Tak jak biurokracja brukselska i zwolennicy zmian klimatycznych przekonują, że to człowiek najbardziej zagraża środowisku naturalnemu, tak urzędnicy samorządowi i wszyscy ci, którym się powiodło, spychają na margines bezdomnych – jak uporczywe wyrzuty sumienia.

Z uporem godnym lepszej sprawy stołeczne władze likwidują targowiska, zaś strażnicy miejscy tropią chodnikowych handlarzy-partyzantów. Bezdomni – gdyby chcieli poprawić swój los – też byliby przeganiani, bo pretekstów nie brakuje (przepisy sanitarne, epidemiczne, podatkowe). Być może znajdą zatrudnienie przy uprawie warzyw, które mają być hodowane wzdłuż arterii komunikacyjnych, zgodnie z postępową modą brukselską.

Tymczasem bezdomni stali się jakby elementem scenerii miejskiej, ale w praktyce niewiele z tego wynika. Gromadzą się wokół centrów handlowych, w parkach, nad Wisłą. Są więc uchwytni, ale nikt nie proponuje im schronienia czy zatrudnienia. Mają jednak „swój adres”, więc Caritas Polska i straż miejska mogą im przekazywać paczki żywnościowe. Pandemia również nie wywołała większego zainteresowania losem bezdomnych.

Samorządowcy, którzy tak dzielnie machają Konstytucją, strojąc się w odpowiednie koszulki, zapominają, że ich zadaniem jest zaspokajanie potrzeb wspólnoty, czyli także zapewnienie schronienia bezdomnym. Jednak nie budują mieszkań o niskim czynszu dla najuboższych. Tęczowy stołeczny prezydent obiecywał 1,5 tys. mieszkań rocznie na wynajem. W ubiegłym roku powstało zaledwie ok. 230, w tym roku – ani jedno. Fantastyczny pomysł, by zburzyć stalinowski pałac kultury, zaś na jego szczątki ogłosić licytację, też nie przeszedł. A byłyby fundusze na tanie mieszkania.

Mieć dom

Właściwie należałoby zacząć od dywagacji – co to znaczy być bezdomnym, co to znaczy mieć dom, być w domu, u siebie. Można bowiem mieszkać w okazałej rezydencji na modnym przedmieściu stołecznej metropolii, a być bezdomnym, nie być u siebie. Ktoś, kto nie ma poczucia powiązania z rodziną, wspólnotą, z dziedzictwem kulturowym, kto stracił (odrzucił) swoje korzenie, może być obcym w swoim domu.

I nie ma znaczenia, że urządzał go jak najstaranniej, uwzględniając aktualny styl życia i obyczaje, nie mówiąc o modzie, jak również wygodę i funkcjonalność. Przysłowiowy burak czy słoik, zresztą korporacyjny niewolnik, dojeżdżający do luksusowego apartamentu w modnej dzielnicy nowobogackich, w którym nie ma czasu mieszkać, bo musi spłacać kredyt. To miał być interes jego życia – wydawało mu się, że przechytrzy bankierów – teraz domaga się interwencji państwa. W tej sytuacji narzekania na uczucie bezdomności wydają się zrozumiałe i uzasadnione.

Można też być bezdomnym w swoim domu, gdy relacje rodzinne nie układają się lub gdy ludzie nie wiedzą, po co są razem w jednym miejscu, W końcu dom powinien służyć rodzinie, a nie alienować się jako cel sam w sobie, bądź przedmiot prestiżu w towarzyskiej licytacji dorobkiewiczów.

Bezdomność może być przypadłością losu, może wynikać z niezrozumienia kondycji ludzkiej, paradoksalnie – może być w pewnym sensie kwestią wyboru. Wegetujący na obrzeżach cywilizacji, na działkach, w ruderach, pustostanach, za nic nie oddaliby swych siedzib. Są tam u siebie. Cenią sobie swoje „domy” i swoją niezależność. Są wolni aż do bezdomności.

Ile w tym patologii, ile krzywdy odrzucenia, ile niepraktycznej nieudolności życiowej – nie wiadomo. W każdym razie nie można polecać takiego sposobu bytowania. Niemniej, choć przydatny w rozważaniach o bezdomności, w żadnym przypadku nie służy relatywizacji czy bagatelizowania tego problemu.

Tani czynsz

Można podziwiać dociekliwość rachmistrzów ogólnopolskiego spisywania osób bezdomnych (w lutym 2019 roku), którzy policzyli, że jest ich w kraju 30330; najwięcej w województwie mazowieckim – 4278. Czyli stolica przoduje. Program pomocy bezdomnym, sporządzony przez urząd wojewódzki, adresowany do organizacji pozarządowych i instytucji pomocowych – nie przynosi spodziewanych rezultatów, chociaż służby publiczne nie próżnują (noclegownie, jadłodajnie, pomoc w znalezieniu pracy). Bezdomnych nie ubywa. Stołeczny prezydent zapowiada hostele LGBT, nie wspomina o hostelach dla bezdomnych.

Krakowscy bezdomni dziękują kapucynom, realizującym Dzieło Pomocy św. Ojca Pio, za udostępnienie łaźni, za dowożenie posiłków do ogrzewalni i noclegowni. Bracia kapucyni świadczyli tę posługę podczas największego zagrożenia pandemicznego. To przykład godny naśladowania dla samorządów i służb miejskich. Szlachetne miłosierdzie zakonników nie jest jednak w stanie przysporzyć mieszkań dla bezdomnych. W końcu to obowiązek władz lokalnych, które jednak nie wysilają się, zapewniając tylko jedną czwartą miejsc w noclegowniach.

Budownictwo socjalne, tak jak mieszkania o niskim czynszu, to zadania samorządów, z którego wywiązują się niechętnie, nawet gdy posiadają grunty zdatne do zabudowy. Wykazał to rządowy projekt Mieszkanie+. Samorządy – na złość rządowi – niechętnie podejmowały się jego realizacji. Co więcej – nie zwracają też uwagi na możliwości rewitalizacji lokalnych zasobów mieszkaniowych. Tym samym przeciwdziałają mobilności pracowników, utrudniając im znajdowanie się na rynku pracy.

Na początku tego roku Jadwiga Emilewicz, minister rozwoju, zapowiedziała nowe otwarcie programu Mieszkanie+. W Krajowym Zasobie Nieruchomości zebrano grunty pod 70-80 tys. mieszkań, znowelizowano ustawę budowlaną (ułatwienie w przygotowaniu i realizacji inwestycji). W zeszłym roku rząd deklarował 6 mld zł na pomoc dla gmin (lokale dla najuboższych, noclegownie, schroniska dla bezdomnych). To od samorządów zależy, jak szybko skrócą się kolejki do mieszkań socjalnych. Cudów nie ma. Mieszkania nie powstają z dnia na dzień, jak chciałaby opozycja.

Koło zamachowe

W tym roku przewiduje się oddanie do użytku 200 tys. mieszkań, w następnym – 250 tys. (dotychczas 150-155 tys.). Dzięki temu wzrostowi – jak zapowiada premier Mateusz Morawiecki – w naszym kraju w ciągu 10 lat powstanie milion mieszkań więcej, niż budowano do tej pory. Nazwany epokowym – program Mieszkanie+, czyli wybudowanie dodatkowego miliona mieszkań – będzie kosztował – jak się szacuje – 250-300 mld zł (blisko roczny dochód ze wszystkich podatków). To prawdziwy skok cywilizacyjny, potężny impuls dla gospodarki.

Do programu Mieszkanie+ włączyli się leśnicy. Na terenach należących do Lasów Państwowych, chcą budować drewniane domy jedno – i wielo-rodzinne. Będą tańsze w budowie i energooszczędne. Plany urzeczywistnią się, jeżeli ekoterroryści nie będą przykuwali się do domów, utrudniając życie mieszkańcom. A mówiąc poważnie i konkretnie. Prefabrykowany dom wzniesiony w technologii kompozytowo-drewnianej jest tańszy o 30 proc. od tradycyjnego, buduje się go o połowę krócej (kilka miesięcy), osiągając oszczędności energetyczne 60 proc. Na początek leśnicy chcą wybudować 5 tys. domów drewnianych lub 5 tys. mieszkań dla 5 tys. rodzin.

Jest dobra wiadomość dla małych i średnich przedsiębiorstw. Artur Soboń, wiceminister inwestycji i rozwoju, zapowiedział stosowanie prefabrykacji, która ma być przyszłością budownictwa. Oczywiście nie sposób porównywać tej nowoczesnej technologii z niegdysiejszą (niesławną) wielką płytą. Po prostu część pracy z placu budowy będzie przeniesiona do zakładu prefabrykacji. Dzięki gotowym elementom, budowa przyspieszy, będzie taniej i lepiej. Będzie też można zmniejszyć zatrudnienie. Już teraz z roku na rok ponad dziesięciokrotnie zwiększa się liczba mieszkań, budowanych w technologii prefabrykacji.

Jak podaje GUS, produkcja budowlano-montażowa była w kwietniu o 2,3 proc. wyższa, niż w marcu (zaledwie o 0,9 proc. niższa, niż w zeszłym roku). Budownictwo nie daje się wirusowi. Ma szansę pomóc gospodarce w wychodzeniu z kryzysu.

W końcu nie od dziś wiadomo, że budownictwo mieszkaniowe stymuluje całą gospodarkę. Nowe regulacje prawne umożliwiają elastyczną lokalizację inwestycji mieszkaniowych, gwarantującą jednak odpowiedni standard (infrastruktura, transport, tereny zielone, oświata). W sytuacji, gdy plany zagospodarowania przestrzennego pokrywają zaledwie 30 proc. terenów, to prawdziwa rewolucja. Zarazem zachęta dla młodych ludzi. Będą mogli stabilizować się życiowo w kraju, a nie na emigracji.

Interes

W wielu krajach samorządy prowadzą gospodarkę mieszkaniową z pożytkiem dla miejskiej kasy, jak i mieszkańców. Budują domy z mieszkaniami na wynajem o niskim lub umiarkowanym czynszu. Często dysponują własnymi terenami budowlanymi, co obniża koszty inwestycji. Dostępność mieszkań ogranicza spekulację (windowanie cen przez deweloperów i kamieniczników), ułatwia młodym ludziom start życiowy.

Dlaczego nasze samorządy nie korzystają z zagranicznych doświadczeń? Nie wiadomo. Za to chętnie przejmują liberalno-lewicową polityczną poprawność, propagandę LGBT czy wzorce dekonstrukcji miasta – rugowanie samochodów, zwężanie ulic, sadzenie warzyw, hodowla pszczół (najlepszy miód smogowy).

Posiadając na lokatach blisko 900 mld zł obywatele naszego państwa mogą inwestować w nieruchomości. Jeżeli nie robią tego masowo, to zapewne wynika to z ociężałości deweloperów, z nieukształtowanego rynku mieszkaniowego, W każdym razie lokata pieniędzy w mieszkanie wyprzedza zdecydowanie inne formy inwestycji kapitałowych (giełda, fundusze, obligacje, złoto, dzieła sztuki).

I tu znów paradoks, bo skoro inwestycja w mieszkanie jest tak atrakcyjna i korzystna, to dlaczego tylko nieliczni posiadacze funduszy ją realizują. Kupno mieszkania, by je wynajmować, przynosi nie tylko możliwość spłaty nabycia, ale także zysk na opłatach czynszowych. Jak na razie jest to niezbyt popularny sposób dorabiania się.

Tymczasem NBP wylicza, że korzyści z wynajmu mieszkań są kilka razy bardziej opłacalne, niż lokaty bankowe (niskie stopy procentowe).

21 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here