Nie wiem, jak książka „Gdańsk Sierpień 1980”, wydana przez wydawnictwo CRZZ w 1980 roku, znalazła się w antykwariacie Nova Sarmatia pani Marty Kurzyniec w Kruszynianach przy białoruskiej granicy. Kupiłem tę książkę, chociaż miałem już egzemplarz tej pozycji. W tej, zakupionej w antykwariacie, znajduje się wpis, że była własnością śp. Anny Walentynowicz. Nie mogłem przepuścić takiej okazji. W tym antykwariacie są jeszcze inne pozycje z „drugiego obiegu”. To dobrze, że są miejsca, które ratują tego typu druki od zniszczenia.

Strajki w 1980 roku wyzwoliły olbrzymie pokłady inwencji. Pociskiem, który rozsadzał system, stało się słowo drukowane. To dlatego władza komunistyczna, a i przez pierwsze miesiące demokratyczny z nazwy rząd Tadeusza Mazowieckiego, utrzymywali cenzurę, gwarantującą selekcjonowanie wiadomości. Wielkość i znaczenie tej „amunicji” doceniał śp Kornel Morawiecki i Jego przyjaciele, którzy ukryli sprzęt poligraficzny. Dzięki temu mogli wydawać „bibułę” w pierwszych dniach stanu wojennego.

W artykule wstępnym pierwszego numeru „Bieszczadnika” z 17 lutego 1981 roku, redaktorzy pisali: „Nazwa Bieszczadnik wywodzi się od określenia >>Beskidnik<< z okresu średniowiecza, co oznaczało po prostu: wolny człowiek. ” Wieńczysław Nowacki, uczestnik chłopskiego strajku i sygnatariusz porozumień rzeszowsko-ustrzyckich, jeden z inicjatorów wydawania pisma, mówił: „Wydawanie własnej gazety zaczęliśmy podczas strajku, ale idea zrodziła się znacznie wcześniej. Nie byliśmy wolni, ale chcieliśmy tacy być, dlatego w pierwszym numerze zwracaliśmy uwagę na potrzebę jednoczenia się, wspólnych działań dla poprawy warunków życia i respektowania swobód obywatelskich”. „Bieszczadnik”, czyli Gazetka Robotników, Rolników, i Innych Grup Zawodowych Bieszczadów NSZZ „Solidarność”, ukazywała się do września 1982 roku, w sumie wyszło 10 numerów. Na jej łamach pojawiały się artykuły Zofi Komedowej-Trzcińskij, wdowie po Krzysztofie Komedzie, która w tym czasie znalazła swoją przystań w Chmielu. W Gazecie miała swoją stałą rubrykę, „Plotki o Kazku”. Owym Kazkiem był płk Kazimierz Doskoczyński, zarządzający rządowymi ośrodkami wypoczynkowymi w Bieszczadach, wyjątkowa kreatura, nie cofająca się przed niczym, by osiągnąć cel. Oto kilka przykładów:

„Osada leśna Dwerniczek nad sanem. W domu adiunkta Nowaczyka śpi tylko malarz remontujący dom. Gospodarz pojechał po żonę, która urodziła mu córeczkę. Nagle łomot do drzwi i okien: – Otwierać, wojsko! – Co za wojsko… mamrocze zaspany malarz, otwierając okno na parterze. Wlatują jakieś toboły, meble kuchenne, naczynia, na końcu wleciał mężczyzna, potem kobieta, potem kilkoro dzieci. Po powrocie adiunkta okazało się, że w jego domu mieszka kierowca Pietroń z rodziną, którego Kazek właśnie „wyprowadził” z terenu, który nadaje się doskonale na bazę wypoczynkową dla Kazka i jego rządowych przyjaciół. ”

„Rósł piękny, pegerowski jęczmień w Smolniku. Kazek zadzwonił do dyr. Drewniaka: Do czwartku macie skosić jęczmień, bo pole mi jest potrzebne. Dyrektor: „Pole przecież jest nasze, a jęczmień zielony, niedojrzały… ” W piątek przyjechały sieczkarnie polowe Kazka. Jęczmień skosiły i wywiozły zielony. Pole tego roku nie zostało zaorane”.

„Na zboczu Otrytu stał piękny, drewniany dom projektu Stanisława Karpiela. Miał być też drugi, drzewo było już przygotowane. Zobaczył je Kazek… Przysłał ciężarówki wojskowe. Żołnierze załadowali, odjechali. Właścicielom podali numery telefonów, pod które należy zgłaszać pretensje. Ci byli rozsądni i nie zadzwonili”.

Po wprowadzeniu stanu wojennego „Bieszczadnik” był drukowany w Ustrzykach, w jednej z kamienic w Rynku. Kiedy internowano Nowackiego, szefem gazety został niespełna dwudziestoletni Robert Turski. Pomimo młodego wieku, miał spore doświadczenie w podziemnym drukowaniu, jako uczeń szkoły rolniczej w Lesku wydawał pismo „Przedświt”. Inicjatywą Turskiego było zorganizowanie przerzutu przez granicę pism w języku ukraińskim „Samostijnik” („Niepodległościowiec”) i „Suczasnost” („Współczesność”). Turski wspomina: „W latach 1984-1985 jeździłem z tymi pismami nawet do Wrocławia. Kiedyś musiałem wygladać podejrzanie, bo zaczepili mnie milicjanci patrolujący dworzec. Znaleźli w podręcznym bagażu gazetki pisane cyrylicą, jednak byli zbyt głupi, by domyślić się, że to bibuła. Uznali zapewne, że mam radzieckie broszury propagandowe, i dali mi spokój”.

Głód wolnego słowa był szczególnie silny w niewielkich miejscowościach, narażonych na oddziaływanie komunistycznych środków przekazu. Po wprowadzeniu stanu wojennego te potrzeby były jeszcze większe. Lokalne pisma podziemne miały z reguły krótki byt a ukazywały się nieregularnie. Jednym z pism było „Podaj Dalej”, wydawane przez Ziemię Milicko-Wołowską NSZZ Solidarność”. Sama nazwa pisma warta jest przypomnienia. Inicjatorzy akcji wydawniczej, zastanawiali się nad tytułem w mieszkaniu jednego z lokalnych działaczy podziemia. Małżonka pana domu wniosła do pokoju tacę z herbatą w szklankach. Podając napój pierwszemu, rzuciła: „podaj dalej”. I to chwyciło, stając się tytułem gazetki. Pismo ukazywało się na terenie Brzegu Dolnego, Milicza i Wołowa. Drukowanie numerów odbywało się w kolejnych miejscowościach. Były to najczęściej altany na działkach. Pismo rozwozili kierowcy PKS Wołów, którzy mieli kursy do poszczególnych miejscowości. A dalej pismo kolportowano różnymi kanałami. W Miliczu jednym z kolporterów był listonosz. Przy okazji roznosił także inne podziemne pisma, np. „Tygodnik Mazowsze”. Czasami TM był w Miliczu wcześniej rozprowadzany, niż w Warszawie. Była to zasługa Bronisława Bienkiewicza z Sułowa, kierowcy PKS Wołów, który jeździł do Warszawy. Tam mieszkał jego brat, pracownik „Polkoloru”, gdzie drukowano TM. Tym sposobem podziemna prasa z Warszawy docierała szybko do Milicza, Wołowa i Brzegu Dolnego.

Podobnych historii było wiele w tamtym czasie. Dzięli oddolnym inicjatywom każde pismo podziemne miało moc pocisku. Tym bardziej należy szanować i docenić redaktorów, wydawców, drukarzy, kolporterów za ich dokonania z okresu podziemia. Ci ludzie często sami pisali, drukowali i kolportowali. Pochodzili z róznych środowisk, ale stanowili armię narodową w walce z systemem komunistycznym. Pozostała po nich amunicja – drukowane słowa w prasie, ulotkach, odezwach, wezwaniach. Zachowana bibuła to świadectwo tamtego czasu. A jak traktuje się to świadectwo w wolnej Polsce? Bardzo często tak samo, jak ich wydawców – działaczy podziemia, którym nie udało się wsiąść do pociągu III RP.

W tym miejscu nie mogę nie wspomnieć o pewnej historii, która przytrafiła się wiele lat temu mojemu znajomemu. Starszy pan, uczestnik wydarzeń sierpniowych, działacz „Solidarności”, potem internowany, przerzucany z jednego „internatu” do drugiego, bo był zanadto „wyrywny”, zgromadził trochę osobistych pamiątek. Były tam znaczki poczty obozowej, kartki, listy, koperty z nadrukami obozów internowania itp. w latach 90. postanowił oddać jako dar do zbiorów pewnej Wielce Zasłużonej Instytucji we Wrocławiu, aby – jak mówił – przyszłe pokolenia „nie pluły na kopce naszych grobów i poznawały prawdę”. Swój cenny skarb posegregował, zawinął szczelnie, żeby się nie zniszczył i zaniósł do owej Instytucji. A tam, młody człowiek, po wysłuchaniu celu przybycia starszego pana, odpowiedział: „Panie, tyle mamy tego g…., że nie wiemy, co z nim z robić”. Na takie dictum mój znajomy, mocno zdenerwowany opuścił szacowne mury Bardzo Zasłużonej Instytucji.

Powyższa historia powinna być dla mnie ostrzeżeniem, że nie powinno się wchodzić z propozycjami darowania pamiątek dziejowych do miejsc, które jedynie z nazwy są zasłużone. Powinienem pamiętać, jaki był los zbiorów w Muzeum Polskim w Rapperswilu, kiedy kustoszem był niejaki de Rosenwerth Różyczka. Dla zabawy strzelał z pistoletu do książek z muzealnej biblioteki.

Do części moich pamiątek z podziemia z lat 80. nikt nie strzelał. One po prostu zniknęły. Przed kilku laty zrobiłem wystawę w wołowskim ogólniaku. Szkoła zapewniła miejsce, starostwo powiatowe zorganizowało antyramy, w których umieściłem swoje zbiory. Przyszło wielu chętnych, by obejrzeć zgromadzone pamiątki, uczniowie mogli na miejscu poznawać historię antykomunistycznego oporu. A kiedy po pewnym czasie zwróciłem się o zwrot mojej własności, okazało się, że zniknęła. I nikt nie potrafił mi odpowiedzieć, co się z nią stało. Dyrekcja szkoły nie odpowiadała na moje pisma ani telefony, starostwo początkowo oferowało pomoc w poszukiwaniach, po czym oznajmiło, że ponieważ stało się to za czasów poprzednich władz, obecne nie mogą odpowiadać za zgubę. Na szczęście miałem duplikaty zaginionych egzemplarzy, niektóre uzupełniłem zakupami. Pozostała mi nieufność do tego typu onstytucji.

W 2006 roku Jacek Jakubiec z Jeleniej Góry zwrócił się z apelem do wrocławskiej prasy o pomoc w poszukiwaniu podziemnego pisma „Odroczenie”. W okresie od maja 1982 do marca 1983 roku ukazało się w jeleniej Górze dziewięć numerów tego pisma. Jacek Jakubiec był jednym z redaktorów, autorem wielu zawartych tam informacji i chciałby mieć choćby jeden egzemplarz na pamiątkę. O ile się orientuję, poszukiwania nadal trwają.

Szukam, szukania mi trzeba”, śpiewała Wolna Grupa Bukowina. I te słowa są mottem moich antykwarskich penetracji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here