„Piątką dla zwierząt”, która obecnie rozpala emocje; obejmuje m.in. zakaz tresury zwierząt w cyrkach, trzymania psów na łańcuchach, ale też zakaz hodowli zwierząt na futra. O ile tamte punkty nie wzbudzają większych zastrzeżeń to ostatni punkt wzbudził stanowczą reakcję niewielkiej, ale wpływowej grupy producentów futer.

Ten anachroniczny, barbarzyński i tak naprawdę nikomu niepotrzebny biznes (ot, fanaberia, żeby mieć kołnierzyk z lisa czy futro z norek) jest już zakazany w wielu krajach. W Europie przepisy zakazujące hodowli zwierząt futerkowych, a także czyniące produkcję futer praktycznie nieopłacalną, funkcjonują już w wielu krajach. Pierwszy kraj na świecie, który zakazał (w 2000 r.) hodowli zwierząt futerkowych to Wielka Brytania. W Austrii w 2004 r. hodowla zwierząt na futra została zakazana w sześciu z dziewięciu krajów związkowych tego kraju. W pozostałych wprowadzono tak rygorystyczne przepisy mające zapewnić dobrostan zwierząt, że prowadzenie ferm okazało się nieopłacalne. Jeden z największych na świecie producentów futer z norek – Holandia, zdecydowała w 2012 r. o stopniowym zamykaniu hodowli do marca 2021 r. Jeszcze w latach 90. zakazano hodowli lisów i szynszyli. W Chorwacji od 2017 r. obowiązuje zakaz hodowli zwierząt na futra. W Serbii fermy przestały działać w 2019 r. Słowenia zakazała hodowania zwierząt futerkowych w 2013 r., Macedonia Północna w 2014 r., Norwegia w 2018 r., Belgia i Luksemburg w 2018, Czechy w 2019 r.

Zestawienie przygotowanego przez organizację PETA wylicza także państwa, które wprowadziły częściowy zakaz hodowli zwierząt futerkowych. Tak stało się na Węgrzech, gdzie od 2011 r. legalna jest tylko hodowla szynszyli i królików rasy angora. Do 2023 r. ma się zakończyć hodowanie przeznaczonych na futro lisów w Danii. W niektórych krajach europejskich formalnie nie zakazano hodowli zwierząt na futra, ale przyjęto mające zapewnić zwierzętom dobrostan przepisy, które uczyniły tę działalność ekonomicznie nieopłacalną. Doprowadziło to do zamknięcia istniejących ferm w Szwajcarii, Szwecji, Niemczech i we Włoszech. W Hiszpanii od 2007 r. nie wolno otwierać nowych zakładów hodujących norki na futro.

Mój kontakt z fermami zwierząt hodowanych na futra zaczął się dokładnie 5 kwietnia 2013 r. Kiedy wchodziłem do sali restauracji Vega, na wrocławskim Rynku, nie miałem pojęcia o tego typu hodowli. Konferencje prasową zorganizował Komitet Mieszkańców Gminy Żórawina i Stowarzyszenie Otwarte Klatki. Trzy godziny później protestowali pod Urzędem Wojewódzkim we Wrocławiu. W Brześciu, koło Wrocławia miała powstać jedna z największych w Europie, ferm norek amerykańskich, hodowanych dla futra, docelowo 200 tys. sztuk. Inwestorem była firma z województwa zachodnio-pomorskiego, której właścicielem był Holender. Po wprowadzonych zakazach m.in. w Holandii producenci tej branży szukali dla swojego biznesu spokojnej oazy. Znaleźli ja w Polsce za rządów PO-PSL. Wójt Gminy Żórawina, były poseł z PSL-u pilotował tą inwestycje. Wszystko odbyło się w przedziwny sposób i dzięki temu, że złamano procedury i prawo udało się tą inwestycję zablokować. Pisząc wtedy o tej fermie poznałem przerażające fakty na temat hodowli zwierząt na futra.

Na takich fermach okaleczone zwierzęta są normą, a nie wyjątkiem. Trudno wyrokować, czy ich stan to efekt ataków innych osobników czy samookaleczeń – bardzo częstych, wynikających z tzw. stereotypii, czyli zaburzeń zachowania z powodu niezaspokojenia potrzeb składających się na dobrostan. Bo np. lis na wolności żyje na terytorium o powierzchni około 3 tys. metrów kwadratowych. W ogrodzie zoologicznym musi mieć wybieg minimum 20 metrów kwadratowych. A na fermie futrzarskiej ma klatkę o powierzchni około pół metra. Zwierzęta bez łapy z gołą kością wystającą z jątrzącej się rany to stałe widoki na tego typu farmach. Kolejny objaw choroby to „żucie” własnego ogona, które prowadzi do bolesnych ran, a czasem nawet do jego odgryzienia. Właściciele nie udzielają chorym zwierzętom pomocy bo się „nie opłaca”. Prokuratorzy, jeżeli mają zgłoszenie o złym traktowaniu zwierząt, z reguły umarzają śledztwo. Wszystko dzieje się za zamkniętymi murami, gdzie obcych, kontrolujących się nie wpuszcza. Objawy stereotypii występują u wszystkich zwierząt na tego typu fermach. Czy człowiek, który sam kocha, czuje radość, strach, ból, cierpienie, doświadcza szerokiej gamy odczuć i przeżyć, nie potrafi wczuć się w cierpienie zwierząt? Jak można nie pomóc? Nie wiem. Nigdy tego nie zrozumie.

Polska to jeden z największych europejskich producentów skór na futra. Z danych przedstawianych przez producentów futer wynika, że działa u nas ponad 700 ferm, czasem prowadzonych przez przedsiębiorców zmuszonych do likwidacji biznesu w swoich krajach. Według szacunków może w nich być trzymanych nawet 10 mln zwierząt, a pracuje w nich około 4 tys. osób. I właśnie o te miejsca pracy i zapaść w branży drży środowisko hodowców, lobbujących za utrzymaniem możliwości działania ferm. To jest ich kluczowy argument. Jednak jest to nieprawda. To zwykłe kłamstwo.

Branża hodowli zwierząt futerkowych dodaje do naszego PKB ledwo 0,08 proc., a kilka tysięcy osób zatrudnionych na fermach to 0,03 proc. polskiego rynku pracy. Tak wynika z raportu opublikowanego w styczniu 2018 r. przez Zachodni Ośrodek Badań Społecznych i Ekonomicznych. Rzeczywistą liczbę osób zatrudnionych w przemyśle hodowli zwierząt futerkowych wskazują dość precyzyjnie dane pozyskane w 2018 roku przez Fundację Viva, a upublicznione przez „Dziennik Gazetę Prawną”. Z tych danych – które organizacja miała pozyskać od Zakładu Ubezpieczeń Społecznych – wynika, że w 2016 roku w podklasie 01.49.Z „zatrudniono nie więcej niż… 933 osoby. W tym 699 w ramach umowy o pracę, a 160 na umowę – zlecenie. W roku 2017 (dane do października) zatrudnionych było 986 osób (w tym 770 na umowę o pracę i 76 na umowę-zlecenie)”. To gdzie te tysiące zatrudnionych?

Z dostępnych zestawień jasno też wynika, że cierpienie zwierząt nie przynosi naszej gospodarce żadnej wartości dodanej. Prawie wszystkie wyprodukowane u nas skóry futerkowe są eksportowane jako skóry, a nie gotowe wyroby futrzarskie, a wartość tej wysyłki w 2018 r. wyniosła 843 mln zł, co stanowi 0,09 proc. całego eksportu z Polski. 

Nie można zapomnieć też o wpływie ferm na środowisko naturalne. Przy dużych płytach kompostowych i przy zabetonowanych drogach i pawilonach, woda z opadów spłukuje wszystkie zanieczyszczenia, które są groźne dla człowieka, ale też upraw, trafiają do rowów melioracyjnych. Zanieczyszczone amoniakiem środowisko powoduje liczne choroby u ludzi: astmy, reakcje alergiczne, choroby dróg oddechowych, choroby skóry. Amoniak jest również jednym z głównych elementów kwaśnych deszczy, przenoszonych na znaczne odległości. Fermy to nie są samotną wysepką na bezludnym oceanie, odizolowane od sąsiadujących terenów. Amoniak przenoszony jest na znaczne odległości.

Zagrożony jest również ekosystem. Nie ma fermy na świecie gdzie np. norki nie uciekają, im większa hodowla tym więcej ucieczek. Norka żeruje w promieniu około 8 km², szybko się rozmnaża i czyni totalne spustoszenie wśród ekosystemu.

Problem z hodowlami zwierząt na futra narastał od lat. Jeżeli teraz nie powstrzyma się ekspansji przemysłu futrzarskiego, to niedługo koszty społeczne i ekologiczne będą dla naszego kraju nie do udźwignięcia.

Polacy mają dużą wrażliwość na los zwierząt. Według badań Eurobarometru aż 86 proc. naszych rodaków uważa, że ochrona dobrostanu zwierząt gospodarskich jest ważną kwestią, a 72 proc. jest zdania, że zwierzęta te powinny być lepiej chronione przez prawo niż te, które było do tej pory. I nie ma to znaczenia czy ktoś ma prawicowe czy lewicowe poglądy, bo wrażliwość na cierpienie ich nie rozróżnia.

Warto także pamiętać, że między reizmem, traktującym zwierzę jak rzecz, a „zoopersonalizmem”, traktującym zwierzę jak człowieka, należy znaleźć „złoty środek”. Ale nie można pozwolić na bezmyślne okrucieństwo, tylko dlatego, że ktoś chce nosić płaszczyk ze zwierzęcych skór – bo to tylko zachcianka a nie życiowa konieczność.

.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here