Zakończył się w ten sposób swoisty maraton wyborczy trwający od wyborów samorządowych, które odbyły się jesienią 2018 r. poprzez wybory do europarlamentu, w maju 2019, wybory do Sejmu i Senatu w październiku 2019r., aż do przesuniętych wyborów prezydenckich zakończonych 12 lipca 2020. Teraz koalicja Zjednoczonej Prawicy będzie miała prawie trzy lata spokoju aż do kolejnych wyborów parlamentarnych, które planowo mają odbyć się w 2023 roku. Już teraz warto zastanowić się jak ten okres wykorzystać dla dobra kraju.

O skali sukcesu świadczy fakt, że w 2015 r. Andrzej Duda otrzymał 8 630 627 głosów, co stanowiło 51,55 proc. oddanych ważnych głosów, zaś jego ówczesny konkurent Bronisław Komorowski – 8 112 311 głosów (48, 45 proc. ważnych głosów). W 2015 roku frekwencja była mniejsza – 55,34 proc. W porównaniu z wyborami z 2015 r. Duda otrzymał około 1 810 021 głosów więcej. Na szczegółową analizę wyniku wyborczego przyjdzie zapewne czas. Jednakże do tej beczki – z punktu widzenia elektoratu prezydenta – miodu, chciałbym teraz dodać łyżkę dziegciu.

Warto zauważyć, że Andrzej Duda wygrał przede wszystkim w Polsce gminnej i małomiasteczkowej. W miejscowościach do 5 tys. mieszkańców otrzymał 66,75 proc. głosów, w miastach od 5 do 10 tys. mieszkańców – 62, 45 proc., zaś w miastach od 10 do 20 tys. mieszkańców – 55,13 proc. Gorzej mu poszło w miastach od 20 do 50 tys. mieszkańców, gdzie otrzymał 48,77 proc. głosów, przegrał zaś wyraźnie w miastach od 50 do 100 tys. mieszkańców (43,92 proc. głosów), od 100 do 200 tys. mieszkańców (42,78 proc), od 200 do 500 tys. mieszkańców (35,76 proc. i powyżej 500 tys. mieszkańców: 32,97 proc.

Kiedy rozpatrzymy wyniki wyborów na poziomie województw, to okazuje się, że poparcie Polski gminno-miałomiasteczkowej wystarczyło Andrzejowi Dudzie do zwycięstwa w sześciu województwach: lubelskim, łódzkim, małopolskim, podkarpackim, podlaskim i świętokrzyskim,. Natomiast Rafał Trzaskowski zwyciężył w dziesięciu województwach: dolnośląskim, kujawsko-pomorskim, lubuskim, mazowieckim, opolskim, pomorskim, śląskim, warmińsko-mazurskim, wielkopolskim, zachodniopomorskim. Zauważalny jest podział na Polskę wschodnią i zachodnią, choć podział ten zaciera się, gdy za podstawę analizy przyjmie się wyniki wyborów uzyskane na poziomie powiatów.

Ważniejszy od podziału geograficznego jest podział geograficzno – społeczny na metropolie (miasta powyżej 500 tys.), miasta duże (200-500 tys.) i średnie (od 20 do 200 tys.) i na resztę kraju czyli: małe miasteczka (do 20 tys. mieszkańców) i wsie – jednym słowem Polskę małomiasteczkowo-gminną. W zachodnich województwach kraju przeważyła Polska metropolitalno-miejska, we wschodnich – małomiasteczkowo-gminna. Pytanie, jakie stoi przez Zjednoczoną Prawicą (a i do pewnego stopnia przed Platformą Obywatelską i pozostałą opozycję), gdzie szukać potencjalnego elektoratu w następnych wyborach: w Polsce metropolitalno-miejskiej czy – stosuję te określenia umownie – małomiasteczkowo-gminnej.

Wydaje się, że nie da się efektywnie rządzić Polską, odwołując się wyłącznie do poparcia jednej grupy elektoratu. Kluczem nie tyle do zdobycia, ile do umocnienia przyczółków wpływu w Polsce metropolitalno-miejskiej przez Zjednoczoną Prawicę, wydaje się siedem kwestii.

Wykreowanie merytorycznej opozycji

Totalna opozycja prowadząca do wojny wszystkich przeciwko PiS-owi wyjaławia i merytorycznie, i programowo nie tylko opozycję, ale i rządzącą koalicję, gdyż zarówno rządzenie, jak i kontrola rządzących przekształca się w zarządzanie emocjami. Tymczasem każda władza, zarówno w interesie swoim, jak i tych, w imieniu których rządzi, zamiast happeningów, bardziej potrzebuje merytorycznej krytyki. Formą wykreowania takiej opozycji byłoby umożliwienie części opozycji (np. prorynkowo zorientowanej Konfederacji czy Koalicji Polskiej) realizacji tych ich elementów programowych, które zbieżne są z programem Zjednoczonej Prawicy.

Dekoncentracja mediów

Przeprowadzenie tzw. repolonizacji mediów drogą ustawy wydaje mi się wątpliwe. Pewne, częściowo zamierzone, częściowe przypadkowe zaniedbania zostały popełnione u progu transformacji, których nie da się tak prosto odwrócić poprzez ustawę, która zapewne zostałaby zaskarżona do instytucji europejskich. Ale nie oznacza to, że nie da się w tej materii nic zrobić. Hasło repolonizacji mediów w istocie sprowadza się do ich dekoncentracji. Jednym z instrumentów jego realizacji może być rynek reklam. Rozwiązaniem możliwym do realizacji tu teraz byłoby opracowanie kodeksu zobowiązującego instytucje państwowe (wraz z spółkami z udziałem skarbu państwo) do umieszczania części reklam w małych lokalnych czy niskonakładowych czasopismach. Byłoby to dla nich już jakąś formą wsparcia. Jeżeli jedynym kryterium umieszczania reklam przez instytucje państwa jest nakład gazety (lub oglądalność portalu), to siłą rzeczy strumień reklam trafia do gazet wydawanych głównie przez niemieckie koncerny prasowe, których stać na wydawanie wysokonakładowej prasy, gdyż otrzymują one wsparcie od instytucji państwa polskiego w postaci reklam. Prasa wydawana przez rodzimy kapitał jest z reguły niskonakładowa, a ponieważ jest niskonakładowa reklam tych nie może otrzymać. I tutaj koło się zamyka.

Dywersyfikacja przekazu telewizji publicznej

Przekaz – szczególnie programów publicystycznych i informacyjnych telewizji publicznej i radia – winien być bardziej zróżnicowany i dostosowany do lepiej wykształconego i wyrobionego odbiorcy. Taką formą byłoby wprowadzenie pasma programowego w telewizji publicznej (może w wydaniach regionalnych), w której swoje propozycję programowe mogłyby prezentować środowiska intelektualna skupione wokół poszczególnych pism czy inicjatyw, np. Klubu Jagiellońskiego, „Teologii Politycznej, „Arkan”, czy „Kultury Liberalnej”. To też przyczyniłoby się w jakiejś mierze do dekoncentracji rynku prasowego dzięki reklamie i ten sposób wzmocnienie mniej znanych niszowych tytułów.

Oferta dla inteligencji

Jej elementem winna być rewizja ustawy o szkolnictwie wyższym, która jest właściwie kontynuacją – tyle że w bardziej skrajnej postaci – reform zainicjowanych przez rządy Platformy Obywatelskiej i PSL w latach 2007-2015. Reformy Gowina zlikwidowały istniejącą w zasadzie od 1989 r. samorządność akademicką, zbiurokratyzowały proces nauczania. System parametryzacji poddał zaś polskie nauki społeczne i humanistyczne presji umiędzynarodowienia. Ujmując rzecz w olbrzymim skrócie i uproszczeniu (a nawet zniekształceniu). Ministerstwo nauki opracowało listę kilku tysięcy czasopism. Za publikację w nich artykułów pracownik naukowy otrzymuje określoną liczbę punktów. Z kolei liczba punktów zgromadzonych przez wszystkich pracowników zatrudnionych w danej jednostce naukowej decyduje o wielkości jej dofinansowania. Za publikację artykuł w „American Historical Review” pracownik naukowy otrzyma 200, zaś w „Kwartalniku Historycznym” 70 pkt. Ponieważ „American Historical Review” nie będzie raczej zainteresowany artykułem o żołnierzach wyklętych na Chełmszczyźnie, zainteresowanie lokalną problematyką przestanie być – w dostatecznie długiej perspektywie dla najbardziej ambitnych i zdolnych naukowców – opłacalne.

Na poziomie szkolnictwa powszechnego utrwaleniem wpływu rodziców na edukację swoich dzieci byłoby wprowadzenie bonu oświatowego ułatwiające powstawanie szkół prywatnych i wyraźniejsze wsparcie edukacji domowej.

Deregulacja gospodarki czy dalsze transfery socjalne

Niezaprzeczalną zasługą rządów PiS była realizacja transferów socjalnych w postaci 500+, 300+, wprowadzenie trzynastej emerytury, czy podwyższenie płacy minimalnej (z 1760 PLN brutto do 2600 PLN). Jednakże nastawienie Polek i Polaków – szczególnie tych z wielkich miast – jest dość liberalne i transfery socjalne nie są – jak się okazuje decydującym argumentem wyborczym. Może warto byłoby rozważyć wprowadzenie kryterium dochodowego przy przyznawaniu pomocy w postaci 500+. Dla elektoratu wielkomiejskiego dużo atrakcyjniejsze jest deregulacja gospodarki, uporządkowanie przepisów gospodarczych i podwyższenie kwoty wolnej od podatków.

Oferta dla młodych

W tym przypadku największym problemem są umowy śmieciowe i wysokie ceny mieszkań. W pierwszym przypadku – niewiele da się zrobić w skali kraju, gdyż prekariat jest produktem neoliberalnej globalizacji, zaś w drugim przypadku należałoby zrewitalizować nieco zapomniany program „Mieszkanie +”.

Potrzeba nowej meta-narracji

W XXI wieku Polacy chcą na nowo opowiedzieć o swojej wizji życia w Polsce i miejscu Polski w świecie. W tej nowej metanarracji kluczowe będzie pogodzenie społecznego solidaryzmu z ekonomiczną konkurencyjnością i troskę o zachowanie własnego dziedzictwa kulturowego w coraz bardziej globalizującym się świecie. Wyborcze (szóste z rzędu) zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości nie jest bowiem żadnym populistyczno-nacjonalistycznym wynaturzeniem, czy wypadkiem przy pracy – jak usiłuje to przedstawić liberalna prasa w Niemczech i zachodniej Europy – po którym wszystko wróci do neoliberalnej normy, lecz przejawem kryzysu liberalnej demokracji i globalistycznego kapitalizmu.

Czy korekta ta jest właściwie obmyślona i poprawnie realizowana, może okazać się z punktu widzenia metanarracji ów kryzys bardziej lub mniej trafnie diagnozującej.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here