Brukselska zero emisyjność oznaczała w dużej mierze przeniesienie szkodliwych przedsiębiorstw na kontynent azjatycki. I właśnie pandemia ujawniła bezradność gospodarek europejskich, gdy zabrakło komponentów. Powrót do starej dobrej autarkii, do wyklętego narodowego egoizmu gospodarczego – w produkcji, w energetyce – wydaje się coraz bardziej uzasadniony.

Obsesja ekologistów na punkcie zbrodniczego CO2, zrealizowana w praktyce, zmierzałaby do zapaści cywilizacyjnej (zamiast produkcji mięsa – rośliny). Eurokraci myślą podobnie, przewidując „podatek mięsny”, żeby opłacić tzw. ślad węglowy. Z kolei ochoczo postulowana dekarbonizacja, wiązałaby się ze wzrostem cen energii elektrycznej, bo za reklamowane dobrodziejstwa źródeł odnawialnych, trzeba więcej płacić, choć wydaje się, że słońce świeci, wiatr wieje – a wszystko to za darmo.

Nasilają się bajania o bezpiecznej ewolucji energetycznej, tym bardziej natarczywe, im bardziej nierealne. Dotowana przez państwo fotowoltaika nie przynosi spodziewanych zysków (oszczędności), a w przypadku kredytowania rosną koszty przedsięwzięcia.

Dzięki nowelizacji ustawy wiatrakowej (ok. 2 km od zabudowań mieszkalnych), skrzydła tych olbrzymów już nie zaglądają do okien, choć nadal szpecą krajobraz. Sprytni przedsiębiorcy (unijne dotacje) korumpowali lokalne samorządy, nie ujawniając, czy produkcja wiatraka (emisja CO2) zbilansuje produkowaną przez niego tzw. zieloną energię. Jej udział w krajowej energetyce przekroczył już 11 proc., i powinien się zwiększać, kosztem węgla kamiennego i brunatnego. Charakterystyczne, że w tzw. miksie energetycznym nie uwzględnia się geotermii.

Ekologiści nie ustają nie tylko w deprecjonowaniu węgla, ale także gazu, tym bardziej, im bardziej – z racji łagodnej zimy – cena tych nośników energii spada. Protestują więc przeciwko rozbudowywaniu sieci gazowych i elektrowni gazowych. Zieloni zyskują coraz większy rozgłos w sejmie brukselskim, więc niewykluczone, że zideologizują energetykę czy szerzej – sprawy klimatu. Kto ma inne zdanie – staje się przedmiotem niewybrednych szykan lewicowych aktywistów.

Zanim jednak zrealizują się krajowe marzenia (urojenia) o elektrowniach jądrowych (koszty), to gaz (dlaczego nie węgiel) będzie surowcem energetycznym (m.in. bloki gazowe w elektrowniach Dolna Odra czy Kozienice). Tymczasem jest on (tak jak węgiel) na indeksie u ekologistów jako szkodliwy dla klimatu surowiec kopalny. Trzeba go wycofać z użycia.

Niemniej ani UE nie rezygnuje z importu węgla, ani dominująca gospodarka niemiecka nie likwiduje elektrowni czy kopalni. Przeciwnie – buduje nowe. Zresztą nie inaczej jest na świecie (w 60 krajach przewiduje się budowę elektrowni węglowych). Tylko nasz kraj jest wytykany jako truciciel. Tymczasem ekologiści są niedoinformowani, skoro nie znają bezemisyjnych technologii spalania węgla.

Węgiel

Polska ma największe złoża węgla na kontynencie europejskim (60 mld ton węgla kamiennego i 24 mld ton brunatnego – 12 proc. światowych zasobów), ale przecież nie po to komuniści i ludowcy wprowadzili ją do gospodarki brukselskiej, by korzystała z tych dobrodziejstw natury. W ramach unijnej solidarności i pomocniczości powinna bowiem importować energię elektryczną, kupować technologie eksploatacji źródeł odnawialnych, a choćby i rosyjski gaz z rury bałtyckiej za niemieckim pośrednictwem.

Tymczasem – zgodnie z porozumieniem paryskim – państwa powinny dążyć do neutralności klimatycznej, to znaczy produkować tyle CO2, ile mogą pochłaniać. Nie ma więc znaczenia, czy jest on emitowany ze spalania węgla, ropy, gazu czy biomasy. Pomijając okoliczność, że dbałość o klimat nie polega na rezygnacji ze spalania węgla, lecz odpowiedniego przygotowania pieców. Poza tym trwają prace nad tanią (i czystą) metodą gazyfikacji węgla.

Niezależnie od protestów ekologistów, kraje zachodnie nie rezygnują z węgla, jako paliwa energetycznego. W Niemczech powstają elektrownie węglowe. Tak więc węgiel pozostaje najtańszym źródłem energii. Energia elektryczna ze źródeł odnawialnych jest kilkakrotnie droższa. Nasza energetyka i ciepłownictwo są najtańsze wśród krajów brukselskich, ale to nie powód do zadowolenia. Raczej pretekst do nałożenia opłat emisyjnych.

Niezależnie od postępującej histerii klimatycznej, wydobycie węgla brunatnego w Niemczech sięga 180 mln ton (prawie trzy razy więcej niż w naszym kraju). Tamtejsza energetyka w 40 proc. bazuje na tym surowcu. Nic dziwnego, że niemiecka emisja CO2 bije europejskie rekordy (ale to nie ma takiego znaczenia, jak w przypadku naszego kraju), pomijając fakt importu towarów (głównie azjatyckich), produkowanych w szkodliwych technologiach.

Gaz

Troska o klimat to jedno, a zarabianie na sprzedaży rosyjskiego gazu – drugie. Niemiecka hipokryzja ekologiczna uwidocznia się w sporze o rurę bałtycką. Nie przejmując się ekologistami i tzw. unijną solidarnością, państwo niemieckie konsekwentnie aspiruje do europejskiego hubu, dystrybuującego rosyjski gaz. A przecież – jako paliwo kopalne – jest on zwalczany przez podających się za miłośników przyrody.

Jeżeli więc zarówno węgiel, jak i gaz nie są preferowane przez eurokratów na rzecz energii odnawialnych, to nic dziwnego, że krajowa produkcja gazu nie nabiera rozpędu. Tymczasem zasoby metanu w złożach węglowych szacuje się na 190 mld m sześciennych. Obecnie pozyskuje się ok. 4 mld m sześciennych tego surowca. Dla porównania – roczne wydobycie gazu ziemnego to 4 mld m sześciennych. Możliwości eksploatacji metanu i wykorzystania go w energetyce i ciepłownictwie są dalekie od pełnej realizacji.

Do zupełnego uniezależnienia się od dostaw gazu rosyjskiego, tak hojnie zaprogramowanego przez rząd PO-PSL, po 2022 roku może przyczynić się również produkcja biometanu przez rozwój lokalnych biogazowni. Wzbogaci on lokalne rynki energii i ciepła. To olbrzymie, niewykorzystywane możliwości. Dość powiedzieć, że biometan wykorzystuje się zaledwie w 5 proc.

To nie wszystko. Jerzy Kwieciński, prezes PGNiG, zapowiada prace nad technologiami wodorowymi. Wodór znajdzie zastosowanie w przemyśle motoryzacyjnym, ale także w ciepłownictwie i przemyśle, zastępując gaz. Perspektywy gazowe są więc rozległe i obiecujące. Niestety wiele zależy od eurokratów i lobbystów-ekologistów.

Geotermia

W globalnej energetyce XIX wiek był okresem węgla i pary wodnej, wiek – XX – epoką ropy naftowej i gazu. Przewiduje się, że wiek XXI będzie czasem energetyki zasobów odnawialnych. W tych konstatacjach i przewidywaniach nie uwzględnia się geotermii. Przestrzega się natomiast przed zbyt szybkim zużywaniem surowców energetycznych i ich szkodliwym oddziaływaniem na środowisko naturalne. Tymczasem źródła geotermalne to swoiste perpetuum mobile. Gorąca woda po oddaniu energii, powraca do złoża, gdzie nagrzewa się ponownie. I tak w nieskończoność.

Podczas gdy zasoby ropy i gazu na Morzu Północnym szacuje się na 13 mld tpu (ton paliwa umownego), to polski potencjał zasobów geotermalnych na 80-100 mld tpu. To gigantyczne morze energii, kilkakrotnie większe od objętości Bałtyku, szacowane na 6 do 10 tys. km sześć. (!) Zasoby te stanowią 99% potencjału wszystkich odnawialnych nośników energii. Reszta to energia wiatru, słońca, wody i biomasy. Naukowcy określili, że 80% powierzchni naszego kraju posiada warunki do rozwoju energetyki geotermalnej.

Koszt energii elektrycznej, otrzymywanej z geotermii w Europie (Francja, Niemcy, Włochy) jest o 30-50% niższy od tej z gazu czy oleju. Energia elektryczna czy cieplna z wód geotermalnych jest więc bezkonkurencyjna – najtańsza.

Perspektywa zbudowania do 2020 roku 300 gminnych zakładów geotermicznych wydawała się na początku obecnego wieku możliwa do realizacji. Takie zakłady to lokalne bezpieczeństwo energetyczne, a także szklarnie, suszarnie, kąpieliska balneologiczne i rekreacyjne, ośrodki agroturystyczne, zapewniające zatrudnienie okolicznym mieszkańcom. Do 2050 roku miały być w każdej gminie (ok. 3 tys.). Pozostały na planach, choć tyle mówi się o ochronie środowiska naturalnego.

Zielony ład

Brukselska transformacja energetyczna, przeprowadzana pod dyktando ekologistów i globalnych koncernów, nie liczy się z realiami. Postulowana dekarbonizacja to rujnowanie wielu krajowych gospodarek, postawienie „nowych” państw unijnych w postkolonialnej zależności, zdegradowanie do roli zacofanych rynków zbytu.

Obiecywane fundusze na restrukturyzację śląskiego przemysłu i regionu określono tak ogólnikowo, że wydają się nierealne. Nic dziwnego, że związkowcy z „Solidarności” protestują przeciwko „zaorywaniu polskiego górnictwa”. Problemy Śląska są również europejskie i postaramy się rozwiązywać je wspólnie – obiecywała w czasie katowickiej konferencji „W kierunku Zielonej Gospodarki” Elisa Ferreira, unijna komisarz ds. spójności. Biedniejsze kraje UE dostaną większe środki z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji.

Unijne obiecanki nie wywołują entuzjazmu śląskich zatrudnionych. Obawiają się o utratę miejsc pracy (nawet 200 tys. stanowisk związanych z górnictwem). Komisja Europejska przewiduje na restrukturyzację krajowej gospodarki 7,5 mld euro. To kropla w morzu potrzeb, gdy mówi się o dekarbonizacji gospodarki.

Eksperci szacują, że transformacja prowadząca do neutralności klimatycznej do 2050 roku, to koszt przynajmniej 600 mld euro. Nie brakuje jednak prognoz, że za unijną politykę klimatyczną możemy zapłacić nawet 900 mld euro. A znaczna część zasobów węgla pozostanie niewykorzystana, pozostawiona w złożach. Banki już odmawiają kredytowania budowy elektrowni węglowych.

Zero emisyjna gospodarka, neutralność klimatyczna to hasła w sam raz dla dziecięcych strajków klimatycznych. Ich nie interesuje dewastacja gospodarek państw unijnych. Francuskie społeczeństwo (żółte kamizelki) pierwsze zaprotestowało przeciwko wzrostowi cen energii (w celu redukcji CO2).

Odbiorcy drożejącej energii w krajach unijnych łączcie się.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here