Obsceniczny prowokator, który zwisł na balkonie nad uczestnikami Marszu Powstania Warszawskiego, wywiesił siedmiokolorową tkaninę. Czy nie wiedział, że homo-elgiebetycka „flaga” ma sześć barw, a siedmiokolorowa tęcza to atrybut biblijny? A może – szydząc z upamiętniania powstańców, hańbił również wierzących – terroryzując i jednych, i drugich elgiebetycką ideologią? W każdym razie elgiebetyckie hasło – miłość, równość, braterstwo – nijak się ma do bezczeszczenia pomników czy obrazy uczuć religijnych.

Jednak znajduje ono zwolenników (ok. 2 proc. osiągnięcie Roberta Biedronia w wyborach prezydenckich) i obrońców. Ludzie mają dobre intencje, powinni być chronieni – oświadczył Rafał Trzaskowski, gdy policja zatrzymała barbarzyńców pomnikowych. Znajduje sprzymierzeńców w wymiarze sprawiedliwości. Właśnie kolejny sąd unieważnił uchwałę gminy w sprawie LGBT, uzasadniając – „ideologia LGBT to twór raczej nieistniejący”. Jak widać, sędziowie są tak niezawiśli, a sądy tak niezależne, że – mówiąc potocznie – odkleili się od rzeczywistości.

W swoich wspomnieniach powstańcy mówią, że walczyli z Niemcami. Na tablicach, upamiętniających miejsca straceń, napisano – „hitlerowcy”. W mediach mówi się o bohaterskich powstańcach, nie precyzując, z kim walczyli. Mówi się o ofiarach, ale tylko po stronie polskiej, a przecież Niemcy też ginęli, byli ranni, brani do niewoli. Taka polityczna poprawność nie do przyjęcia, tak jak lansowane przez media polskojęzyczne cele powstańców – walczyli o szacunek, tolerancję, przeciw wykluczeniu i nagonkom narodowym.

W rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego ludzie spod znaku LGBT – sześciokoloru umieścili na nim Kotwicę Polski Walczącej – prawnie chronioną. Mogą liczyć na bezinteresowną pomoc prawną ze strony lewicowych posłów. Ich deklaracja ideowa, ujawniona podczas Zgromadzenia Narodowego, nie budzi żadnych wątpliwości (kolorowe kiecki, sześciokolorowe maski) – bojownicy o tolerancję łączcie się przeciw rodzinie, tradycji, religii. Tak, jakby elgiebetyckiemu lewactwu wydawało się, że można żyć bez tysiącleci cywilizacji chrześcijańskiej, jakby nie wiedzieli, że ulegający temu złudzeniu komuniści, są winni śmierci ponad 100 milionów ludzi.

Autonomia gospodarcza

Jak tylko polskie firmy opanowały znaczną część rynku brukselskiego, eurobiurokraci wysmażyli dyrektywę o pracownikach delegowanych (bo zostały zagrożone interesy francuskie i niemieckie). Co tam unijne filary – swobodny przepływ ludzi, kapitału, usług i towarów. Jak tylko polski przemysł meblarski stał się potentatem, pojawili się miłośnicy przyrody – bronią lasy przed wycinką drzew. Gdy w „starych” krajach UE powstawały narodowe koncerny, nikt nie pytał o zgodę. Gdy teraz powstają w „nowych” – firmy dopraszają się łaskawego przyzwolenia. Przedsiębiorstwa „starych”, krajów boją się konkurencji, tak jak unikają płacenia podatków w „nowych”, gdzie prowadzą interesy.

Zaś przeciętny obywatel brukselski polskiego pochodzenia nie ma świadomości, że 80 proc. funduszy pomocowych wraca do zagranicznych firm, tak jak przeciętny konsument nie wie, że gdy kupuje polskie produkty to 80 groszy z każdej złotówki zostaje w kraju (z importu tylko 25 gr). Gdyby wszakże klienci tylko o 10 proc. zwiększyli zakupy krajowych produktów, to rocznie gospodarka zyskałaby 60 mld zł.

Rozległe złoża surowców energetycznych mogłyby zapewnić krajowi bezpieczeństwo, ale nie w soc-chozie brukselskim, gdzie utopia zielonego ładu stawia na kosztowne odnawialne źródła energii czy energię jądrową, uzależniającą na stulecia pozyskiwanie paliwa i składowanie odpadów. Nie można jednak zapominać, że 70-80 proc. środków, jakie wydaje polskie społeczeństwo na OZE (wiatraki, panele), odpływa za granicę, wspomagając tamtejsze firmy i zwiększając liczbę miejsc pracy.

Niezależnie od tego brukselscy obrońcy (biznesmeni) zmian klimatycznych mogą zarabiać na handlu CO2, spychając gospodarki „nowych” krajów w wieczyste zapóźnienie. Tymczasem w naszym kraju można jeszcze wykorzystywać geotermię i biogazownie – czysto, ekologicznie, a przede wszystkim opłacalnie.

Konstytucyjna ochrona gospodarstw rodzinnych i wielkie sieci handlowe preferują żuwność wielkoprzemysłową (miesiącami może leżakować na półkach, nie tracąc smaku i zapachu, bo – po mutacjach – ich nie posiada). Dlatego polscy konsumenci mają utrudniony dostęp do zdrowej krajowej żywności, zresztą eksportowanej, bo znajduje chętnych nabywców.

Tymczasem w naszym kraju uprawy ekologiczne to tylko 3 proc. powierzchni rolnej, a żywność ekologiczna to zaledwie 0,3 proc. rynku. I podczas gdy duński konsument wydaje na żywność ekologiczną ok. 300 euro, to polski – 4 euro.

Niemniej rolnictwo w zupełności zapewnia krajowi bezpieczeństwo żywnościowe, co innego jakość produkcji rolnej. Lobby GMO (i globalne firmy) nie ustępuje. W kraju nie można uprawiać roślin zmodyfikowanych, ale handel nasionami nie jest zabroniony. W efekcie rozwija się partyzantka uprawowa. Oprócz tego zwierzęta hodowlane są karmione importowaną modyfikowaną soją, a krajowa produkcja pasz wysokobiałkowych wciąż nie może się rozwinąć.

Egzekucja praw

Uczestnicy nielegalnego zgromadzenia na Krakowskim Przedmieściu siedzą na chodniku, wytykając policjantów środkowymi palcami. Obrażają funkcjonariuszy wulgaryzmami, plują na ludzi i kamery telewizyjne (w czasie pandemii). Opozycja oskarża o brutalność policjantów, usiłujących przywrócić porządek. Wcześniej błaznowała w sali sejmowej, co jest oczywistą obrazą wizerunku Izby. Podobnie było kiedyś w Bundestagu. Gdy zmieniono regulamin, wygłupy ustały.

Elgiebetyccy barbarzyńcy, atakujący miejsca kultu, figury świętych, pomniki, dopuszczają się nie tylko obrazy uczuć religijnych, znieważania upamiętnień, ale także naruszają się na cudzą własność. Być może neobolszewicy mają gdzieś święte prawo własności, ale muszą mieć świadomość, że popełniają przestępstwo. Za to kara oczywista, i nie pomoże homo-sześciokolor czy ideologia LGBT. Niezależnie od tego, wierzący powinni liczyć na sprawne działania wymiaru sprawiedliwości czy służb porządkowych. W przeciwnym razie przyjdzie im organizować milicje parafialne. Jeżeli jednak elgiebetycy naśladują amerykańskich wandali pomnikowych, to powinni wiedzieć, że wprowadzone tam wysokie kary (do 10 lat więzienia), uchroniły pomniki przed dewastowaniem czy znieważaniem.

Konstytucyjne prawo rodziców do wychowywania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami – jakby nigdy nic – łamie sobie stołeczny prezydent, podpisując kartę LGBT. Gdy samorządy podejmują uchwały przeciw dyktaturze LGBT, w obronie rodziny – są one zaskarżane do sadów administracyjnych i unieważniane. Ta radosna anty rodzinna twórczość sędziów znajduje poparcie rzecznika praw obywatelskich.

Ustawa o wychowaniu w trzeźwości wciąż pozostaje na papierze (wg prognoz WHO konsumpcja alkoholu w naszym kraju osiągnie w 2025 roku 12 litrów na mieszkańca powyżej 15 roku życia). Spośród blisko 2,5 tys. polskich gmin, tylko kilkanaście ograniczyło sprzedaż alkoholu. Jakby tego było mało, posłowie PSL chcą – w trosce o kondycję przemysłu alkoholowego – umożliwić sprzedaż alkoholu przez internet. To jest pomysł, by zamiast ograniczania punktów sprzedaży czy reklamy, zalać wódą cały kraj na 100 – lecie odzyskania niepodległości.

Podczas gdy wiele państw (Chiny, USA, Indie, Brazylia) nie wierzy w ocieplanie klimatu za sprawą CO2, to UE jak najbardziej, choć to oznacza samobójstwo brukselskiej gospodarki. Tę wiarę podzielają coraz liczniejsi miłośnicy przyrody, nieźle sobie poczynający w licznych stowarzyszeniach czy fundacjach. Wreszcie będzie wiadomo, kto ich sponsoruje (czyje reprezentują interesy). To wiedza konieczna w demokratycznym społeczeństwie. Niemniej warto zastanowić się nad zakazem hojności zagranicznych dobrodziejów. Przecież obdarowani wpływają na polskie sprawy, nie zawsze w ich interesie.

Zachować wartości

Po każdych przegranych wyborach, opozycja, która nie dojrzała do demokracji, podejmuje jakieś konwulsyjne protesty, ciamajdany czy prowokacje na użytek zagranicznych mediów. Ostatnio zainicjowała wzmożenie elgiebetyckie, skutkujące niespotykanym barbarzyństwem. Symboliczny gest pary prezydenckiej, która złożyła kwiaty przed figurą Chrystusa na Krakowskim Przedmieściu, był jakby formą ekspiacji za chamski atak na wartości chrześcijańskie. Przecież to one fundowały cywilizację łacińską, a także Unię Europejską. Jeżeli lewactwo o tym wie, tym gorzej dla niego, tym większa jest jego wina, jeżeli nie wie – tak samo.

Internet miał być polem wolności słowa, lecz rychło okazało się, że owa wolność ma smak lewactwa i antyprawicowego hejtu. I nawet handlowanie środkami hormonalnymi dla zmiany płci – nikogo już nie dziwi, choć mogą z niego korzystać małolaty.

Ustawa o języku polskim nie przewiduje „genderowania” języka, ale elgiebetycy nie ustają, dokładając żeńskie końcówki, gdzie popadnie. Zgodnie z orzeczeniem sądu, aresztowany za napaść na działacza pro-life i jego samochód jest mężczyzną, cokolwiek by o sobie sądził. Jego lewicowi obrońcy (posłów nie wyłączając) mówią, że to kobieta. Kto ośmiela się myśleć inaczej – nie szanuje człowieka, prześladuje elgiebetyków, jest trans-fobem. Charakterystyczne, że pracownicy komercyjnych mediów, zawsze ostentacyjnie podkreślający swą niezależność, godzą się na taką nowomowę genderową, narzucając ją gościom w swych studiach.

Opozycyjnym posłom nie przeszkadza przewaga obcego kapitału w mediach, są gotowi bronić je przed dekoncentracją, nie mówiąc o repolonizacji. Czyżby nie wiedzieli, że takiego fenomenu nie spotyka się w cywilizowanych krajach. Bo jak tu mówić o wolności słowa czy demokracji, gdy dominuje obcy kapitał (który, jak się okazuje ma jednak narodowość), gdy dominuje opcja lewicowo-liberalna, a niezależność mediów polskojęzycznych ma charakter antyrządowy, antypaństwowy. Widać opozycji odpowiada taka wolność słowa, nie przeszkadza jej, że może być traktowana jako agentura wpływu w z zewnątrz sterowanych kampaniach medialnych.

Tymczasem na 100-lecie odzyskania niepodległości nie zbudowano łuku triumfalnego, nie zburzono stalinowskiego pałacu kultury. Co więcej, awansował on do scenerii lewacko-elgiebetyckich wystąpień. Zaś stolica, którą prezydent ogłosił miastem otwartym (na homo-parady, oczywiście), wstydzi się swojej przedwojennej wielkomiejskości, przebudowując (zwężając) ulice, zasłaniając szpalerem drzew historyczną zabudowę. Dobrze, że rozpoczęła się budowa Muzeum Bitwy Warszawskiej w Ossowie, bo na odbudowę Pałacu Saskiego przyjdzie jeszcze poczekać.

W niezdekomunizowanych i niezlustrowanych uczelniach szerzy się neomarksizm kulturowy, genderyzmu nie wyłączając. Tęgie głowy mędrkują nad redefinicją płci, rodziny, małżeństwa, tradycyjnej roli kobiety i mężczyzny. Postępuje masowa deprawacja młodego pokolenia. Co więcej, dyskryminuje się wykładowców o prawicowych poglądach, utrudniając im karierę naukową. Niestety przyszli studenci będą podatnym materiałem do wdrożenia rewolucji kulturowej, gdy szkoła nie wychowuje, marginalizując historię i literaturę polską. I nawet harcerstwo (ZHP) genderuje. Jak w tej sytuacji przekonać młodych do tradycyjnych wartości (chrześcijańskich, narodowych, patriotycznych) – nie wiadomo.

Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział powołanie funduszu patriotycznego, który będzie sprzyjał kształceniu patriotycznych postaw, wspierał historyków oraz stowarzyszenia zajmujące się przeszłością kraju.

Może doczekamy urzeczywistnienia marzeń polskich żołnierzy z ostatniej wojny –

Do wolnej Polski nam powrócić daj!

By stał się twierdzą nowej siły

Nasz dom, nasz kraj.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here