawodził, ludzie czasem też. Ot, taka scenka z lat sześćdziesiątych. W sali seminarium duchownego w Krakowie odbywała się konferencja, podczas której przewidziano wystąpienie Kardynała. Jeden z uczestników, wyposażony w minifon, który włożył do tylnej kieszeni spodni, zapomniawszy o tym, usiadł na twardym krześle. Uszkodzone urządzenie zaczęło wydawać głośne, dziwne dźwięki, a skonfudowany jego posiadacz szybko czmychnął odprowadzany zaciekawionymi i rozbawionymi spojrzeniami licznych zgromadzonych na sali.

Dziękuję za rozmowę.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here