Pierwszego czerwca 1989 roku, trzy dni przed kontraktowymi wyborami do Sejmu i Senatu, jestem na mszy świętej w kościele św. Brygidy w Gdańsku. Mszę odprawia ksiądz Henryk Jankowski, ten sam ksiądz, który w sierpniu osiemdziesiątego roku odprawiał mszę w Stoczni Gdańskiej.

W przednich ławach widzę Lecha Wałęsę, Alojzego Szablewskiego, Zbigniewa Lisa, Jerzego Borowczaka. Między Wałęsą i Szablewskim, w białej sukni, siedzi Barbara Piasecka-Johnson, milionerka amerykańska polskiego pochodzenia. Kiedy ksiądz z tacą przechodzi obok Piaseckiej-Johnson, ta rzuca na tacę grubą kopertę. Dowiem się później, że w kopercie było sto tysięcy złotych!

Po mszy jest śniadanie na plebanii przy kościele św. Brygidy. Gościem honorowym jest Piasecka-Johnson. Obok Piaseckiej, po prawej, Lech Wałęsa, po lewej ksiądz Henryk Jankowski. Wypchnięty na róg stołu Alojzy Szablewski nagle pyta Piasecką-Johnson, czy kupi Stocznię Gdańską.

Pytanie Szablewskiego zawiesza na moment rozmowy, nastaje cisza. Pytanie jest zadane w tonie żartobliwym i zdaje się, że nikt nie oczekuje poważnej odpowiedzi. Ciszę przerywa niegłośny śmiech księdza Jankowskiego. Wałęsa patrzy na Szablewskiego i kiwa z politowaniem głową, jakby chciał powiedzieć, Boże, co ty Szablewski wygadujesz.

A tymczasem Piasecka-Johnson z poważną miną powiada:

– Kupno Stoczni Gdańskiej? Czemu nie? Rozważę tę propozycję.

Szablewski nie kryje zaskoczenia. Ktoś próbuje klaskać. Lis sprawia wrażenie, że nie wie, o co chodzi. Nikt nie pyta, za ile bogata Polka kupi stocznię. Ale już kilka godzin później krąży po Gdańsku plotka, że Piasecka-Johnson kupuje stocznię za 100 milionów dolarów. Niektórzy pytają, czy to dobra cena?

Po czwartkowej mszy świętej ksiądz Jankowski organizuje robocze spotkanie, którego rezultatem ma być sprzedaż Stoczni Gdańskiej.

– Trzeba kuć żelazo, póki gorące – powiada Lech Wałęsa.

– Póki najbogatsza Polka nie rozmyśli się – ktoś dodaje.

Na plebanii u księdza Henryka Jankowskiego spotykają się: Barbara Piasecka-Johnson, Lech Wałęsa, Jan Krzysztof Bielecki, Czesław Tołwiński, Jacek Merkel, dziennikarz UPI.

Nad wieczorem uczestnicy spotkania opuszczają plebanię w doskonałych nastrojach. Rezultat spotkania jest nadspodziewanie pozytywny. Ma powstać spółka, w której 55 procent udziałów będzie miała Piasecka-Johnson.

„Piasecka kupuje Stocznię Gdańską” – podaje amerykańska agencja UPI. News cytowany jest przez gdańskie media drukowane i elektroniczne. Pojawiają się komentarze, dywagacje. Dominuje optymizm i wiara w dobrodziejkę z Ameryki.

Czy stocznia warta jest sto milionów? – pytają stoczniowcy, którzy widzą, że statki budowane jak za króla Ćwieczka. Niektórzy działacze związkowi i samorządowi uważają, że Stocznia Gdańska warta jest nawet więcej niż sto milionów.

– A cóż to dla niej sto milionów? – słyszę w Komisji Zakładowej Stoczni Gdańskiej. – Jak ktoś ma miliardy, to sto milionów znaczy tyle, co splunąć. Nie ma sensu przyjmować stu milionów, skoro można dostać sto pięćdziesiąt, a może dwieście pięćdziesiąt milionów.

Ktoś pyta, czy chodzi o miliony złotych czy miliony dolarów? Zapada milczenie, po którym kilka głosów przekonuje, że Piasecka-Johnson na pewno ma dolary i kupuje za dolary, a nie za złotówki.

– No, to w porządku, dolary dobrze teraz stoją.

W środę, 7 czerwca 1989, cztery dni po kontraktowych wyborach do Sejmu, krążą po Gdańsku dwie wiadomości: jedna o niedzielnych wyborach, w których Solidarność wzięła wszystko, co mogła wziąć, i druga wiadomość, raczej plotka, że Piasecka-Johnson chce przyjechać z miliardami do Polski i osiedlić się w Gdańsku.

Rozpoczynają się pielgrzymki do bogatej Polki po pieniądze. Mało kto wie, że w 1989 roku Piasecka-Johnson ma setki milionów, a nie miliardy dolarów.

Zwykli ludzie, stoczniowcy, portowcy i kolejarze, nie pchają się do Piaseckiej. Pchają się posłowie i senatorowie, działacze związkowi, politycy nowej Polski, postacie legendarne, nawet sztandarowe. Proszą albo wręcz żądają pieniędzy dla siebie, dla córki, dla żony, dla przyjaciółki.

Pośrednikiem w kontaktach z Piasecką-Johnson staje się ksiądz Henryk Jankowski. To on załatwia kilkanaście stypendiów zagranicznych i krajowych dla wcale niebiednych dzieci. Załatwia kilkanaście darowizn dla ważnych osób i znaczących instytucji. Ksiądz Jankowski zajmuje się nawet chrzcinami Marcina, syna Jerzego Borowczaka.

Matką chrzestną Marcina jest Piasecka-Johnson, a ojcem chrzestnym Henryk Jankowski. Przyjęcie z okazji chrztu dla dwudziestu osób odbywa się na plebanii kościoła św. Brygidy. Prezenty są godne proboszcza św. Brygidy i milionerki z Ameryki.

Przyjęcia, spotkania, biesiady, prośby i podziękowania męczą Piasecką-Johnson, zwaną przez niektórych Naszą Basią. Ale dla wielu ludzi pojawienie się w Gdańsku bogatej Polki z milionami – to więcej niż zwycięstwo Solidarności. Na wydziałach słyszę pytania o rzekomo solidarnościowe rządy nowej Polski.

– Wszędzie komuna! – mówią w Stoczni Gdańskiej. – Kto wszedł do rządu? Komuna! Kiszczak, wicepremier, Siwicki minister obrony, Balcerowicz, wicepremier, facet z Instytutu Marksizmu-Leninizmu!… A poczytajcie Tygodnik Solidarność! Czyje tam nazwiska, kto tam pisze!

– Oni mają władzę, my mamy Basie milionerkę!

– Fakt! – przyznaje ten, który mówił, że komuna nie odda władzy.

Bogata Polka staje się ośrodkiem dobroci i pieniędzy. Wokół „Naszej Basi” gromadzą się zespoły doradcze, komitety, grupy, a także znaczące osoby, oficjalnie reprezentujące Sejm, Senat, Kancelarię Prezydenta, a w rzeczywistości reprezentujące siebie, swoje rodziny, grupy towarzyskie, koterie etc.

Za plecami Piaseckiej-Johnson dochodzi do gorszących przepychanek, nawet rękoczynów. W kawiarni hotelu Heweliusz opowiadają o mordobiciu „dwu senatorów”. Obydwaj wybierali się do apartamentu Piaseckiej.

Z otoczenia Piaseckiej-Johnson przenikają wiadomości, że nie jest ona zadowolona z pobytu w Gdańsku. Czuje się osaczona przez ludzi publicznych, którzy najczęściej nie załatwiają z nią spraw publicznych.

W sobotę 14 października 1989 roku Barbara Piasecka-Johnson rozmawia z Lechem Wałęsą, dyrektorem Czesławem Tołwińskim i z Jerzym Borowczakiem z Komisji Zakładowej „Solidarności”. Po spotkaniu Lech Wałęsa ogłasza:

– Stocznia znalazła nowego właściciela, a stoczniowcy znaleźli dobrotliwą matkę – opiekunkę.

Stoczniowcy zaczynają liczyć, co komu się należy, ile powinni zarabiać spawacze, ile kowale etc. Zatrudnieni w stoczni Filipińczycy zarabiają w dolarach – minimum sześć dolarów za godzinę. Tyle samo chcą zarabiać polscy stoczniowcy, wynajmowani dotąd przez Filipińczyków za dwa dolary.

Tymczasem Piasecka-Johnson zdecydowała się przeprowadzić w Stoczni audyt. Pracownicy firmy Arthur Andersen zajęli stoły w Dużej Sali BHP. Wokół Sali BHP gromadzą się stoczniowcy, czekają z niecierpliwością na zakończenie przeciągającego się z tygodnia na tydzień audytu.

– Sprawa zakupu stoczni była właściwie dogadana, a przynajmniej tak nam się zdawało – opowiada Wacław Tołwiński. – A tu raptem pani Johnson postanowiła przeprowadzić audyt stoczni. No i wynajęła za grube miliony firmę Arthur Andersen. Audyt ciągnie się, gdy tymczasem dla nas ważny jest każdy dzień.

Tołwiński, dawniej, w czasach PRL, działacz Związku Zawodowego Metalowców i Konferencji Samorządu Robotniczego, odchodzi ze stanowiska dyrektora stoczni. Na miejsce Tołwińskiego wchodzi Hans Szyc, zwany człowiekiem Solidarności, ale stoczniowcy nie znają go jako działacza Solidarności.

W chłodny dzień 4 lutego 1990 roku Piasecka-Johnson ponownie przyjeżdża do Gdańska na rozmowy w sprawie Stoczni Gdańskiej. Najpierw, 5 lutego, w hotelu Heweliusz, spotyka się z Duleepem Aluwihare z firmy Arthur Andersen. Przedstawiciel firmy stwierdza, że jeśli Piasecka Jonson kupi stocznię, straci cały swój majątek, szacowany na niespełna 300 milionów dolarów.

Uzbrojona w tę wiedzę Piasecka-Johnson spotyka się z Lechem Wałęsą, Krzysztofem Bieleckim i Duleepem Aluwihare. Spotkanie nie trwa długo. Lech Wałęsa pierwszy opuszcza hotel Heveliusz. Jest w fatalnym nastroju. Próbuję go zatrzymać w hallu. Pytam, czy kupno stoczni jest nadal możliwe. Wałęsa mija mnie i dopiero przy drzwiach, nie odwracając się, powiada:

– Wszystko możliwe, nawet kupno stoczni!

Następnego dnia, 6 lutego 1990, wchodzę do Stoczni Gdańskiej z grupą urzędników miejskich, posłów i senatorów, związkowców i przedstawicieli ministerstw. Zapowiadane jest spotkanie z Barbarą Piasecką-Johnson.

– To spotkanie ostatniej szansy – mówi Hans Szyc, dyrektor Stoczni Gdańskiej. – Albo pani Johnson wchodzi w ten interes, albo nie wchodzi!

Przeciskam się przez otaczający Piasecką-Johnson tłum i pytam, czy mogłaby ocalić, jeśli już nie stocznię, to przynajmniej stoczniowe żurawie. W rozgwarze zapewne nie dosłyszała mego pytania, a może nie chciała dosłyszeć. Ale w pewnym momencie zatrzymuje się na chwilę, patrzy na mnie karcącym wzrokiem i pyta ostrym tonem:

– Pan też chce?! Pan chce, żebym mu ufundowała stypendium, a może wyjazd na Wyspy Wielkanocne?

Z niezmąconym spokojem wyjaśniam, że jestem dziennikarzem i chciałbym ocalić żurawie stoczniowe. Piasecka-Johnson uśmiecha się, podaje mi rękę, przeprasza, że się uniosła. Dowiem się później, że ciężko przeżyła niedawną rozmowę ze znanym politykiem z Warszawy, który jest sztandarem tzw. opozycji demokratycznej, ba! jest legendą walki o wolną Polskę.

Znam senatora, to on trzykrotnie zabierał głos na posiedzeniu Senatu, forsując wysokie odprawy dla zwalnianych funkcjonariuszy SB. W rezultacie tych nacisków, esbecy dostali dwunastomiesięczne odprawy. W tym czasie zwalniani robotnicy nic nie dostawali albo jedynie miesięczne odprawy.

Senator zapowiedział się u Piaseckiej-Johnson telefonicznie. Powiedział, że chce rozmawiać o Stoczni Gdańskiej. Ale kiedy spotkał się z milionerką, mówił nie o stoczni, ale o swojej córce – funkcjonującej jako dziennikarka. Spytał, czy Piasecka-Johnson może ufundować jego córce stypendium.

Piasecka Jonson spytała krótko:

– Co to ma być?

Senator powiedział, że chodzi o Uniwersytet Harvarda. Koszt: 72 600 dolarów rocznie. Studia trwają dwa lata, może dwa i pół roku.

– No i kieszonkowe – dodał po namyśle. – Czy można liczyć na 1500 kieszonkowego miesięcznie?

– Dobrze – powiedziała Piasecka-Johnson. Wstała, nie dopijając kawy. Nie podała senatorowi ręki, ale dała pieniądze na Harvard.

Tymczasem spotkanie w Stoczni Gdańskiej, zwane spotkaniem ostatniej szansy, kończy się niemal awanturą. W pewnym momencie zdenerwowany Lech Wałęsa krzyczy do Piaseckiej-Johnson:

– No, pani Johnson!… Miało być sto milionów! I co? Bierze pani za sto milionów albo do widzenia.

Piasecka-Johnson zrywa się z miejsca i wybiega na korytarz. Twarz we łzach, rozmazany tusz pod oczami. Nie kupiła Stoczni Gdańskiej, bo nie mogła kupić. Za kilkanaście lat stoczniowcy dowiedzą się, że stocznia była warta przysłowiową złotówkę.

Ale w lutym 1990 roku wszyscy wierzyli, że stocznia warta jest nie sto milionów dolarów, ale co najmniej trzysta milionów.

Po spotkaniu ostatniej szansy Barbara Piasecka-Johnson chowa się w hotelu Heweliusz, a następnego dnia wyjeżdża z Gdańska. Ale nie porzuca Polski. Jedzie na Dolny Śląsk, skąd pochodzi. Zamieszkuje w Sobótce pod Wrocławiem w budynku dawnego Szpitala Leczenia Zeza i Niedowidzenia.

– Dla Sobótki porzuciła Monte Carlo! – mówią ludzie w Sobótce.

Piasecka-Johnson nie przyjmuje dziennikarzy. Omija Gdańsk i stroni od ludzi, którzy wciąż czegoś od niej chcą.

– A próbowali tu się wciskać – mówi kobieta pracująca w ogrodzie. – Wstydu nie mają. Pani chora, a oni do niej z interesami. Stają tu przy bramie, powiadają, że chodzi im o Polskę, a przecież chodzi o pieniądze pani dziedziczki.

Gdańsk szybko zapomina o Barbarze Piaseckiej-Johnson. Zapomnieli nawet ci, którym fundowała stypendia i wyjazdy zagraniczne, którym dawała grube koperty z pieniędzmi.

Tymczasem na uroczyste wodowanie gazowca „Syn Antares” 18 grudnia 2012 roku został zaproszony senator, legenda walki o wolną Polskę, sztandar opozycji demokratycznej, miłośnik filozofii Leszka Kołakowskiego. W dniu wodowania senator zadzwonił do dyrekcji stoczni, żeby usprawiedliwić swoją nieobecność.

– Stocznia to nie moja fraszka – powiedział.

Trzy miesiące później, rano 1 kwietnia 2013 roku, trwają w Gdańsku przygotowania do uroczystych obchodów 65 rocznicy położenia w Stoczni Gdańskiej stępki pod budowę pierwszego po wojnie pełnomorskiego statku – rudowęglowca „Sołdek”. Stępka została położona 3 kwietnia 1948 roku na pochylni A2.

W południe, gdy w dyrekcji Stoczni Gdańskiej szykują papiery do podpisania umowy z duńską firmą Vestas Wind A/S na produkcję wież wiertniczych, a nie gazowców albo drobnicowców, dowiaduję się z radia o śmierci Barbary Piaseckiej-Johnson. Jadę na lotnisko, a stamtąd do Wrocławia i dalej do Sobótki.

Na pogrzeb przyszli ludzie, którzy znali Piasecką-Jonson: sąsiedzi z Sobótki, z Zacharzyc, gdzie się wychowywała. Rozglądam się, żeby zobaczyć na pogrzebie ludzi z Gdańska a może z Sejmu i z Senatu. Nie widzę Lecha Wałęsy. Nie widzę proboszcza św. Brygidy. Nie widzę senatorów, posłów. Nie widzę delegacji instytucji obdarowanych przez Piasecką-Jonson.

Mszę pogrzebową odprawił ksiądz Adam Drwięga. On też dokonał ostatniego pożegnania zmarłej, czytając list od Prymasa Polski. A kiedy rozległa się pieśń: „Niech aniołowie zawiodą cię do raju”, ktoś ze wsi Zacharzyce, podobno sąsiad Piaseckich, powiedział na głos:

– Basiu, przecież ty już byłaś w raju… I zapomniałaś o Zacharzycach, gdzie biegałaś w porwanych tenisówkach.

Po powrocie do Gdańska, na statku – muzeum „Sołdek”, gdy skończyły się mowy, pytałem dyrektora Adama Zaczeniuka, dlaczego nie wysłał delegacji do Sobótki na pogrzeb Piaseckiej-Johnson.

A panie! – mówi dyrektor Adam Zaczeniuk. – Mamy tutaj taki zapieprz, że nie wiemy w co ręce włożyć i gdzie jesteśmy! Terminy nas gonią. Chcieliśmy budować statki, ale będziemy budować wieże wiertnicze dla Duńczyków. A pogrzeb w Sobótce? Mamy pogrzeb Stoczni Gdańskiej! Tu, gdzie była Stocznia, będzie teraz Dania, kawałek Danii na terenach do Wisły Martwej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here