Rynek polityczny i gospodarczy kraju zmienia się raz po raz w tajemniczy ogród nieplewiony estymacji, uogólnionych badań próby losowej, skal interwałowych, zmiennych zależnych i niezależnych, współczynników regresji, miar dyskretnych, kwadratów łacińskich, poziomów ufności, parametrów rozkładu zmiennej, rezultatów weryfikacji hipotez statystycznych etc.

Sondaże odtwarzają opinię, ale częściej tworzą tę opinię i na takiej to opinii opiera się w kraju władza. Termin „opinia publiczna” określa „trudną do zdefiniowania, żywą i łatwo ulegającą zmianie grupę indywidualnych sądów” – twierdził Edward Bernays, autor książki ‘Propaganda’ (1928), zwany na Zachodzie ojcem public relations, wedle pisma ‘Life’, jeden ze stu najbardziej wpływowych ludzi XX wieku.

Dobrze, jeśli to władza tworzy i zarządza sprzyjającą sobie opinię. Ale w Polsce jest właśnie inaczej, a nawet jest odwrotnie niż powinno być. Opinię tworzy totalna opozycja, a podlega tej opinii formacja rządząca. Władza opozycyjnej opinii jest zarazem władzą języka i nad językiem. To sprawia, że doskonałe efekty gospodarcze, finansowe i społeczne rządu nie tworzą sprzyjającej rządowo publiczności.

„Publiczność nie jest faktem naturalnym – pisał prof. Michael Foucault, francuski socjolog i historyk wiedzy. – Publiczność jest tworzona przez połączenie wiedzy i władzy” jako narzędzi wpływu. „Masy są irracjonalne i podlegają instynktowi stadnemu” – pisał Edward Bernays.

Skoro opinia publiczna jest jak plastelina, niebagatelna rolę w tworzeniu opinii odgrywa pozycja specjalistów od badań społecznych i tworzenia opinii publicznej. Zjednoczona prawica nie ma specjalistów od badań i tworzenia opinii, ma za to amatorów. A przecież politycy zawdzięczają swoje poparcie drobiazgowym badaniom i celowemu sprzężeniu wyników sondaży z przekazem telewizyjnym.

„Koordynatorzy kampanii wyborczych dostosowują uzyskane wypowiedzi do warunków panujących w lokalnych mediach – stwierdza Derrick de Kerckhove, profesor na Uniwersytecie w Toronto. – Telewizja wciska pewne obrazy w świadomość elektoratu, a komputery analizują reakcje, przedstawiane natychmiast jako fakty statystyczne”.

Prezentacje sondaży na ogół nie uwzględniają zaleceń Międzynarodowego Kodeksu Publikacji Wyników Badań Opinii Publicznej. Ujawniona opinia publiczna traktowana jest przez polityków jako przewodnik po rynku politycznym. Czy rzeczywiście jest to wiarygodny przewodnik?

Publikowane raporty podają wprawdzie, kto przeprowadził badania, ale nie zawierają już kilku istotnych odpowiedzi na pytania. Jaki był cel badań, jaka była wielkość przebadanej populacji. Jaką zastosowano metodę doboru próby? W jakim okresie były zbierane dane w terenie. Kiedy zostały sformułowane wnioski. Jaka była metoda zbierania danych. Jaki był odsetek odpowiedzi typu „nie wiem”.

RYNEK OPINI

Prawdziwy wysyp prognoz politycznych dokonuje się przed każdymi wyborami. Sondaże przynoszą informacje o tym, czego ludzie chcą. Prognozy zaś donoszą, czego ludzie oczekują w sferze politycznej, gospodarczej etc. Na kogo zamierzają oddać swój głos w najbliższych wyborach.

Agencje, ośrodki badań z łatwością odpowiedzą na każde dobrze opłacone pytanie. Władza zaś wykorzysta zdobytą wiedzę jako narzędzie do ukierunkowania politycznych wyborów. Sprawa badań komplikuje się, gdy sondaże dotyczą konkretów polityki. Przykładowo, czy stopy procentowe powinny być obniżone? Czy produkt krajowy brutto należy obliczać metoda wydatków? Czy za dużo konsumujemy, a za mało inwestujemy? Tu drzwi do krainy czarów stoją otworem.

Odpowiedź tramwajarza, pomocy kuchennej, robotnika z bazy wozaków w Bieszczadach i robotnika z kopalni torfu nad Bugiem jest równa odpowiedziom eksperta Centrum Adama Smitha, profesora ekonometrii ze Szkoły Głównej Handlowej i dyrektora Departamentu Analiz Ekonomicznych NBP w Warszawie.

Na szczęście wyniki sondaży nie mają mocy stanowionego prawa. Nie działają jak liberum veto. Karl Mannheim, socjolog wiedzy, przypatrując się w międzywojniu ruchom społecznym, stwierdził:

„Najbardziej ze wszystkich instytucji demokratycznych do zniszczenia systemu demokratycznego przyczynia się instytucja plebiscytu. Ta właśnie instytucja uczy ludzi zachowań, które nazwaliśmy psychologią tłumu. A psychologia tłumu jest jedną z najgroźniejszych zjawisk w ustroju demokratycznym”.

Prawda jest taka, że respondenci nie zachowują się jak odpowiedzialni członkowie społeczności, ale jak bierni widzowie nudnego przedstawienia, z którego w każdej chwili mogą wyjść do baru mlecznego na naleśniki. „Widz za nic nie odpowiada – pisał Karl Mannheim. – Ogląda po prostu przedstawienie i nie ma zamiaru ani wpływać na jego przebieg, ani też dociekać jego konsekwencji”.

Dzisiaj gospodyni domowa krytykuje politykę zagraniczną rządu, ślusarz dołowy kopalni jest przeciw likwidacji nierentownych kopalń, zaś rolnik spod Siemiatycz chce zarabiać tyle, ile zarabia rolnik spod Gandawy. Ujawniona opinia publiczna nie pomaga w wyborach dobrej polityki, bo wybory takie wymagają namysłu, wiedzy, rozwagi.

TWARZ SONDAŻY

Formalnie sondaże mogłyby być zupełnie ignorowane. Politycy, raz wybrani, nie wsłuchują się w opinię ludu, tworzą tę opinię. Narzędziem tworzenia opinii jest przemysł perswazyjny. Najważniejszy jest ciągły obrót: sondaż – media – reklama – sondaż – opinia tzw. autorytetów – sondaż – media – reklama – sondaż etc. Rozkręcone indywidualne opinie stają się opiniami zbiorowymi.

Sondaże monitorują stan zbiorowego umysłu, podpowiadają mediom, co jest do poprawienia, na co zwrócić uwagę, gdzie dolać oliwy, pod którym kotłem zapalić. Nie ma indywidualnego człowieka z jego indywidualną twarzą.

„Wywiady, ankiety, oceny, analizy i wszystkie inne metody badania opinii publicznej nakierowane są na zbiorowości, na większości i odzwierciedlają zbiorową średnią psychiki, poglądów, pragnień i żądań – powiada Derrick de Kerkhove. – Ankiety pomijają to, co indywidualne, specyficzne, jednostkowe, pozostające na uboczu tego, co dominujące”.

Z reguły siła sprawcza badań społecznych zależy od mediów, a nie od naukowej solidności. Liczą się tylko te sondaże, które są w stanie wygenerować elektroniczną opinię w radiu, telewizji, Internecie. To wymaga wiedzy z zakresu marketingu politycznego sprzężonej z wiedzą i doświadczeniem z zakresu mediów i komunikowania społecznego.

Gdy na prawicy wyborami zajmują się szlachetni dyletanci i naiwni amatorzy, liczącymi się konkurentami prawicy na rynku politycznym są takie osobowości, jak Kosiniak Kamysz, tygrysek z PSL; Szymon Hołownia, bezpartyjny; Robert Biedroń z Lewicy, działacz LGTB; Krzysztof Bosak, chłopiec z Konfederacji. To są kandydaci na prezydenta Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Mój Ty Boże, nie grzmisz!!

Fakty pokazują, że sondaże odzwierciedlają sytuacje, w których nastroje, reakcje uczuciowe i doraźnie korzyści podzielonego społeczeństwa przesłaniają racjonalne poglądy. Lud, a znamy dobrze ten lud, kieruje się wówczas korzyścią doraźną – kto da więcej, kto podstawi większe koryto z gęstszą strawą.

„Zdarza się, że opinia publiczna nie istnieje – pisał w międzywojniu Jose Ortega y Gasset, prawnik i filozof. – W społeczeństwie podzielonym na zwalczające się grupy, których siła opinii wzajemnie się znosi, nie ma miejsca na ustanowienie rządów opinii… Olbrzymia większość ludzi nie ma żadnej własnej opinii, a zatem trzeba im tę opinię wtłoczyć z zewnątrz, tak samo jak wtłacza się smar w łożyska maszyny”.

Badania opinii mierzą jedynie te pragnienia i preferencje, które dają się łatwo zaspokoić w sposób widowiskowy i uformują pożądane zachowania wyborcze. Abstrahują od niedającego się przewidzieć ryzyka, związanego z realizacją potrzeb wyższych, takich, jak potrzeba szacunku i samorealizacji. Człowiek dociekliwy, mądry, ceniący własne zdanie, uwrażliwiony na godność, nie nadaje się do manipulowania.

IDEOLOGIA OPINII

W demokracjach funkcjonuje model kaskadowy formowania opinii publicznej. Proces ten zaczyna się na poziomie establishmentu. Następnie opinia spływa w dół po wielu stopniach, z których dwa są bardzo ważne: przywódcy i media.

Model kaskadowy tworzy tzw. efekt śnieżnej kuli: opinia jest wciąż tworzona, wciąż rozwałkowywana w świecie płynnych tożsamości i telewizyjnych ekranów.

Tworzona odgórnie opinia przesyłana jest w dół kontrolowanymi kanałami, na dole wpychana jest siłą do mózgów. Nakaz, dyrektywa, zalecenie – wielu to lubi. Społeczeństwo jest wytresowane do przyjmowania opinii, a nie do jej tworzenia. Opinie spoza kontrolowanego przez establishment systemu są zdecydowanie piętnowane jako ciemnota, głupota, wstecznictwo, zgroza. To Polska.

Społeczeństwo wyłączone jest z procesu tworzenia i komunikowania opinii. Skazane jest na przyjmowanie opinii. Badania nakierowane na efekt polityczny i komercyjny, nie są w stanie uwzględnić wszystkich czynników formowania się opinii albo braku procesu opiniotwórczego.

Od czasów ukazania się głośnej pracy Harolda D. Lasswella ‘Propaganda. Technique in the World War’ (1927), sondaże nie wyrażają już woli publiczności, pojmowanej jako wyraz racjonalnych poglądów i intencji obywateli. Wyrażają opinię grup, które panują nad mediami i nad produkcja perswazji.

„Nieprzypadkowo w wielkich współczesnych społeczeństwach stało się tak ważne zdobycie monopolu na środki masowego przekazu. – pisze Rossi Landi w ‘Ideologii’. – Manipulując wiadomościami, a nie tylko słowami, potwierdzając lub destabilizując kody, warunkuje się zachowania społeczne i przemawia się na korzyść panujących ideologii”.

Opinia establishmentu wykuwana jest na uczelniach, w dużych ośrodkach kultury, w teatrach, w odosobnionych rezydencjach. Tak, wystarczyły dziesięciolecia po roku 1944, żeby w Polsce wyhodowała się opiniotwórcza warstwa, która jest przekonana, że do niej należy Polska, a Polscy to, jak mówią dziennikarze „wehikułu prawdy”, to „stonka” pędzona rano do roboty.

Można dziś mówić o „klasie dominującej”, która „roztacza kontrolę nad opinią publiczną”. Na polskim gruncie klasą dominującą jest tzw. establishment, uformowany w czasach wczesnego PRL i odtworzony w czasach nowej Polski. Ogromny wpływ na formowanie zachowań politycznych jest osiągany za pomocą zintegrowanego systemu perswazji.

Harold D. Lasswell nazwał ten system „zarządzaniem opinią”, co w praktyce oznaczało użycie propagandy dla maksymalizacji poparcia politycznego. Łatwość, z jaką „dominująca klasa władzy” potrafi odzwierciedlić swoje „bolszenstwo” w sondażach, każe zastanowić się, w jakiej Polsce żyjemy i czemu należymy do mienszestwa, gdzie każdy jest zwany przez klasę władzy burakiem, gnojkiem, tumanem, prostakiem, a wszyscy są bagnem.

Co się stało, że w Polsce, tradycyjnie antykomunistycznej, miliony głosują na bolszenstwo? Głosują na czerwonych, na z wierzchu zielonych, na tęczowych i niebieskich, którzy dzisiaj sięgają po Majestat Najjaśniejszej. Bić w dzwony, trąbić, larum grać. Ale czy nie za późno?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here