To jasne, że ogromny majątek dodaje pewności siebie, którą dziś uczenie nazywa się asertywnością. Ale nawet autentyczny sukces w jakiejś dziedzinie nie może uzasadniać tzw. przeniesienia autorytetu, co staje się zjawiskiem powszechnym, związanym z zafałszowanym językiem oraz forsowaniem popularności w dominujących mediach.

Spekulanta, któremu roi się przebudowa struktury ludnościowej świata oraz zasadnicze przemodelowanie jednostki, zamiast groźnym wizjonerem nazywa się filantropem. A przecież opłacani (z jego środków, choć niebezpośrednio) uczestnicy marszów, demonstracji, pikiet, chuligańskich burd czy wręcz zamieszek w różnych krajach na wielu kontynentach, stają się rozsadnikiem chaosu i dezorganizacji zagrażających demokratycznie wybranym władzom państwowym.

Żeby zachwiać pozycją brytyjskiej waluty państwowej nie wystarczy dysponować dużymi rezerwami finansowymi, ale trzeba jeszcze mieć insajderską wiedzę z londyńskiego City oraz wsparcie lub co najmniej przyzwolenie tych, którym pozwolono na sprawowanie superwładzy nad imperium brytyjskim, nad którym w czasach jego świetności słońce nigdy nie zachodziło. Operacje, które uciekinierowi z Węgier (do 1956 roku w Londynie, później w USA) pozwoliły zgromadzić ów ogromny majątek, oprócz gry na giełdzie, często miały charakter wrogich ataków spekulacyjnych na waluty narodowe, dlatego śmiało można tu mówić o bogactwie obrzydliwym.

Tak, George Soros ma w swym życiorysie różne, naprawdę paskudne karty, a zgromadzoną mocno wątpliwymi metodami fortunę wydaje wcale nie po to, żeby pomagać ludziom, którym się gorzej powiodło, lecz aby realizować utopijne mrzonki o tzw. społeczeństwie otwartym. By urzeczywistniać (chyba nie tylko swoje) sny o potędze.

Egzaltacje Billa od Windowsów

Natomiast Bill Gates, czyli naczelny szczepionkowiec świata, dorobił się trudno wyobrażalnej fortuny owszem, w sposób przyzwoity, bo dzięki rzeczywistemu wkładowi w technologiczny dorobek ludzkości, choć warto pamiętać, że ten nieprzyzwoicie bogaty człowiek podobno od razu wystartował z milionem dolarów w funduszu inwestycyjnym, jaki miała założyć dla niego matka. Potem różnie bywało, Microsoft zwłaszcza w internecie nie cieszył się dobrą opinią. Padały zarzuty o przyjęcie przez szefostwo firmy postawy niezgodnej z amerykańskim prawem antymonopolowym, o praktyki biznesowe utrudniające konkurencję, co zresztą zostało potwierdzone wyrokami sądowymi.

William Henry Gates III nie był wcale przyjemnym szefem dla wyższej kadry zarządzającej w firmie Microsoft, którą wspólnie z Paulem Allenem założył w roku 1975. Wnuk J.W. Maxwella, bankiera z Seattle, potrafił swych podwładnych gromić i krytykować, krzykiem zamykać im usta, odzywać się szyderczo, gdy uważał, że czyjeś decyzje zagrażają interesom jego firmy. Sądząc po wynikach finansowych jako informatyk i menedżer Gates sprawdził się nieźle, a obowiązek pracy dla tego akurat wytwórcy oprogramowania przecież nie istnieje. Jednak liczba luk, łatek, uzupełnień oraz krytycznych aktualizacji kolejnych wersji systemu operacyjnego do pecetów zdaje się dowodzić, że biznesman wziął górę nad zdolnym informatykiem.

Gorzej, że od pewnego czasu twórca MS-DOS zaczął przesadnie interesować się szczepionkami, a może raczej wizją rezultatów „wyszczepienia” całej blisko ośmiomiliardowej populacji naszego globu. A to już w przypadku szczepionkowca-ochotnika, któremu brak jakichkolwiek merytorycznych kompetencji w tym zakresie może wydawać i zastanawiające, i nawet z lekka przerażające.

Wystarczy posłuchać w sieci, jak mąż Melindy delektuje się słówkiem ‘szczepionka’, odmienianym przez wszystkie przypadki, oczywiście po angielsku… Dość przyjrzeć się rozanielonej minie, jaka pojawiła się na twarzy Gatesa w chwili, gdy własnoręcznie zaszczepił (przeciw czemuś? na coś?) jakieś czarnoskóre dziecko w Afryce: wypisz-wymaluj przebóstwiony święty w stanie egzaltacji…

Może zdumiewać, że ekspertom ostro krytykującym Edytę Górniak czy Wojciecha Brzozowskiego za wypowiadanie opinii w sprawach, na których się nie znają, autorytatywne stwierdzenia analogicznie niekompetentnego Gatesa o konieczności masowych szczepień – ostatnio przeciwko zakażeniu wirusem SARS-CoV-2, ale przecież nie tylko – zupełnie wydają się nie przeszkadzać. Dwustandardowość? Jak najbardziej.

Z tym, że między Edzią Górniak czy Wojtkiem Brzozowskim a Billem od Windowsów jest pewna istotna różnica. Oni przecież nie chcą nikomu tych szczepień zakazywać: kto chce, niech się szczepi. Oni domagają się jedynie prawa do decydowania o sobie i własnych dzieciach. Natomiast Gates, zapowiadając obligatoryjność szczepień oraz tzw. cyfrowe paszporty odporności, z kodem umożliwiającym jedno-jednoznaczną identyfikację każdej osoby w skali globu, najwyraźniej pragnąłby wszystkich ubezwłasnowolnić w tym zakresie i „wyszczepić” globalną populację co do jednego. Czy komukolwiek, choćby najbogatszemu prywatnemu przedsiębiorcy albo oligarsze, co gorsza, pozbawionemu przedmiotowej wiedzy oraz jakiegokolwiek demokratycznego mandatu, jesteśmy gotowi na to pozwolić?

Niepożądany odczyn poszczepienny, czyli STOP NOP

Zakłamanie przestrzeni medialnej, bo o rzeczowej debacie publicznej trudno w ogóle mówić, sięga granic absurdu. Np. wycofuje się z rynku tradycyjne termometry rtęciowe, które podobno – w razie zbicia się – mogłyby być nader groźne dla ludzkiego zdrowia. Można więc sądzić, że rtęć jest dla ludzkiego organizmu naprawdę niebezpieczna. W każdym razie w termometrach. Bo już jako środek konserwujący szczepionki podawane niemowlętom przestaje być groźna.

Według portalu Zaszczep się wiedzą, który promuje w sieci akcję proszczepionkową, wprawdzie używany do konserwacji szczepionek tiomersal „jest alergenem, który może powodować reakcje skórne”, a uczulenie na ten związek może sięgać nawet do pięciu proc. u młodzieży i dorosłych, ale – jak zapewnia dr nauk med. Iwona Paradowska-Stankiewicz, krajowy konsultant ds. epidemiologii – „tego typu reakcje po podaniu szczepionki z tiomersalem występują bardzo rzadko”. Zaraz, zaraz, jak to jest? Uczulenie, mogące się pojawić nawet u pięciu procent osób z grupy potraktowanej jakimś specyfikiem, to ma być „bardzo rzadko”? Jeśli nawet co dwudzieste zaszczepione dziecko może zareagować na alergen, to w przeciętnej liczącej około czterdzieścioro dzieci klasie, znajdą się średnio dwie osoby, które odczuły konsekwencje szczepionki na własnej skórze.

Zwraca też uwagę fakt, że jako grupa kontrolna (mimo że mowa o szczepionkach dla niemowląt) zostały w artykule przywołane osoby dorosłe i młodzież. Czy organizm niemowlaka zaatakowany serią preparatów o mocnym, w tym alergicznym działaniu, zniesie to lepiej niż młodzież i dorośli? Czy może jednak gorzej? Warto pamiętać, że tragedia Alfiego Evansa zaczęła się od rutynowej, ale potężnej serii szczepień. Okazało się, że w tym przypadku zbyt potężnej.

Wróćmy do tekstu „NOP – poznaj fakty, odrzuć mity”. Powołując się na Amerykański Urząd ds. Żywności i Leków (FDA), Światową Organizację Zdrowia (WHO), Europejską Agencję ds. Leków (EMA) jego autor (chyba raczej ktoś z portalu niż dr Paradowska-Stankiewicz osobiście) zapewnia, że badania prowadzone od lat 90. ubiegłego wieku „nie potwierdziły szkodliwości tiomersalu, czy aluminium zawartego w szczepionkach”. Tak, tego samego aluminium, które uważane jest za istotny czynnik katalizujący chorobę Alzheimera.

Dalej czytamy, że „Badania prowadzone u niemowląt w pierwszych 6 miesiącach życia wskazują, że etylortęć pochodząca z tiomersalu jest usuwana z organizmu w ciągu 4-9 dni”… Co więcej, „Dostępne, dobrze metodologicznie przeprowadzone badania, nie potwierdziły związku przyczynowo-skutkowego między narażeniem na tiomersal i występowaniem autyzmu ani zaburzeń neurologicznych u dzieci”. „Badania nie potwierdziły” albo i lepiej: „Nie znamy badań, które by potwierdzały, że” to bardzo ostrożne sformułowania, stosowne raczej w ustach prawnika reprezentującego koncern farmaceutyczny. W tak drażliwej sprawie jak zdrowie niemowlęcia z ust odpowiedzialnego badacza czy lekarza, dla którego ważny jest pacjent, przejęci rodzice oczekiwaliby raczej zapewnienia, że „badania taki przyczynowo-skutkowy związek jednoznacznie wykluczyły”.

Daleko od Hipokratesa, bliżej hrabiny Bathori

Wygląda na to, że stygmatyzowane jako oszołomskie, hołdujące teoriom spiskowym portale ciemnogrodzian w sprawie tak ważnej jak zdrowie i życie najbliższych wolą zachować postawę ostrożnościową. Natomiast chodzący w aurze naukowości szafarze postępu z całą swobodą promują zachowania obarczone nawet kilkuprocentowym ryzykiem. A przecież to, co ma pomagać i chronić, nie może szkodzić. Niski, w skali populacji kilkuprocentowy odsetek groźnych powikłań poszczepiennych, dla rodziców dzieci dotkniętych np. autyzmem stanowi pełne, stuprocentowe nieszczęście.

Zdarzyło się już zbyt wiele przypadków, gdy w krótkim od szczepień czasie zdrowy wcześniej organizm wykazywał poważne dysfunkcje, by ludzie nie nauczyli się traktować tych zbieżności w kategoriach związku przyczynowo-skutkowego. Chociaż przyczyny autyzmu nie zostały nadal zdiagnozowane, to wiadomo, że gwałtowny przyrost ich częstotliwości część ekspertów wiąże ze stosowaniem potrójnej atenuowanej szczepionki przeciwko odrze, śwince i różyczce.

Inne przyczyny rosnącego oporu społecznego wobec masowych, obligatoryjnych szczepień mają swe źródło w nagannych etycznie sposobach wytwarzania szczepionek. Nie jest tajemnicą, że przy ich masowej produkcji (która w obliczu zadeklarowanej pandemii ma sięgać nawet kilku miliardów sztuk) wykorzystuje się nie tylko tkanki płodów zwierzęcych, lecz również pozyskiwane masowo z klinik aborcyjnych ciała zabijanych przed urodzeniem dzieci. Motywowany religijnie i etycznie sprzeciw wobec kontynuowanej uparcie zagłady milionów nienarodzonych istnień ludzkich, zyskuje dodatkowe wsparcie uczonych, którzy nie tylko pamiętają o przyczynach choroby kuru (występującej u kanibali) czy epidemii BSE (roślinożerne bydło karmione przetworzonym białkiem zwierzęcym!), ale mają również świadomość zagrożeń wynikających z wsobności genetycznej.

Jeśli eliminowano ludożerstwo i małżeństwa zbyt bliskich krewnych, to również posiłkowanie się ludzką tkanką na poziomie komórkowym czy molekularnym prędzej czy później zostanie zakazane. Ze względu na bezpieczeństwo i higienę genetyczną. Wampiry i zombiaki niech pozostaną w popkulturowym bestiarium. Nie podążajmy ścieżką hrabiny Bathori.

(9 czerwca 2020)

76 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here