Gazeta „Do Rzeczy” bardzo sprytnie nawiązała do tematu przenosząc nas jednocześnie na nasze krajowe podwórko. Okazuje się, że my też mamy problemy z monarchią, a właściwie jej brakiem, ponieważ gdyśmy ją mieli, to uniknęlibyśmy problemów z ciągłością władzy na urzędzie prezydenta. Lukę tę postanowił wykorzystać Wojciech Edward Leszczyński i mianował na prezydenta III RP prof. Włodzimierza Juliana Korab-Karpowicza.

Jaki mandat ku temu miał Leszczyński? Tytułuje się on królem Polski-Lehii jako Leh XI Wojciech Edward I, do czego go upoważnił, czyli na urząd powołał, Sejm Elekcyjny zwołany w 2016 roku w Rydzynie, przez monarchistów, którzy w tymże roku w Gdańsku powołali Królestwo Polskie.

Prezydent in spe Włodzimierz J. Korab-Karpowicz wygłosił orędzie do narodu w przeddzień zaprzysiężenia na prezydenta Andrzeja Sebastiana Dudy. Jak wiemy, w uroczystości tej z wyjątkiem Aleksandra Kwaśniewskiego, nie wziął udziału żaden z dawnych najwyższych przedstawicieli władzy państwowej. Co oznacza de facto odmowę uznania władzy urzędującego prezydenta w wymiarze moralnym i politycznym – nie administracyjnym. W pewnym sensie przypomina to stan z czasów PRL-u.

Orędzie pana Korab-Karpowicza przyjęto z rozbawieniem, ponieważ nie stoi za nim żadna realna siła społeczna. Ale czy nie powstałby problem natury formalno-prawnej, gdyby istniała w Polsce duża formacja polityczna, która – dowodząc naruszenia zasad ustrojowych przez niedopełnienie procedur konstytucyjnych w wyborze prezydenta – odmówiłaby uznania takich wyborów.

Kto wie, jak zachowałaby się opozycja, wiedząc, że te wybory przegra. Małgorzata Kidawa-Błońska wzywała do bojkotu, ale na szczęście sama została zbojkotowana. Gdyby Platforma konsekwentnie postawiła na destrukcję państwa i uzyskała poparcie tych liczących się kandydatów, mielibyśmy sytuację niewiele się różniącą od tej na Białorusi.

O czym to świadczy? O słabości republikańskiego ustroju III RP. Sytuacja, jakiej w normalnych warunkach nikt nie bierze pod uwagę, może posłużyć lub być wykorzystana nawet do zakwestionowania bytu państwa.

Wojciech Leszczyński zwrócił słusznie uwagę, przypominając istotny fakt z najnowszej historii Polski pytając: „A na jakiej podstawie Piłsudski ogłosił Polskę republiką? Społeczeństwo nad takimi drobiazgami przechodzi do porządku dziennego. Obchodzone przez nas święto państwowe 11 Listopada zostało ustanowione na pamiątkę przekazania brygadierowi Józefowi Piłsudskiemu przez Radę Regencyjną zwierzchności nad polską armią. Działo się to wszystko w ramach już istniejącego państwa, Królestwa Polskiego. A on, brygadier, używając współczesnej nomenklatury, został powołany na urząd ministra obrony narodowej.

Mając na uwadze dobro dopiero co odrodzonego państwa polskiego, Rada Regencyjna 14 listopada 1918 roku składa pełnię władzy w ręce Józefa Piłsudskiego, co w żadnym wypadku nie oznaczało likwidacji istniejącego Królestwa Polskiego, ani zmiany jego nazwy. Stąd też dekret Piłsudskiego z dnia 17 listopada o powołaniu Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej Jędrzeja Moraczewskiego należy uznać za zamach stanu. Stwierdzam ten fakt, jako wielki admirator Marszałka. Rząd mógł być ludowy i tymczasowy, ale nie miał prawa reprezentować republiki polskiej, czegoś co nie istniało.

Autorka artykułu „Królewski prezydent” nie krytykuje samej idei monarchizmu, co z lubością czynią inne prawicowe pisma)nie wspominając o lewicy. Godne podziwu jest to, że dziennikarze znają detale, jak jacyś „undergroundowi” regenci, często mieszkający poza granicami Polski, np. Sobiescy nie mający z królem Janem III nic wspólnego, o których istnieniu wiedzą jedynie głęboko wtajemniczeni. Ci dobrze poinformowani dziennikarze nie wiedzą natomiast nic o normalnych organizacjach monarchistycznych, jak np. Konfederacja Spiska i jej rozbudowanym środowisku, prowadząca, według opinii Google monarchistyczny portal nr 1 w Internecie, monarchia. info. pl.

Reasumując, artykuł „Królewski prezydent” Agnieszki Niewińskiej należy uznać, z punktu widzenia interesu idei, za użyteczny, chociażby tylko z tego powodu, że się ukazał, przy zauważalnej strategii mediów ukierunkowanych na przemilczenie. Prawdy zamilczeć na amen po prostu się nie da, przekonali się o tym władcy PRL-u, przekonuje się teraz Łukaszenka – nawet gdyby to miało trochę potrwać.

Wcześniej czy później społeczeństwo, a szczególnie jego myśląca część zrozumie, że w państwie musi zapanować przynajmniej minimum porządku i stabilizacji, bez tego jego byt traci sens.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here