Nie wychodzić na ulicę, nie dopuścić do wandalizmów, żeby nie dać pewnej broni w ręce esbekom, żeby oni nie zaczęli strzelać i zamykać”. Słowa śp. Anny Walentynowicz wypowiedziane podczas spotkania z pracownikami WSK Świdnik w 1980 roku pokazują, jak wielkie było znaczenie lubelskich strajków dla sierpniowego protestu w Stoczni Gdańskiej. Należy przypominać te słowa, gdyż w powszechnej świadomości strajki lubelskie odnosiły się jedynie do spraw płacowych. Czasami można nawet usłyszeć, że poszło o kotlet, którego cena w stołówce zakładowej WSK Świdnik podskoczyła z 10 na 18 zł, chociaż, według zapewnień ministra, ceny produktów żywnościowych nie miały być zmienione.

Powodem protestów lipcowych były istotnie płace. Warto jednak zauważyć, że to podczas strajku lubelskich kolejarzy po raz pierwszy wysunięto postulat wolnych wyborów do związków zawodowych. Nie myślano o powołaniu nowych związków, lecz by wybory władz związkowych były rzeczywiście wolne i nieskrępowane, a ich przedstawiciele nie byli „przynoszeni w teczkach”, z nadania władzy. O nowych i niezależnych związkach zawodowych nikt w Świdniku nie myślał. Nie był to teren, gdzie działały Wolne Związki Zawodowe. Niezależne biuletyny docierały do nielicznych ośrodków, związanych raczej ze środowiskami inteligencji w Lublinie np. do KUL czy UMCS. Także w lubelskich zakładach pracy kolportowano bibułę, na przykład „Robotnika”, Biuletyn Informacyjny” czy „Głos”. Jednak zasięg oddziaływania był dużo mniejszy niż w innych regionach, na Śląsku czy Wybrzeżu.

W porównaniu z innymi uprzemysłowionymi regionami, Lubelszczyzna była traktowana „po macoszemu”. Dostawy produktów żywnościowych dla mieszkańców były mniejsze, brakowało nakładów na budowę żłobków, przedszkoli, transport publiczny był zbyt mały, by zapewnić przewozy do szkół czy do pracy. Mniejsze dostawy surowców do zakładów pracy skutkowały nieplanowanymi przestojami. „Gdyby na Saharze wprowadzić socjalizm, zabrakłoby piasku” – kawał oddaje ówczesne realia gospodarki planowej Made in PRL.

Ekipa Gierka nie wyciągnęła wniosków z protestów czerwcowych w 1976 roku. Władze PRL powtórzyły u progu lata 80 roku ten sam manewr. Z tym, że podwyżki w 1976 roku zostały zapowiedziane przez Jaroszewicza. Tym razem miały być wprowadzane po cichu – myślano naiwnie, że Polacy – wybierający się na letnie urlopy, jakoś je „przełkną”. Podwyżki cen, wprowadzone od 1 lipca, dotyczyły niektórych gatunków wędlin i mięsa. Tego samego dnia zastrajkowali pracownicy WSK „PZL – Mielec” oraz Zakładów Mechanicznych URSUS w Warszawie. Kolejne „przestoje w pracy”, jak określała strajki peerelowska propaganda, obejmowały szereg mniejszych ośrodków przemysłowych na terenie całej Polski. Władze nakazywały, by dyrekcja zakładów pracy zgadzała się na wypłaty rekompensat, by jak najszybciej zakończyć protesty.

Strajki na Lubelszczyźnie miały swój początek 8 lipca. W tym dniu zastrajkowali pracownicy WSK „Świdnik”, jeden z największych zakładów w regionie, zatrudniający ok 8 tys. pracowników. Początkowo strajk był spontaniczną akcją, a pracownicy domagali się podwyżki. Drugiego dnia protestu do „Świdnika” przybył minister Kopeć, który zapowiedział realizację postulatów, jaką mieli przygotować pracownicy. Wśród załogi zebrano wszystkie postulaty – w sumie 568, po czym uszeregowano je i zmniejszono do 110. Równocześnie powołano Komitet Postojowy – władze nie zgodziły się na nazwę „Komitet Strajkowy”, składający się z 19 przedstawicieli. Rozmowy z władzą i podpisanie porozumienia było czymś zupełnie nowym w dziejach PRL. Postulaty pracowników „Świdnika” miały zostać posegregowane według zagadnień tematycznych i przekazane do rozpatrzenia poszczególnym resortom w ministerstwach. Rekompensaty płac wywalczono od 1 sierpnia, natomiast wybory do nowych władz Rady Zakładowej przeprowadzono 18 sierpnia, kiedy już trwały strajki na Wybrzeżu.

W kolejnych dniach fala strajków objęła kolejne zakłady pracy w regionie. W sumie strajkowało około 150 zakładów i ok. 50tys. Pracowników. Apogeum nastąpiło 16 lipca, kiedy do protestu dołączyli kolejarze z węzła kolejowego w Lublinie. Ten międzynarodowy szlak był newralgiczną linią, przez którą przejeżdżały pociągi do Związku Sowieckiego. Wbrew powszechnemu przekazowi, nie był to pierwszy kolejarski strajk w PRL – ten bowiem miał miejsce 15 maja 1980 roku i został zakończony po czterogodzinnej akcji i przyjęciem postulatów płacowych przez dyrekcję PKP. Początek akcji strajkowej kolejarzy zbiegł się w czasie z rozpoczynającymi się letnimi igrzyskami olimpijskimi w Moskwie. Impreza bojkotowana przez kraje zachodnie, w świadomości Polaków utkwiła dzięki mistrzowi olimpijskiemu Władysławowi Kozakiewiczowi, który w swoisty sposób zaprotestował przeciwko sowieckiej propagandzie w sporcie, pokazując tzw „Kozakiewicza gest”. Gest ten w tym czasie, kiedy w Polsce trwały protesty, był odczytywany jako sprzeciw wobec władzy komunistycznej utrzymującej się dzięki Sowietom.

Lubelski strajk kolejarzy oprócz postulatów placowych, podjął temat wprowadzenia wszystkich wolnych sobót oraz obniżenia wieku emerytalnego dla maszynistów kolejowych do 55 lat. Za tym ostatnim przeważały argumenty ciężkich warunków pracy i zapewnienia bezpieczeństwa w ruchu kolejowym. Kiedy trzeciego dnia strajku przybył na rozmowy wiceminister Kamiński wraz z wojewodą lubelskim, buta wiceministra, z jaką odniósł się do strajkujących spowodowała, że szybko opuścił spotkanie, żegnany gwizdami i wyzwiskami pod swoim adresem od załogi. Rozmowy kontynuował Dyrektor PKP. Porozumienia co prawda nie podpisano, ale uzgodniono spełnienie części postulatów płacowych oraz zapewnienia, że strajkujący nie poniosą żadnych konsekwencji.

Strajk w Lublinie spowodował przeniesienie uroczystości 22 lipca z Lublina do Chełma. Wcześniej władze ogłosiły poniedziałek 21 lipca dniem wolnym od pracy, co przyspieszyło zakończenie strajków w regionie.

O strajkach lubelskich w mediach peerelowskich było cicho. Co prawda pojawiały się informacje o „przestojach w pracy, podczas których załogi konsultowały z dyrekcją warunki płac”, lecz słowa „strajk” nie użyto”. Dotyczyło to zresztą początkowo strajków na Wybrzeżu. Kabaret TEY w programie „S tyłu sklepu” podczas kabaretu opolskiego, w osobie niezapomnianego Bogdana Smolenia, wykonał utwór Zenona Laskowika „Smutasy i Mazgaje” w którym padły słowa: „Przez chwilę myślałem:”Może coś się stało” / Ale to by nasze radio dawno już podało / Pisałaby prasa we wszystkich gazetach na pierwszych stronicach / No bo jakaż byłaby z tego tajemnica”. Polacy o protestach dowiadywali się z RWE, Głosu Ameryki czy Radia Londyn. Informacje były przekazywane przez Jacka Kuronia z jego domowego telefonu. Co ciekawe, esbecja telefonu nie zablokowała – niedopatrzenie czy świadome działanie?Podobnie rzecz się miała z rozpowszechnianymi informacjami, że kolejarze lubelscy mieli przyspawać wagony do torów, by zablokować przejazd. Miało to wbić klin pomiędzy strajkującymi a społeczeństwem, którzy wybierali się w podróże wakacyjne.

Z pewnością słabością strajków lipcowych była ich rotacyjność, co min. przyczyniło się do szybszego zakończenia protestu. Brakowało także jednego silnego ośrodka koordynującego akcje strajkowe w regionie, co było powodem ich wygaszania na szczeblu zakładów pracy. Ale te wszystkie niedomagania stały się wskazówkami dla strajków na Wybrzeżu. Sukcesem lubelskich strajków było osiąganie porozumienia nie na ulicy, a za stołem negocjacyjnym. To był ważny element protestów na Wybrzeżu w sierpniu.

Tym samym lubelski lipiec był dobrym nauczycielem dla gdańskiego sierpnia.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here