Eksterminację wspólnot chrześcijańskich niezliczoną ilość razy przeprowadzano rękami tłuszczy, którą udało się przekonać, że wyznawcy Jezusa to złoczyńcy, pałający chciwością i żądzą mordu. W roku 1308 Krzyżacy wymordowali mieszkańców Gdańska i dużą część ludności Pomorza podstępnie wydzieranego Polsce. Dysponowali jednak tak wielką przewagą w upowszechnianiu własnej wersji wydarzeń (wtedy zajmowała się tym głównie dyplomacja), że zbrodniarze ci nadal cieszyli się opinią bezinteresownych i świątobliwych obrońców wiary. Posługiwanie się wielkim, sprawnym aparatem kłamstwa pozwalało im nie tylko na zamaskowanie ludobójstwa i szybką wymianę ludności polskiej na osadników niemieckich. Skuteczna propaganda umożliwiała im nawet przyciąganie z wielu krajów Zachodu sympatyków i ich aktywne uczestnictwo w łupieżczych wyprawach, „sprzedawanych” im jako kontynuacje krucjat obrońców chrześcijaństwa.

Podobnie w XVIII wieku przekonano Europę, że likwidacja Polski jest dobrodziejstwem, ratującym kontynent przed zarazą anarchii. Wolter, bożyszcze ówczesnych elit, pisał wtedy o rosyjskiej armii rozdzierającej nasze państwo jako o „pierwszym takim wojsku w historii świata, któremu obca jest wszelka przemoc, które nie maszeruje z intencją sięgania po cokolwiek cudzego, lecz z zadaniem oświecania, upowszechniania ładu, prawa i powszechnej szczęśliwości”. Inne z najpierwszych autorytetów tamtego czasu wyrażały nieskończoną wdzięczność dla króla Prus „z jakże szczodrobliwą, ojcowską troską pochylającego się nad losem nieszczęsnych Irokezów, zamieszkujących terytoria niegdysiejszej Polski”. O skuteczności i trwałości wyczarowanej przed wiekami wersji wydarzeń świadczyć mogą słowa Kazimierza Kutza w XXI wieku głoszącego, że „Polska była wrzodem, który trzeba było wyciąć”, lub książki dr hab. Jana Sowy (wykładowcy uniwersyteckiego!) dowodzące, że rozbiory Polski były dla niej „czynnikiem modernizacyjnym”.

Każdy kit da się sprzedać

Liczba, kaliber i skuteczność produkowanych dzisiaj „odwróconych wersji historii” nie pozostawia wątpliwości, że działalność współczesnych nam sprzedawców bredni w niczym nie ustępuje ich poprzednikom sprzed wieków. Być może nawet walka z załganymi narracjami jest dziś trudniejsza. Za Łokietka wrogowie Polski dysponowali zabójczą dla naszego państwa siecią dyplomatów. Jego następca, Kazimierz Wielki, uparcie formował jednak lepsze kadry dyplomatyczne i zanim zrobili to Niemcy – utworzył w Krakowie polski uniwersytet. Arcymistrzostwo uczelnia ta osiągnęła w sztuce retoryki i naukach prawnych. Atrakcyjność Krzyżaków przed walną rozprawą została na tyle osłabiona, że pod Grunwald pociągnęło dalece mniej przyjaciół zakonu, niż się ich w Malborku spodziewano. A w kilka lat późniejszym „intelektualnym pojedynku” na soborze w Konstancji krzyżaccy frontmeni (z Janem Falkenbergiem na czele) na oczach elity ówczesnego świata zostali spektakularnie znokautowani przez reprezentującą Władysława Jagiełłę kadrę, mającą w składzie Mikołaja Trąbę i Pawła Włodkowica.

Metod, do jakich w obronie wizerunku swojego państwa sięgali Piastowie i Jagiellonowie, na pewno nie wolno zaniedbywać. Teraz jednak walka nie polega na intelektualnych pojedynkach, ale skali angażowanych mediów. Bez względu na oczywiste w tym zakresie dysproporcje – i tu pola nie wolno oddawać. Przede wszystkim jednak trzeba być odpornym na ciśnienie wrogich Polsce narracji. Nigdy więcej nie wolno nam dołączyć do ofiar załganych narracji. Ich producentów jest dziś mnóstwo. Ukraińscy nacjonaliści z Kanady i USA (paradoksalnie – żyją dzięki gen. W. Andersowi, który w 1945 r. stoczył heroiczną walkę, by ich ojców – żołnierzy prohitlerowskich formacji alianci nie oddali Stalinowi) są w Ameryce Północnej medialną potęgą. Od kilkudziesięciu lat skutecznie upowszechniają więc „wiedzę” o rycerskiej armii UPA oraz podłych Polakach, okrutnie mordujących ukraińskich chłopów Wołynia, Podola i Pokucia. Swoje dorzuca prof. Zigmas Zinkewiczius głoszący, że „polscy partyzanci zabijali ludzi mówiących po litewsku”.

Francja, która bez najmniejszego udziału Niemców na skalę totalną zaangażowała się w zagładę swych żydowskich obywateli, specjalizuje się dziś w konferencjach, filmach i publikacjach, przedstawiających wyssane z palca historie o polskich zbrodniach polskie zbrodnie. Wystarczy odwiedzić którąkolwiek francuską księgarnię czy bibliotekę by się przekonać, że na cztery książki o Polsce, jakie tam znajdziemy, przynajmniej trzy będą miały za temat nasz rzekomy antysemityzm i zbrodnie.

Swego czasu postacią we Wrocławiu uwielbianą był Padraic Kenney, amerykański historyk cieszący się opinią przyjaciela Polski (ożenił się z Polką), autor książek o walce z komunistycznym reżimem. Jedną z nich są „Wrocławskie zadymy”, która jest dowodem na to, że da się cegłę na taki temat napisać, prawie nie wspominając o Solidarności Walczącej (a zdawałoby się, że SW powstała m.in. dlatego, że to właśnie Frasyniuk był przeciwnikiem wszelkich ulicznych „zadym”). Prof. Kenney od kilku lat jest sygnatariuszem oświadczeń, ubolewających nad losem polskiej demokracji. Innym dowodem jego miłości do Polski jest to, że już od dziesięcioleci jako lekturę obowiązkową, nieodzowną skarbnicę wiedzy o Polsce, wszystkim swoim studentom z Uniwersytetu w Toronto zadaje dzieła Jana Tomasza Grossa. Upowszechnianie tego rodzaju „prawd historycznych” wspiera Hollywood, w filmach takich, jak „Defiance” Edwarda Zwicka odwracających role oprawców i ofiar. Wyrzynająca w pień polskie wioski banda braci Bielskich musi być przecież przedstawiona jako formacja heroicznych bohaterów. Im więcej lat mija od wojny tym bardziej bezwyjątkowo nagłaśnia się schemat: „Polacy – mordercy Żydów” (cytat dosłowny m.in. z noblistki Olgi Tokarczuk). I to znacznie gorsi od Niemców, jak uczą komiksy, sprzedawane w księgarni Instytutu Iad Vashem czy przeróżne „Nasze matki, nasi ojcowie”. No a Żydzi to oczywiście bez wyjątku wzory cnót, organicznie niezdolne do wyrządzenia innym jakiejkolwiek przykrości (włącznie z ww. Bielskimi).

Sprawca zastępczy”

Kiedy zbrodniarz nie może ukryć zbrodni – znajduje „sprawcę zastępczego”. Neron miał kaprys, by podpalić Rzym, a kiedy pogorzelcy poszukiwali winnych, wskazał im chrześcijan. Dziś jesteśmy świadkami tego, jak spadkobierca głównego sprawcy wybuchu II wojny światowej, sygnatariusza paktu Hitler – Stalin, za winnego wskazuje Polskę, skazaną przez swych poprzedników na zagładę.

14 marca 1960 w hotelu Waldorf – Astoria w Nowym Jorku kanclerz RFN Konrad Adenauer spotkał się z premierem Izraela Dawidem Ben Gurionem. Owocem zawartego porozumienie był program ogromnych odszkodowań, przez dziesięciolecia wypłacanych potem Izraelowi przez Niemcy. Ich beneficjenci odwdzięczyć się mieli zmianą słów, używanych wtedy, gdy mowa o niemieckich zbrodniach. Zamiast „niemieckie” – zaczęto mówić „nazistowskie”. Zamysł ten współgrał z realizowanym przez niemieckie służby specjalne już od roku 1949 (pomysłodawcą programu miał być hitlerowski a potem RFN-owski generał Reinhard Gehlen) programem zamieniania pojęć w rodzaju „niemieckie obozy” na „polskie obozy”. Owocem dziesięcioleci forsowania na całym świecie takiej onomastyki jest zaszczepienie tej wymyślonej przez posthistlerowców narracji m.in. prezydentowi Barackowi Obamie i nazywanie „polskimi” nawet tych obozów, które działały w Austrii i na zachodnich rubieżach Niemiec. Kanclerz Helmut Schmidt w swym przemówieniu, wygłoszonym w obozie w Auschwitz w 1977 roku mówił już, że „Niemcy byli wśród pierwszych ofiar” a Angela Merkel głosi wprost, że jej kraj „znajdował się pod okupacją nazistów”. Ofiarą upowszechnienia tych oszczerczych narracji jest oczywiście Polska. Przypisanie bowiem niemieckich zbrodni np. Rosji jest zbyt trudne i zbyt ryzykowne. Niemieckie ziomkostwa, z nieustającą furią atakujące Polskę, zawsze szerokim łukiem omijały temat ziem, odebranych Rzeszy przez Rosję (mimo, że Królewiec przez wieki był jednym z trzech niemieckich miast stołecznych). Z istoty rzeczy obciążanie winami państw i narodów małych, jak Czechy, Słowacja czy kraje bałtyckie, wyglądałoby groteskowo. Na „sprawcę zastępczego” idealnie nadaje się Polska – państwo na tyle słabe, by się go nie bać i na tyle duże, by można mu przypisać nawet nie tylko niemieckie zbrodnie. Polska więc była, jest i będzie atakowana i oczerniana w coraz większym stopniu.

W stosunku do oszczerstw nie powinniśmy być bierni. Swoją prawdziwą historię musimy znać, promować ją, upowszechniać, upamiętniać osiągnięcia przodków i swoich narodowych bohaterów. Walka z siłami kłamstwa będzie jednak walką nierówną. Oszczercy mają możliwość produkowania większej liczby swych załganych filmów, książek, „naukowych” dzieł i wytworów popkultury. Siła rażenia tego przekazu może być miażdżąca. A nam nie wolno ulec tym kalumniom nawet wtedy, gdy każdy ze znanych nam dzisiaj producentów antypolskich potwarzy rozmnoży się do rozmiarów polakożerczej dywizji.

Nietknięta prawda o polskiej historii musi żyć w nas, naszych dzieciach i wnukach, nawet jeśli zewsząd Polskę otoczy permanentną antypolską furią.

103 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here