Jak zyskać sympatię, a jak stracić szacunek?

Obecność w topografii miast skwerów czy placów wyróżnionych nazwiskami bohaterów czy twórców kultury także innych narodów jest czymś oczywistym i służy budowaniu przyjaznych relacji z obcokrajowcami, z innymi państwami. Miłym wspomnieniem z Rzymu jest np. to, że zjeżdżając z autostradowej obwodnicy przez tereny igrzysk olimpijskich sprzed 60 lat do centrum, zbliżamy się arterią, noszącą imię marszałka Piłsudskiego. Z kolei wchodząc na Schody Hiszpańskie, zobaczymy z prawej strony uliczkę Via Adamo Mickiewicz. W samym środku Paryża trafimy na Place de Varsovie, w Budapeszcie nie tylko na ulice generałów Bema i Dembińskiego, ale też Tadeusza Kościuszki. Nie jest więc regułą oddawanie czci wyłącznie tym obcokrajowcom, którzy zasłużyli się dla danego kraju. Zwykle jest jednak regułą to, co nie jest regułą w Polsce. Nawet największy twórca kultury, najwybitniejszy odkrywca czy wynalazca nie ma pomników czy ulic swojego imienia w krajach, których był wrogiem. W Polsce ta zasada często nie obowiązuje. Co pomyśli o Polsce obcokrajowiec, spotykający się w naszym kraju z upamiętnieniem Polski lub czynnie przykładających się do unicestwianie polskości? Nie przypuszczam, żeby widząc w Polsce ulice noszące imiona różnych polakożerców, ktokolwiek zinterpretował to jako przejaw naszej dobroduszności czy tolerancji. Wielkoduszni nie składają swoim oprawcom hołdów. Składają je upodleni, wyzbyci szacunku dla siebie i swej zbiorowości oraz zwyczajnie głupi.

Galeria antypolskich patronów

Johann Wolfgang Goethe rzecz jasna był literatem największego formatu i wybór dzieł, które wyszły spod jego pióra, to niezbywalny fragment polskich programów nauczania. Czy znaczy to jednak, że powinniśmy mieć w Polsce ulice jego imienia (a są w wielu miastach)? Goethe publikował o naszym państwie i narodzie teksty pełne pogardy, był autorem antypolskiej propagandy, niemało trudu poświęcił też pełnemu cynizmu uzasadnianiu rozbiorów. Autor „Fausta” piastował też ministerialne urzędy we władzach Prus, gdzie jedną z jego aktywności było planowanie wyrugowania Polaków z ich własności, wyeliminowanie języka polskiego, całkowite zgermanizowanie młodych generacji naszego narodu. Pisał piękne wiersze. I trzeba je znać. Czy jednak nadając ulicom jego imię czy w inny sposób oddając mu cześć, sami sobie nie plujemy w twarz?

O ulicach, noszących imię Franklina Delano Roosevelta wielokrotnie wypowiadał się prof. Paweł Wieczorkiewicz. Prezydenta USA, który kampanią oszczerstw oszukał amerykańską Polonię, złamał wszystkie złożone nam deklaracje, naszą ojczyznę omamił, a następnie sprzedał Stalinowi, Wieczorkiewicz nazywał jedną z najbardziej złowrogich postaci całej naszej historii.

W naszej nadmorskiej metropolii jest rondo, noszące imię Wolnego Miasta Gdańska. A przecież ten powersalski potworek quasi-państwowy nie tylko był piekłem dla Polaków, ale też jednym z agresorów, którzy napadli na Polskę 1 września 1939. Jeszcze zanim Hitler wydał (łamiący wszystkie prawa) dekret o wcieleniu Wolnego Miasta do Trzeciej Rzeszy jego żandarmeria wymordowała polskich kolejarzy, zaatakowała polską składnicę na Westerplatte, do mieszkań naszych pocztowców, w których były rodziny z dziećmi, wlewała fosgen i płonącą benzynę. Wszystko to jest dziełem tego zbrodniczego bytu, któremu dziś oddaje się cześć topograficzną onomastyką Gdańska.

Jak nierozsądne może być utrwalanie w topografii miast imienia osób żyjących przekonaliśmy się na przykładzie rosyjskojęzycznej laureatki literackiego Nobla Swietłany Aleksiejewicz. W paru miastach jej imię nadano skwerom, stanęła też poświęcona jej ławeczka. Pisarkę uhonorowano w Polsce Nagrodą Kapuścińskiego i Nagrodą Angelus Silesius. Krótko potem w swoim wystąpieniu w Nowym Jorku Swietłana Aleksiejewicz wykładała o rzekomych masowych mordach, dokonywanych przez Polaków na Żydach. Według szczodrze w Polsce uhonorowanej pisarki do ludobójstwa mieli w swych kazaniach gremialnie wzywać polscy katoliccy księża. W swoich wypowiedziach na temat walk w Donbasie największy problem noblistka też dostrzega w Polakach. Z bezliku jej wystąpień wynika, że dla niej Polacy i katolicy to ściśle te same osoby, za każdym razem mające się wg niej charakteryzować permanentną żądzą mordu. Mówiąc o nas ostrzegała więc, że „znów zaczną mordować Ukraińców”. O sytuacji na Białorusi też wypowiada się w ten właśnie sposób – istotą problemu mają być katolicy „znów pragnący wyrzynać prawosławnych i wszystkich innych, jak to już robili na Ukrainie”. Swietłana Aleksiejewicz jest jednym z wielu dowodów na to, że od lat literackie Nagrody Nobla wręcza się byle przygłupom, oby tylko byli dostatecznie lewaccy, antychrześcijańscy co często znaczy – antypolscy. Czy jednak my w Polsce nawet w przypadkach pomyleńców tak dalece oszalałych z nienawiści też musimy dostosowywać się do standardów Akademii Szwedzkiej, która swymi decyzjami już tak dawno i tak dobitnie udowodniła osiągnięcie ostatecznego dna? Żal jedynie przewracającego się w grobie fundatora, w zamiarze którego literacka nagroda jego imienia miała zbliżać narody i budować braterstwo w duchu humanizmu i prawdy o tożsamych dla wszystkich, uniwersalnych, ogólnoludzkich doświadczeniach…

Antypolscy twórcy popkultury

Oprócz nieprzyjaciół Polski, których dzieła trzeba jednak znać, mamy też do czynienia ze znanymi z pogardy dla Polski aktorzynami, producentami rozrywki na niskim poziomie. Bojkot rozrywkowych wytworów półgłówków takich, jak np. Burt Reynolds nie tylko nikogo w niczym nie zuboży, ale będzie korzystny dla umysłów, którym oszczędzi się kontaktu ze śmieciami. Przed wielu laty Reynolds zasłynął powtarzanym później nie raz „bon motem”, według którego „polski hymn wyróżnia to, że nie da się go zanucić – można go tylko wypierdzieć”. Pomimo wypowiedzenia pod naszym adresem słów tak obraźliwych od czasu, w którym one padły, różne „polskie” telewizje wiele razy emitowały produkcje Reynoldsa, np. z serii „Mistrz kierownicy ucieka”. Czy polscy widzowie naprawdę nie potrafią żyć bez tych wytworów, skrojonych na potrzeby umysłów gawiedzi? Przecież właściciel praw autorskich dostrzega każdą emisję choćby w postaci wpływów na konto. Nietrudno się domyślić opinii na temat kogoś, kto pomimo grubych publicznych zniewag nadal nie tylko pragnie podziwiać swojego potwarcę, ale nawet napychać mu kieszenie. Wiadomo, że większość działających w naszym kraju mediów jest w dyspozycji tych, dla których Polska to tylko teren do złupienia, ludność do otumanienia, przedmiot do przehandlowania. Trudno jednak o pogardę większego kalibru od tej, gdy publiczności oferuje się występy kogoś, kto dosadnie obraża nie tylko tę właśnie publiczność, ale także jej ojców, dziadów i najświętsze jej symbole. Uczestnictwo w takiej rozrywce to już obniżenie swej godności poniżej poziomu kundla. Niewykluczone, że różne działające w Polsce telewizje komedyjki np. z takim Reynoldsem właśnie po to pokazują tak często, żeby przeprowadzać pomiar stopnia zbydlęcenia, uzyskiwanego ich permanentnym emitowaniem.

Zagrożenie wynikające z akceptacji wrogich idoli

Zwalczanie jednych narodów przez drugie nie odbywa się tylko w ramach otwartych, krwawych wojen. Od wieków polega ono na sączeniu przekonania o czyjejś niskiej wartości. To w tym celu w czasach zaborów wbijano Polakom do głów opinie o Polsce i Polakach, przez wielu bezmyślnie powtarzane do dziś. Na tle innych narodów Europy jak na lekarstwo mieliśmy wojen domowych i nigdy nie zbliżyły się one do katastrofalnych rozmiarów, jak to tyle razy było w Niemczech, Francji czy Anglii. Pomimo tego to my rzekomo mieliśmy się wyróżniać brakiem zgody, kłótliwością, awanturnictwem. Od początku swej historii byliśmy mekką prześladowanych, miejscem azylu, domem dla większości Żydów świata. Nie przeszkadza to fałszerzom historii przyprawiać nam gęby ksenofobów, prześladowców mniejszości, antysemitów. Sposobem agentów Stalina na zniszczenie narodowej pamięci o polskich bohaterach był program ich ośmieszania. W tym właśnie celu sowieccy politrucy wymyślili pojęcie: „bohaterszczyzna”, do dziś pokutujące w polskich szkołach. Bo zgodnie z interesem okupantów walka w obronie ojczyzny musiała być zrzucona z cokołów, uznana za niegodną pamięci, wyszydzona. Pedagogika wstydu, przyuczanie do wysłuchiwania połajanek, piętnowanie każdego przejawu narodowej dumy jako rzekomej „megalomanii” – to prastara metoda wyniszczania tożsamości narodów, ich spodlenia, przysposabiania do roli ofiar cudzej dominacji, do ograbienia z własności. Służy też temu kreowanie fałszywych bohaterów. Za cara byli nimi chodzący na ruskiej smyczy polskojęzyczni generałowie (w XIX w. jeden z ich pomników stał w sercu Warszawy). W PRL-u „bohaterem” takim był np. gen. Świerczewski „Walter”, w roku 1920 zasłużony bestialską walką w szeregach bolszewickiej hordy, niosącej zagładę niepodległej Polsce.

Od 1989 roku na „moralne autorytety” uparcie kreowano ubeckich szpiclów, sprzedających kolegów z pracy, a bywało, że nawet własnymi ojcaów. Im gorsze kreatury stanowią dla nas wzorzec – tym przecież dla nieprzyjaciół Polski lepiej. Być może czasem zdarzenia takie to skutki niewiedzy lub dzieła przypadku. Dokładnie takie same operacje to też jednak elementarz wojny psychologicznej, której metodykę szczegółowo opisano w podręcznikach sposobów wyprawiania zbiorowości w drogę ku ich zatraceniu. Pierwszy etap na tej drodze to przyswajanie kłamstw na swój własny temat, uznanie swojej niższej wartości, zastąpienie historii bohaterskiej opowieścią złożoną z rzekomych podłości własnego narodu, przyzwyczajanie do pogardy do własnego dziedzictwa, oddawanie czci swoim własnym oprawcom.

Podstawową metodą obrony jest elementarna wiedza, zabezpieczająca przed destrukcyjnym wpływem oszczerczych narracji. Lecz nawet wtedy, gdy jej nie mamy, wystarczy nie akceptować zniewag, miotanych przez ludzi złej woli. A jeśli oczekujemy choć odrobiny szacunku od innych, najpierw sami okazujmy go sobie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here