Port Lotniczy ma coś z Europy, do której aspiruje Gruzja. To nie tylko flagi i emblematy Unii Europejskiej na gmachu Portu. To także widoczne na lotnisku nazwisko wielkiego króla i wodza Dawida IV, który urodził się w Kutaisi, kolonii Greków, zwanej w starożytności Kolchidą.

Atrybutem Kolchidy było złoto. Miasto handlowało z greckim miastem Milet. Grecy dostarczali do Kutaisi oliwę, wino, zboże, wyroby rzemieślnicze. Natomiast Gruzini eksportowali do Grecji złoto, wosk, konopie. To był złoty wiek Dawida IV, zwanego Królem Królów, synem Gruzji, Mieczem Mesjasza. Ale to tylko część jego przymiotów, które zadecydowały, że Port Lotniczy Kutaisi nosi imię Dawida IV. Otóż Król Królów reprezentuje dzisiaj na lotnisku Europę.

Kolchida i Iberia, dwa starożytne państwa na Kaukazie, to historyczne fundamenty dzisiejszej Gruzji. Wiemy o tym z zapisków dwu sławnych Greków: Pindara i Ajschylosa.

Lotnisko imienia Dawida IV, oddalone 15 kilometrów od Kutaisi, zostało otwarte we wrześniu 2012 roku. Spod lotniska można od razu pojechać do Batumi za 20 lari, w przeciwną stronę, do Tbilisi, też za 20 lari. Można też, a warto, zajrzeć do Kutaisi, które jeszcze niedawno, przed dziesięcioma laty, było marnym, zrujnowanym miastem prowincjonalnym. Dzisiaj jest czyste, przyjazne, a nad miastem góruje odremontowana katedra Bagrati.

Kutaisi jest drugim pod względem wielkości miastem Gruzji, nieznacznie wyprzedza Batumi. Ma około 200 tys. mieszkańców. Ze względu na niskie jak na Gruzję położenie względem morza (zaledwie 150-200 m) Kutaisi jest jednym z najcieplejszych miejsc w kraju, latem jest tu upalnie i słonecznie. W XIX wieku, po zajęciu Gruzji przez Rosję, miasto stało się jednym z dwóch najważniejszych administracyjnych ośrodków okupowanego kraju.

Polskim akcentem w Kutaisi jest to, że w 1885 roku urodził się w tym mieście Władysław Raczkiewicz, polityk w okresie II Rzeczpospolitej, prezydent na uchodźstwie w czasie II wojny światowej.

Ozdobą centrum Kutaisi jest fontanna, wzniesiona na środku ronda. Przedstawia motywy nawiązujące do „złota Kolchidy”. Dumą Kutaisi jest modernistyczny gmach Parlamentu Gruzji, otwarty w 2012 roku. Wstydem miasta są ruiny fabryk i blokowiska, zbudowane w czasach sowieckich.

Z centrum Kutaisi można dojechać do Tbilisi koleją, taksówką, autobusem albo busem, tzw. marszrutką. Kolej kosztuje 7,50 lari (1 lari=1,70 zł). Taksówka 20-25 lari. Autobus kosztuje mniej niż 20 lari. Marszrutka, popularna w całej Gruzji, kosztuje 7-10 lari! Wybrałem autobus firmy Georgian Bus za 20 lari. Podróż autobusem trwa 3 godziny 55 minut i kończy się na placu Wolności (Liberty Square) w Tbilisi.

Kiedy autobus rusza, dochodzi godzina osiemnasta. Jest ciepło, świeci słońce. Ale gdy słońce zachodzi, robi się zimno. Na dworze temperatura spada do zera. Główna szosa z Kutaisi do Tbilisi jest asfaltowa, równa, ale boczne drogi, które mijamy, są często szutrowe albo asfaltowe z widocznymi dziurami. Na drogach pojawiają się wypasane luzem zwierzęta. Trzeba uważać na kozy, owce, świnie i krowy.

Gruzini nierzadko jeżdżą na gazie alkoholowym i na wąskich drogach wyprzedzają na trzeciego. Przeważnie mają kierownice po prawej stronie. Wyprzedzanie jest w takim układzie trudne, co powoduje wiele niebezpiecznych sytuacji. Policja jest wyrozumiała, przyjazna, pomocna i interweniuje tylko w sytuacjach szczególnych.

Patrzę przez okno autobusu na mijane wsie, osiedla, niewielkie targowiska, zrujnowane fabryki. Tu i ówdzie jakieś siermiężne sklepiki. Główny handel prowadzą przydrożni handlarze. W skrzynkach, na deskach albo na ziemi, widać owoce, warzywa i wyroby gliniane. Zastanawiam się, ile w tym, co widzę, jest Europy, ile Azji, a ile zwyczajnej biedy?

Europa to przede wszystkim mijane cerkwie, cerkiewki, kapliczki i krzyże. Na początku IV wieku wschodnia Gruzja przyjęła chrześcijaństwo, które stało się religią państwową. To był cywilizacyjny wybór Europy. Dokonał tego król Mcchety, Mirian, za namową Nino, późniejszej świętej Kościoła. Od tamtej pory Gruzini postrzegają siebie jako Europejczyków.

Ale czy postrzeganie siebie jako Europejczyków może zastąpić rzeczywistą europejskość? Przeciw europejskości Gruzji świadczy granica między Europą i Azją, oddzielająca Gruzję od Europy. Granica, jak się zdaje, była aktem bardziej politycznym niż geograficznym.

Granicę wykreślono na północ od Kaukazu, a tym samym pasmo górskie, po którym powinna iść granica, wypadło w Azji. Naturalna granica jest znana tym, którzy podróżują Gruzińską Drogą Wojenną. Gdyby granica szła wzdłuż dawnej południowej granicy Rosji z Turcją i Iranem, to państwa Południowego Kaukazu: Gruzja, Armenia i Azerbejdżan w całości byłyby w Europie!

W drugim albo trzecim wariancie granica mogłaby iść obniżeniem tektonicznym między Wielkim i Małym Kaukazem – wzdłuż rzek Rioni i Mtkwari (ros. Kury) albo wzdłuż grzbietu Małego Kaukazu, a dalej wzdłuż rzek Araks i Mtkwari – połowa Gruzji byłaby wówczas w Europie.

Niepisana granica na Przełęczy Suramskiej dzieli Gruzję na Wschód i Zachód. Wschód ze stolicą w Tbilisi, to Azja. Zachód to Kutaisi, starożytna Kolchida, należąca do cywilizacji śródziemnomorskiej. Różnicę między Wschodem i Zachodem widać choćby w typie urody. W zachodniej części ludzi są wyżsi, o jaśniejszej cerze. Na wschodzi bardziej krępi i o ciemniejszej karnacji.

A zatem warianty granicy na Kaukazie, oddzielającej Europę od Azji, pokazują, że wszystko jest możliwe. Jeśli nie w rozwiązaniach politycznych, to w rozwiązaniach geograficznych.

Kiedy autobus wjeżdża do Tbilisi, doznaję wrażenia, jakobym wjeżdżał do kraju zupełnie innego niż ten, przez który jechałem cztery godziny. Moje zdziwienie jest zupełne, gdy autobus zatrzymuje się na Placu Wolności (Tawisuplebis Moedani). Oczom jawi się miasto pełne wspaniałych gmachów, miasto jak wiele innych miast w Europie.

Bohaterem Tbilisi jest Lech Kaczyński, który przeciwstawił się Rosji. W wielu miejscach Gruzji są ulice imienia Kaczyńskiego. W barach, kiedy mówię, że jestem z Polski, słyszę wiele słów pochwalnych. Niekiedy kelner przynosi wino i wznosi toast za prezydenta Kaczyńskiego.

Mieszkam w niewielkim pensjonacie nad urwistym brzegiem rzeki Mtkwari (ros. Kura). Nocleg kosztuje 40 lari. Podobno są kwatery nawet za 10-15 lari za osobę. Standard nie jest za wysoki, ale wystarczający: wygodne łóżko, łazienka z ciepłą i zimna wodą. Z rana śniadanie – kawa, placki, jajko na twardo, serek.

Produkty żywnościowe – chleb, warzywa, ser, wino, owoce – można kupić w niewielkich sklepikach. Wino i czacza, lokalna wódka, to dwa alkohole narodowe. Obydwa są tu pite w bardzo dużych ilościach i często produkowane w domu. Gruzini twierdzą, że to właśnie w Gruzji wynaleziono wino.

Restauracji jest sporo. Dobry obiad kosztuje nie więcej niż 15 lari. Gruzińska kuchnia jest smaczna, ale monotonna. Gruzini mają mało zróżnicowaną kuchnię i na wszystkie posiłki jadają podobne rzeczy: placki chaczapuri (z mięsem albo serem, czasem z jajkiem), pierożki chinkali (z mięsem i rosołem), sałatka z ogórków, pomidorów i kolendry, szaszłyki grillowane mięso bez dodatków) – drobiowe lub wieprzowe, zupa lobio z fasolą, sery, chleb.

Wzbudzam sympatię, gdy mówię: gamardżobat (dzień dobry), madloba (dziękuję), didi madloba (dziękuję bardzo), gaumardżos (na zdrowie). Z kucharką i z właścicielem pensjonatu dogaduję się po rosyjsku, a nie po angielsku. Rosyjski jest w Gruzji popularny. Słychać rosyjski w barach, w restauracjach, w ogródkach kawowych, na ulicy.

Turyści rosyjscy przyjmowani są przez Gruzinów uprzejmie. To jest właśnie narodowy charakter Gruzinów, którzy potrafią zapomnieć o tym, co złe i cieszyć się tym, co dobre.

Gruzini są tradycjonalistyczni i wymagają od przybyszy poszanowania kultury i obyczajów. Turyści, zwiedzając cerkwie, bazyliki i katedry nierzadko z IV, VI i XI wieku, nie zawsze stosują się do obowiązujących w świątyniach zasad. Owe zasady ustala zwykle kapłan zawiadujący świątynią. Bywa tak, że do jednej świątyni udaje się wejść bez specjalnego stroju, a do drugiej nie wpuszczą nawet ze względu na małe niedociągnięcie w stroju.

W wysokich górach, przykładowo w Swanetii, należy zadbać o przyzwoity strój. Nawet w upalne letnie dni kobiety nie powinny zbyt mocno się rozbierać. Niedopuszczalne jest pokazywanie się kobiet w kostiumie kąpielowym. Mężczyźni powinni unikać nazbyt krótkich spodenek i paradowania bez koszuli.

Przed wejściem do XI-wiecznej katedry Alawerdi koło Telawi w Kachetii sprawdzane są ubiory turystów. Wchodząc do cerkwi, kobiety powinny mieć zasłonięte włosy, ramiona i kolana. Mniej restrykcyjne jest zwiedzanie położonego opodal Mcchety monastyru Dźwari z 590 roku. Z niewielkiego dziedzińca u wejścia do monastyru roztacza się wspaniały widok na rzekę i wieś.

W samej Mcchecie, dawnej stolicy Gruzji, a dziś stolicy Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego, stoi otoczona murami katedra Swati Cchoweli. Tu rezyduje Jego Świętobliwość Arcybiskup Mccheta – Tbilisi i Katolikos – Patriarcha całej Gruzji.

Obrońcą tradycyjnych form jest Gruziński Kościół, który sprzeciwia się liberalizacji prawa w kwestiach religijno-światopoglądowych. Po upadku komunizmu, Gruzini wrócili do religii. Kraj przeżył okres religijnego odrodzenia. Eduard Szewardnadze, były sekretarz partii komunistycznej, towarzysz Gorbaczowa, zanim został prezydentem Gruzji, publicznie przyjął chrzest. Sakrament sprawował arcybiskup Eliasz II.

Pozycja patriarchy jest bardzo mocna. Jest on największym autorytetem w kraju. Ma wielki wpływ na życie społeczne i polityczne. Mówi się, że Eliasz II jest świętym za życia. Gruzini z uwagą wsłuchują się w jego głos. Czy zechcą go także słuchać unijni politycy, w niczym nie podobni do Roberta Schumana, chrześcijańskiego ojca Unii Europejskiej?

Politycy, którzy prowadza Gruzję do Unii i do NATO, musza więc już dzisiaj zwrócić uwagę na kilka problemów natury politycznej, kulturowej i religijnej. Arcybiskup Eliasz II, obrońca tożsamości Gruzji, zapewne nie spodoba się twardemu jądru Europy, manifestującemu lewicowość i liberalizm. Natomiast Gruzinom, gdy się rozejrzą, nie musi się spodobać europeizacja Gruzji.

Gruzini w referendum zaakceptowali jednoznacznie prozachodni kierunek zmian. Ponad 85 procent Gruzinów opowiada się za integracją z Unią Europejską, a 81 procent za wstąpieniem Gruzji do NATO. Dlatego przy budynkach publicznych w miastach i miasteczkach, a nawet we wsiach, wiszą flagi unijne obok flag gruzińskich. Ale przecież nie flagi czynią Europę na Kaukazie.

Zdjęcia Michał Mońko

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here