Rzeź Woli (w kilka dni na początku Powstania Warszawskiego Niemcy wymordowali ok. 65 tys. mieszkańców stolicy) – największe morderstwo ludności cywilnej podczas II wojny światowej – określane jako zbrodnia wojenna, zbrodnia przeciwko ludzkości, ludobójstwo, pozostało bezkarne. PRL-owska komisja do ścigania zbrodni hitlerowskich nie osądziła Heinza Reinefartha, który spokojnie (jako lokalny polityk) dożył swych dni. Polska Rzeczpospolita Grubokreskowa nie rozliczyła pezetpeerowskich zbrodniarzy, a tow. W. Jaruzelski – sprawca stanu wojennego – spoczął za pieniądze podatników i z błogosławieństwem prezydentów na Wojskowych Powązkach. Teraz państwo ma szanse na pewną rehabilitację. Na 40 rocznicę powstania „Solidarności” zmobilizowało się na wsparcie byłych działaczy opozycji antykomunistycznej oraz osób represjonowanych z przyczyn politycznych. Okazuje się, że jest ono tyleż kontrowersyjne, co symboliczne.

Na 100-lecie zwycięskiej Bitwy Warszawskiej społeczeństwo obywatelskie nie zburzyło w czynie społecznym stalinowskiego pałacu kultury. Stołeczny magistrat nie zdobył się nawet na wzniesienie skromniutkiego „łuczku triumfalnego”, nie mówiąc o tym, że prezydent nie uczestniczył w uroczystościach rocznicowych. Co w końcu nie dziwi, gdy parę lat temu prezydent Bronisław Komorowski wystawił krasnoarmiejcom pomnik w Ossowie. Dlatego zainteresowanie się instytucji państwowych losem tych, którzy przyczynili się do odzyskania niepodległości w latach 1956-1989, trzeba docenić. Co innego realizacja tego zainteresowania.

Podający się za elitę peerelowscy pogrobowcy donoszą do Komisji Europejskiej o prześladowanych w naszym kraju mniejszościach seksualnych. Tak się odkleili od rzeczywistości, że nie zauważyli terroru anarcho-homo-lewackiego, bo trudno przypuścić, by pełnili funkcje narzędzia międzynarodówki LGBT. Niezależnie od tego, zmagając się z polskimi tradycjami i chrześcijańskimi wartościami (te ostatnie u podłoża cywilizacji europejskiej), są wszakże wspomagani państwowym mecenatem. Dwuznaczność oczywista, ale nie dla beneficjentów. Charakterystyczne, że tzw. elity nigdy nie wystąpiły w obronie działaczy opozycji antykomunistycznej, choć to jej (okrągły stół) zawdzięczają kontynuację uprzywilejowanej pozycji.

Oczywiste paradoksy

Pasożytujące na budżecie organizacje pozarządowe, to też zdobycz grubokreskowej demokracji. Zawodowi aktywiści żyją sobie jak pączki w maśle, a na przykład miłośnicy przyrody osiągają prezydenckie zarobki. Ponad sto organizacji propagujących ideologię LGBT też nieźle sobie radzi, korzystając z funduszy samorządowych, krajowych i zagranicznych, także brukselskich (w latach 2017-2019 ponad 2 mln zł dla warszawskiego ruchu LGBT).

Polski podatnik funduje (składka UE) unijne dobrodziejstwo, by demoralizowało społeczeństwo, zaś aktywiści osiągają wynagrodzenia, o których większość obywateli może tylko marzyć. W 2018 roku średnia pensja w organizacji przeciw homofonii przekraczała 10 tys. zł, w zarządzie stowarzyszenia Lambda – 15 tys. zł.

Można pomyśleć, że przytaczanie takich faktów to populizm i demagogia. Można. Niemniej takie są fakty, takie są realia i nie można stronić od takowych w przypadku b. działaczy opozycji antykomunistycznej. Trudno wyobrazić sobie, by Komisja Europejska, która chwali się w Internecie, że zasila kampanię przeciw homofobii w jej walce z „przestępstwami motywowanymi homofobią i transfobią” 553 tys. euro (ok. 2, 4 mln zł), pomyślała również o działaczach antykomunistycznych, to w przypadku polskich instytucji z ową wyobraźnią powinno być łatwiej. Niestety, to nie takie proste, wziąwszy pod uwagę starania o jakieś uznanie „za zasługi dla niepodległości 1956-1989” i owe symboliczne świadczenie 400 zł.

Zawodowi aktywiści ekologii, nieheteronormatywności, weganizmu, aborcji czy eutanazji dobrze sobie żyją w pluralistycznym, demokratycznym społeczeństwie, choć postępują antydemokratycznie, antypaństwowo, nie uznając wyników wyborów sejmowych czy prezydenckich. Można postulować wpisanie praw zwierząt do konstytucji, ale żeby zapewnić je także działaczom antykomunistycznym – nikt nie pomyśli. A przecież to dzięki nim aktywistom dobrze się powodzi.

Organizacje pozarządowe (jak sama nazwa wskazuje – korzystają w dużej mierze z rządowych budżetów) są opłacane przez podatników, niezależnie od swoich preferencji politycznych czy ideologicznych. Katolicy utrzymują bojówkarzy neomarksistowskiej rewolucji kulturalnej, działacze opozycji antykomunistycznej – neobolszewickich krzykaczy. Jeżeli takie są prawa demokracji, to działacze antykomunistyczni, dzięki którym ona funkcjonuje, powinni być tak samo honorowani, jak lewaccy aktywiści.

Socjal kombatancki

W blisko 1dziesięciomilionowej „Solidarności” działaczy było (co zrozumiałe) wielokrotnie mniej, ale przecież to oni ryzykowali najwięcej. Zwalniani z pracy (tzw. wilcze bilety), aresztowani, internowani, karnie wcielani do wojska, degradowani na stanowisku pracy. Wszystko to ograniczało ich późniejsze emerytury. Od lat domagali się więc zadośćuczynienia za krzywdy i poświęcenie. Wreszcie od 2017 roku mogą otrzymywać dożywotnie świadczenie w wysokości 400 zł miesięcznie (coroczna waloryzacja).

Urząd ds. Kombatantów potwierdził status działacza opozycji antykomunistycznej lub osoby represjonowanej z przyczyn politycznych wobec 12, 7 tys. osób. Wiek emerytalny osiągnęło 9, 4 tys. osób (7150 mężczyzn, 2250 kobiet). Wśród nich 50 proc. mężczyzn i 85 proc. kobiet otrzymuje świadczenie emerytalno-rentowe niższe niż 2400 zł. Dostaną więc wyrównanie do wysokości tej kwoty.

Czekali na to wsparcie od lat. Wreszcie zostało przyznane, bo dotychczas musieli obchodzić się uroczystymi uchwałami sejmowymi z okazji powstania „Solidarności” czy wprowadzenia stanu wojennego, z których nic nie wynikało. Nie wszyscy bowiem mieli tyle szczęścia, co tramwajarka Henryka Krzywonos, która zaczęła strajk, gdy wyłączono prąd w sieci trakcyjnej. Premier Donald Tusk przyznał jej dodatkowe świadczenie – 3500 zł miesięcznie, co podniosło jej emeryturę do 6230 zł (jak podliczyli jej koledzy w 2015 roku).

Załatwić sprawę

14 sierpnia 2020 roku 434 posłów (bez sprzeciwu, jeden wstrzymał się od głosu) uchwaliło nowelizację ustawy o działaczach antykomunistycznych, wprowadzającą świadczenia wyrównawcze do wysokości 2400 zł. Za była również postkomunistyczna lewica, bo przecież zapłacą podatnicy, a nie masa upadłościowa PZPR, która jakoś rozpłynęła się w grubokreskowej transformacji. Zresztą peerelowscy wojskowi nadal pobierają uprzywilejowane emerytury.

Jeszcze niedawno (w 2005 roku) związek zawodowy „Solidarność” nie wykonał uchwały Komisji Krajowej, przewidującej pomoc represjonowanym działaczom antykomunistycznym. Jednak w 2017 roku przewodniczący Jan Śniadek, jako poseł sprawozdawca, wprowadził nowelizację ustawy o działaczach antykomunistycznych (świadczenie 400 zł). Trzeba było wielu starań, by niskie świadczenia emerytalne działaczy nie były świadectwem wykluczenia i zapomnienia, nie były wyrzutem sumienia dla korzystających z wolności i zmian ustrojowych. W końcu jest więc dodatek wyrównawczy do 2400 zł. Sprawiedliwości stało się zadość – oświadczyła Anita Czerwińska, rzecznik prasowy PiS. Nie może być tak, żeby bohaterowie naszej wolności żyli w biedzie. Sukcesywnie staramy się zadośćuczynić krzywdom.

Oprócz świadczenia wyrównawczego przyznano działaczom ulgi w komunikacji publicznej. Co do miejskiej, to w zasadzie emeryci za nią nie płacą. Co do kolejowej – to mobilność ludzi w podeszłym wieku jest raczej niewielka. Niemniej można powiedzieć, że sprawa została w końcu załatwiona, a dług wdzięczności spłacony. Czy jednak to wszystko, na co stać nasze państwo – pytanie otwarte.

Charakterystyczne, że to ci najgorzej sytuowani posłużyli jako pretekst do rozwiązania problemu. Ponieważ zyskali rekompensatę (do 2400 zł), to sprawa wydaje się załatwiona. A przecież ci, którzy mają nieco wyższe świadczenie, to nie mają zasług w obalaniu totalitarnego systemu? W końcu to wyrównywanie (do 2400 zł) to nie świadczenie socjalne, lecz uznanie zasług w odradzaniu polskiej demokracji i niepodległości.

Konstytucyjna godność

Wielu działaczy przed zaangażowaniem się w walkę z reżimem było dobrze płatnymi fachowcami. Mieliby więc wysokie emerytury. Wielu straciło zdrowie podczas internowania czy w więzieniach. Otrzymują niskie renty. Jedni i drudzy wegetują, z uczuciem krzywdy i przegranego życia. Czy wyrównanie do 2400 zł może być satysfakcjonujące, zważywszy, że ową średnią emeryturę dostają także funkcjonariusze komunistycznego aparatu represji.

Jeżeli krzywdy i poświecenia działaczy ma rekompensować tylko takie symboliczne zadośćuczynienie, to źle to świadczy o kondycji sumienia tych wszystkich, od których zależy wysokość świadczeń emerytalnych. Bo dlaczego działacze nie mieliby otrzymywać świadczeń w wysokości średniej pensji krajowej? To odróżniłoby ich od esbeków. Czy jest to cena zbyt wygórowana za lata poniżającego wiązania końca z końcem, za degradację cywilizacyjną? Naszym wielkim obowiązkiem jest zapewnić godne warunki życia ludziom walczącym w latach 1956-1989 o naszą wolność i niepodległość – pisze premier Mateusz Morawiecki.

Jak na razie pomysł wyrównania świadczeń do 2400 zł podzielił środowisko działaczy, niezależnie od ich zaangażowania w walce z komuną. Nie byłoby takiego podziału, gdyby 400 zł świadczenie zostało podniesione (o 1000, czy 1500 zł) dla wszystkich, bądź emerytury osiągnęłyby wysokość średniej płacy krajowej.

Postulat podniesienia emerytur działaczy do wysokości średniej płacy krajowej, by nie były rodzajem zasiłku socjalnego, lecz honorową rekompensatą za krzywdy i poświecenie, był dyskutowany od dawna. Forsowali go związkowcy, także Ogólnopolskie Stowarzyszenie Internowanych i Represjonowanych. Jak na razie bez rezultatu.

Tymczasem art. 19 Konstytucji stanowi, że „Rzeczpospolita Polska specjalną opieką otacza weteranów walk o niepodległość”, do których działacze opozycji antykomunistycznej niewątpliwie się zaliczają.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here