Zastąpienie Karty Rodziny kartą LGBT to wybór między cywilizacją życia a cywilizacją śmierci, ale sam pomysł implementacji elgiebetyckiej pandemii w naszym kraju – nieuwzględniający jego tożsamości, tradycji, systemu wartości, historii – to wyjątkowa niegodziwość, zresztą bolszewicka hucpa.

Ktoś, komu nie przeszkadza wyprzedaż stołecznego majątku komunalnego, pozwala sobie kandydować na prezydenta kraju. Ktoś, kto zatrudnia peerelowskich funkcjonariuszy, pozwala sobie mniemać, że ta grubokreskowa tolerancja uprawnia go do najwyższego urzędu w państwie. W dodatku deklaruje „wypalenie żelazem” wszystkiego, co wprowadził PiS.

Kasta sędziowska odgraża się, że będzie usiłowała nie dopuścić elekta do objęcia urzędu prezydenta – sytuując się poza logiką demokracji, poza kulturą polityczną, zresztą poza zdrowym rozsądkiem.

Straszenie „pisowską dyktaturą”, „łamaniem Konstytucji” i „nierespektowaniem europejskich wartości” – bez konkretnych przykładów – to populistyczna demagogia zatruwająca, karykaturyzująca debatę publiczną.

Totalna opozycja systematycznie manifestuje, że nie dojrzała do demokracji (kwestionuje wyniki wyborów), broni skompromitowanych polityków (nawet z zarzutami prokuratorskimi) z uporem godnym lepszej sprawy. Jej zwolennicy są wspaniałomyślnie wyrozumiali, co innego ich odpowiedzialność za poziom debaty publicznej czy kultury politycznej.

Czy pechowiec zarządzający stolicą, którą nawiedzają coraz to nowe plagi (ścieki, wody opadowe ze ściekami zalewającymi ulice, handlarze roszczeń, kierowcy posiłkujący się dopalaczami, szczury, zalegające śmieci), mógłby być dobrym prezydentem kraju – pytanie retoryczne.

Demoralizacja stołeczna

Prezydent Trzaskowski, podający się raz za krakowiaka od pokoleń, raz za starego warszawiaka, innym razem za śląskiego patriotę, z satysfakcją przewodzi paradzie dumy gejowskiej. O marszach niepodległości wyraża się krytycznie – nie chce w mieście faszystów i nacjonalistów. Jednak przed wyborami łagodzi swoją opinię, co przecież nie oznacza – znając jego wiarygodność – że zmienił swoje zdanie o patriotycznych manifestacjach. Jak na razie więcej mówi o homo-elgiebtyckich hostelach, niż o schroniskach dla bezdomnych. W końcu jego podpis pod kartą LGBT w sam raz na uczczenie 100-lecia niepodległości (bo żadne upamiętnienie nie powstało).

Drugorzędny aparatczyk, reklamujący się jako brukselczyk (potrafi myśleć w obcych językach), nie sprawdził się jako gospodarz stolicy. Za jego kadencji w mieście wciąż coś nie działa (przedłużająca się budowa metra, zwężanie arterii komunikacyjnych). Niezrażony tym prezydent, podwyższa opłaty (ponad 300 proc.) za wywóz śmieci, czym bije światowe rekordy.

Stolica naszego kraju to wymowny przykład brukselskiego neokolonializmu. Energię elektryczną zapewnia firma niemiecka, ciepło – francuska, metro latami dłubią włoscy fachowcy (z pomocą tureckich). Komunikację autobusową zapewnia firma niemiecka, zatrudniająca kierowców na dopalaczach. Widać miasto stać na wyprzedażową hojność (i tak zapłacą podatnicy), ale o korupcji nie wypada mówić. Pozostaje pytanie: czy mieszkańcy stolicy uświadamiają sobie konsekwencje tych okoliczności, czy też są tak wyrozumiali dla zarządzania miastem przez PO, że wybaczają nawet zalewanie go ściekami.

Prezydent reklamuje „szeroką otwartość” stołecznego ratusza, chwali się, że nikomu nie zagląda do życiorysu. Jakoż zawodowy nienawistnik, produkujący sok buraczany, jak i córka volksdeutscha, zresztą agentka SB, obecnie aktywistka elgiebetycko-feministyczna – są hojnie finansowani przez stołeczny ratusz z pieniędzy podatników, którzy zapewne nie wiedzą, że utrzymują to osobliwe muzeum komunizmu i Polskiej Rzeczpospolitej Grubokreskowej razem wzięte. Zapewne też nie wiedzą, że ratusz finansuje testy sprawdzające jakość narkotyków.

Nie pozwolimy odebrać sobie duszy – wykrzykuje „warszawski tęczowy szambiarz” (podczas gdy jego zwolennicy nagminnie zrywają plakaty wyborcze Andrzeja Dudy) w przedwyborczym amoku. A przecież Rafał Trzaskowski podpisał kartę LGBT i deklarował usunięcie religii ze szkół. O jakiej duszy więc bełkoce? Jeżeli idzie o wolność lewactwa – to przecież nic mu nie zagraża.

Media wyborcze

Nie zachowując nawet pozorów dziennikarskiej niezależności, komercyjni nadawcy zabawiają się w sztaby wyborcze. Huzia na Józia – czyli na urzędującego prezydenta. I nieważne, że polskojęzyczne media godzą we wspólnotę narodową. Nieważne, że trudno mówić o demokracji, gdy w mediach dominuje opcja lewicowo-liberalna, zresztą anty-PiS-owska. Monopolistyczna nierównowaga medialna uchodzi jakoś uwadze regulatorom rynku (ładu) medialnego.

Tymczasem dzieją się rzeczy niemożliwe w cywilizowanym świecie. Oto kablowy operator pozwala sobie na przerywanie przekazywania sygnału TVP właśnie wtedy, gdy prezydent Andrzej Duda finalizuje swoją kampanię wyborczą. Czy zainteresowani wystąpią do operatora o stosowne odszkodowania – nie wiadomo. W każdym razie nastąpił zamach na bezpieczeństwo państwa, na wolności obywatelskie. Precedens już był (i uszedł na sucho) podczas ciamajdanu w grudniu 2016 roku. Kar umownych nie było.

Trzeba nie lada determinacji, by w potopie polskojęzycznych mediów, realizujących rację stanu ich właścicieli, nie ulec perswazjom, manipulacjom, insynuacjom, półprawdom i kłamstwom. Jeżeli w takich warunkach zwycięża elektorat prawicowy, można mówić o cudzie. Trudno jednak, by polityka bazowała na takich zjawiskach. Tymczasem siła rażenia polskojęzycznych mediów nie słabnie, gdy na parę dni przed wyborami można targnąć się na prezydenta, kłamliwie sugerując jego pedofilskie sympatie.

Chociaż nie jest to ich rolą (i przeznaczeniem) media komercyjne ochoczo zabrały się do kreowania polityków-wydmuszek, a nawet ugrupowań politycznych (palikociarnia, Nowoczesna, ruch Biedronia czy Hołowni). Charakterystyczne, że są to kreacje o profilu lewicowo-liberalnym, deregulującym scenę polityczną na niekorzyść orientacji konserwatywno-narodowej. Medialni promotorzy tych inicjatyw nie wdają się w szczegóły, a przecież życie polityczne wymaga transparentności (niejasne finansowanie przedsięwzięć, nie rozliczanie się beneficjentów). W tym przypadku dziennikarska dociekliwość nie dochodzi do głosu.

Tymczasem nie brakuje dziennikarzy – w swoisty sposób wykorzystujących wolność słowa – którzy donoszą na swój kraj do obcych mediów. Potem można bajdurzyć co mówi o nas świat, a więc pojawia się faszyzm, zapędy autorytarne, ogranicza się wolności obywatelskie i wolne media. Taka międzynarodowa współpraca w szkalowaniu swego kraju nie napotyka na zdecydowany sprzeciw, tak jak dominowanie debaty publicznej przez media polskojęzyczne. Ustawa dekoncentracyjna wciąż nie jest uchwalona.

Subkultura sejmowo-kampanijna

Zwolennicy Trzaskowskiego na jego spotkaniach przedwyborczych często zamieniali gwiaździste proporce brukselskie na flagi państwowe, co było oczywistym ukłonem w stronę patriotycznego elektoratu. Niemniej podczas ogłaszania wyników wyborczych znów dominowały proporce brukselskie – symbole europejskości, na niekorzyść polskości. Takie przebieranki ku zwabieniu elektoratu można zrozumieć z punktu widzenia opozycji. Znacznie trudniej zrozumieć poparcie konfederacyjnych narodowców, udzielone Rafałowi Trzaskowskiemu. To nie tylko zamiana flagi biało-czerwonej na tęczową, to przecież wybór określonego modelu światopoglądowego, cywilizacyjnego, sprzecznego z głoszonymi wartościami. Partyjnictwo nad interesem wspólnoty, a zarazem zdrada swego elektoratu, sprzeczna z demokracją.

Koperty do głosowania korespondencyjnego mogą zabijać, senacka opozycja blokowała wybory – i udało się. Koperty nie zabijają, kandydat-dubler dzielnie walczył, ratując PO przed rozsypką. Jak to się ma do demokracji – ta partyzantka polityków, którzy nie dojrzeli do demokracji, bo nie godzą się na wolę ludu – nikt nie pyta. Ważne, by pozostać u władzy.

Zarówno w salach sejmowych, jak i na spotkaniach przedwyborczych, grasował specjalista od kreatywnej prowokacji – poseł Sławomir Nitras. Taka osobliwość parlamentarna z jakiejś egzotycznej kultury politycznej. Jego chuligańskiej nadaktywności strzegł zarówno immunitet, jak również imponujące osiłki. Tolerancja elektoratu równie rozciągliwa, jak dla wybrańców z zarzutami. Ma je senacki marszałek, senatorowie, posłowie – totalna opozycja poza zasięgiem sprawiedliwości, nie mówiąc o odpowiedzialności – także jej elektoratu.

Podczas długiej i burzliwej kampanii wyborczej jakoś uszło uwadze elektoratu, że od 2017 roku jest prowadzone śledztwo w sprawie niegospodarności w Grupie Poczty Polskiej przy realizacji programu e-Usług. W latach 2012-2015 straty sięgnęły 50 mln zł. W prokuraturze jest zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez R. Trzaskowskiego (byłego ministra cyfryzacji). Jakoś nikt go o to nie spytał. Gdyby wygrał wybory, byłby prezydentem z zarzutami. Precedens już wprowadzili jego koledzy sejmowi.

Demokracja bojówkowa

Antydemokratyczna opozycja z autorytarnymi zapędami, zresztą małostkowa i nietolerancyjna, specjalizuje się nie tylko w niszczeniu bannerów. Coraz więcej poselskich rękoczynów, wspierających przedwyborczą propagandę. Coraz więcej nieodpowiedzialnego rozdawnictwa z nieujawnianych źródeł. Wiadomo – nikt ci tyle nie da, co PO obieca. Są jednak granice takiego prestidigitatorstwa przedwyborczego. To rżnięcie głupa i robienie głupków z elektoratu, czyli chamstwo polityczne.

Tymczasem kampania wyborcza ujawniła nową specjalizację zawodową. Lotne brygady bojówkarskie sprawdziły się podczas spotkań przedwyborczych Dudy. Zakrzykiwanie wystąpień, gwizdy, zaczepianie ludzi – niewyszukany repertuar, bezkarna działalność. Trudno mówić o skuteczności (zważywszy zwycięstwo prezydenta), ale chamstwo rzucało się w oczy. I bezkarność.

A przecież partyzanci przedwyborczy dopuszczali się nie tylko agresji wobec zebranych, ale także naruszali godność urzędu głowy państwa, wiedząć o prawach kandydata na prezydenta. To metoda niegodna demokracji, chętnie wykorzystywana przez o-PO-zycję.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here