Koronawirus na Świecie

All countries
178,964,181
Zakażeni
Updated on 20 June 2021 08:02
All countries
161,773,746
Ozdrowieńcy
Updated on 20 June 2021 08:02
All countries
3,875,656
Zgony
Updated on 20 June 2021 08:02

Koronawirus na Świecie

All countries
178,964,181
Potwierdzone
Updated on 20 June 2021 08:02
All countries
161,773,746
Wyzdrowiało
Updated on 20 June 2021 08:02
All countries
3,875,656
Zgony
Updated on 20 June 2021 08:02

„TWÓRCZOŚĆ” KU POGNĘBIENIU SERC – Artur Adamski

Przekonywanie narodu, że ma on niską jakość a przynależność do niego jest powodem do wstydu, to jeden z kluczowych sposobów degenerowania, dezintegrowania, niszczenia lub podporządkowywania sobie nawet wielkich zbiorowości.

W warunkach wojennych jest to sposób na osłabianie woli walki, upowszechnianie w szeregach przeciwnika poglądu, że wartości, którym jego żołnierze służą, nie są warte obrony. W czasie plebiscytów i powstań śląskich swymi plakatami i gazetami Niemcy przekonywali, że Polska to tylko państwo sezonowe, które zawali się tak, jak przedrozbiorowa Rzeczpospolita. Argumenty te były kontynuacją tego, co propaganda i do cna zakłamane programy pruskich szkół wbijały do głów całym pokoleniom – przekonanie, że Polacy są organicznie niezdolni do utrzymania własnej państwowości i tworzenia sprawnej gospodarki. Jak nauczano – jedyna droga ich rozwoju i awansu to zapomnienie o rzekomo nic nie wartej tożsamości polskiej na rzecz niemieckiej, mającej oznaczać przynależność do przodującej kultury świata, do nacji powołanej do dominowania i przewodzenia innym. W roku 1920 i 1939 do oddziałów naszych obrońców bolszewiccy agresorzy przerzucali ulotki dowodzące, że wrogiem nie są najeźdźcy, ale całkowicie obcy żołnierzom dowódcy, których we własnym interesie powinni oni wymordować. O tym, że Polska to byt ostatecznie należący do przeszłości, a „prawdą” o jej historii miała być permanentna jej podległość, przyrodzona niższość jej kultury – w rosyjskich szkołach dla Polaków przekonywano kolejne generacje przez wszystkie lata niewoli.

Media zagranicznego kapitału czy oręż nieprzyjaznej propagandy?

Koniec wojen i okupacji wcale nie oznacza porzucenia oręża propagandowego. Przeciwnie – kiedy nie można przeciwnika niszczyć armatami rozbudowuje się artylerię złożoną ze stacji radiowych, telewizyjnych, gazet czy internetowych portali. Doskonale zdawano sobie z tego sprawę w II Rzeczpospolitej, której jednym z pilnych celów był pospieszny rozwój mediów elektronicznych. Wyzwaniem był błyskawiczny wzrost zasięgu radiofonii niemieckiej i sowieckiej na terenie Polski. Odpowiedzią była potężna poznańska stacja radiowa, umożliwiająca słuchanie Polskiego Radia nie tylko w Wielkopolsce, ale też we Wrocławiu, Pile i Berlinie. W 1931 roku w Raszynie uruchomiono nadajnik o największej mocy w całej Europie. Dzięki niemu polski przekaz radiowy sięgał wówczas dalej, niż którykolwiek inny. W 1938, jako jedna z pierwszych na świecie, Polska dysponowała własną telewizją. Krótkie programy, w ramach których emitowano np. film „Barbara Radziwiłłówna” z Jadwigą Smosarską, oglądano na ekranach nielicznych telewizorów wyłącznie w stolicy. Ten pierwszy krok zaliczał nas jednak do grona zaledwie paru krajów, posiadających taki środek przekazu. Osiągnięcia te należy zawdzięczać nie tylko geniuszom naszej myśli technicznej, ale też ówczesnemu państwu, zdającemu sobie sprawę z politycznej roli środków masowej informacji. Elektryfikację w Związku Sowieckim kosztem potwornych ofiar rozbudowywano wówczas bowiem z tylko z jednego powodu. Tam, gdzie był prąd, tam mogły docierać objazdowe kina z filmową propagandą. Zanim ktokolwiek pomyślał o żarówkach, domy, ulice i zakłady pracy szpikowano „kołchoźnikami” (kablowymi odbiornikami radiowymi do słuchania jednej stacji) i stawiano maszty radiowe, zasięgiem emisji wykraczające poza granice „ojczyzny proletariatu”. W II Rzeczpospolitej rozumiano, że jeśli sąsiednie państwo inwestuje w rozpowszechnianie własnego przekazu na terenie naszego to raczej robi to we własnym, a nie polskim interesie. Zasadę tę doskonale rozumieją państwa, których regulacje prawne kategorycznie wykluczają nawet drobny ułamek tego kuriozum, z jakim mamy do czynienia w Polsce. Podobna przewaga mediów, należących do koncernów ościennego kraju jest nie do pomyślenia nawet w postkolonialnych bantustanach.

Antypolska pseudohistoria

Tak, jak za PRL-u księgarnie przypominały wysypiska makulatury z komunistyczną propagandą, tak od 30 lat wlewa się do nich zdająca się nie mieć końca lawina produktów, udających prace historyczne. Wydawnictwo Bertelsmann uraczyło nas np. takim nakładem śmiecia pt. „Kronika II wojny światowej”, że ten nikczemny chłam od lat upychany jest za grosze w hipermarketach i innych handlowych przybytkach, nie brzydzących się tego rodzaju obrzydlistwami. Dla autorów tej wersji historii lata 1939-45 to przede wszystkim powód do poszczycenia się osiągnięciami niemieckiej techniki. Obok opisów przeróżnych typów broni poczesne miejsce zajmują niemieccy antyfaszyści. Autorzy wymieniają ich tak wielu, że odnieść można wrażenie, iż liczebnie przeważali nad siłami Werhmachtu. Są też, a jakże, i ofiary zbrodni. „Kronikę” bowiem otwierają fotografie cywilnych Niemców, we wrześniu 1939 jakoby mających stracić życie z rąk Polaków. Czytelnik od pierwszych stron dowiaduje się więc tego, czego w RFN naucza się dość często (w czasie prywatnej wizyty w Polsce w 1985 roku zaszokował takimi wypowiedziami np. historyk z uniwersytetu w Monachium, wieloletni premier Bawarii i szef CSU Franz Josef Strauss), czyli że pierwszymi ofiarami byli Bogu ducha winni Niemcy. Podobnymi treściami wypełnionych jest mnóstwo publikacji autorstwa nie tylko ewidentnych fałszerzy historii, ale też niemieckich uczestników wojny, przedstawiających się w najlepszym razie jako tragiczne jednostki, wrzucone w tryby historii, częściej jednak jako rycerze bez skazy z Luftwaffe czy Werhmachtu.

To, że Niemcy łżą na temat swojej przeszłości, w jakiś sposób można zrozumieć. Gorzej, że mamy w Polsce zjawisko o dużej skali, którym są historycy zatrudnieni w polskich instytucjach, ale gros dochodów (a także „naukowej chwały” w postaci publikacji, brylowania na międzynarodowych konferencjach itp.) czerpiący z zagranicy, głównie z RFN. Po wyborach, wygranych przez PiS w roku 2015, niektóre instytuty historyczne wreszcie po prostu zlikwidowano, powołując na ich miejsce całkowicie nowe. Bywało bowiem, że dotychczasowe, działające w Polsce za polskie pieniądze bez reszty służyły nieprzyjaznym Polsce interesom. Dodajmy, że wszyscy naukowcy, którym w takich okolicznościach przydarzyło się utracić posadę, natychmiast zostali przyjęci do pracy w instytutach RFN. Żadna krzywda się więc nikomu nie dzieje, a przynajmniej widać od razu, kto komu służy i czyją narrację przekazuje. W powstrzymywaniu produkcji antypolskiej propagandy za polskie pieniądze nadal jest jednak jeszcze wiele do zrobienia.

Realizatorzy niemieckiego zapotrzebowania

Od początku swego istnienia RFN wykazuje niewyczerpywalne zapotrzebowanie na treści wybielające historię Niemców oraz przedstawiające jak najgorszy obraz Polski i Polaków. Pierwszym obywatelem PRL-u, który na tych możliwościach zrobił ogromną karierę i zbił majątek, był pochodzący z Włocławka Marcel Reich-Ranicki, do 1958 cenzor, komunistyczny propagandysta i oficer UB. Po ucieczce do RFN przedstawiał się jako prześladowany Żyd, a niemieckie media wypromowały go jako wyrocznię w sprawach literatury. Jedynymi polskimi pisarzami, jakich polecał, byli tacy, którzy w schlebianiu Niemcom i plugawieniu Polski też dostrzegli gwarancję przekładów, olbrzymich nakładów, splendorów, nagród i wielkich pieniędzy. Po piszącym na niemieckie zamówienie Andrzeju Szczypiorskim receptę na murowaną sławę i pieniądze realizują kolejni. Natomiast prawdziwi polscy literaci, o ile w ogóle za Odrą są znani, niemal nie wychodzą z wąskiej niszy. W ostatnich latach kilku polskojęzycznych pisarzy przystąpiło do produkowania i publikowania obrazów rzekomo wypełnionej wyłącznie skrajną nędzą przedwojennej Polski. Jeden z najgłośniejszych wymyślił cykl esejów o Warszawie, jakoby do 1939 roku złożonej z tysięcy nadających się wyłącznie do wyburzenia, spróchniałych, walących się ruder. Czytając te bzdury, doszedłem do wniosku, że władze RFN poważnie zaczęły się obawiać żądania odszkodowań za wojenne zniszczenia. Wyprodukowanie obrazów polskiej stolicy jako śmietniska usianego skleconymi slumsami z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością musiało być przecież zlecone przez kogoś żywotnie zainteresowanego obniżaniem wartości miasta przemienionego przez Niemców w pustynię.

Walka z narodowymi mitami czy walka z Polską?

Odrażające obrazy Polski niszczą wizerunek naszej ojczyzny za granicą. Są też toksyczne dla młodego pokolenia Polaków, które spotykając się z budzącymi wstręt opisami polskiej historii mogą dochodzić do wniosku, że nie chcą mieć nic wspólnego ze wspólnotą, zachowującą się jak hordy prymitywnych sadystów z „Malowanego ptaka” Jerzego Kosińskiego czy jak tępa hołota z „Naszej klasy” T.adeusza Słobodzianka. Ten ostatni utwór, w którym Polacy o mentalności zboczonych debili dokonują mordu na światłych, uduchowionych, subtelnych Żydach, będących istnymi wzorcami wszelkich cnót, jest dziś najczęściej wystawianą za granicą sztuką teatralną polskojęzycznego autora. Antypolskie treści – nawet trywialne, alogiczne i zwyczajnie głupie – zawsze mogą liczyć na sukces. Sprawcom ludobójstwa pomagają bowiem w przerzucaniu odpowiedzialności na polskiego „winowajcę zastępczego”, wiarołomnym sojusznikom pomniejszyć rozmiar własnej zdrady, preparujących roszczenia do tzw. „mienia bezspadkowego” wspomagają szerzeniem antypolskiego odium. Zachęt w postaci licznych tłumaczeń, dużych nakładów, inscenizacji i dystrybucji a także nagród włącznie z berlińskim Srebrnym Niedźwiedziem a nawet Oscarem i Noblem nie brakuje. Wytworów w rodzaju „Idy”, „Pokotu”, „Obławy” czy „Pokłosia” zapewne więc będzie przybywało.

Autorzy i piewcy antypolskiej twórczości nieustannie twierdzą, że ich celem nie jest atakowanie polskiej historii czy tradycji, ale dążenie do urealnienia jej obrazu, przepełnionego bezkrytycznymi i tym samym niewiarygodnymi apoteozami polskości, jakimi jest klasyka polskiej literatury i historiografii. Oczywiście pogląd taki wygłaszać może wyłącznie ktoś, kto w ogóle nie zna najważniejszych polskich książek albo liczy na to, że zostały one już całkowicie zapomniane. Każdy przecież, kto czytał Sienkiewicza, wie, że wielką część bohaterów Trylogii stanowią zbóje, zdrajcy czy warchoły polskiej narodowości. Niewiele lepiej w Mickiewiczowskim Soplicowie, którego mieszkańcy to też przecież nie zawsze uosobienia cnót, a inteligencja nie należy wśród nich do cech, którymi wielu z nich mogłoby się szczycić. Podobnie rzecz się ma ze wszystkimi najpowszechniej czytanymi podręcznikami czy esejami o polskiej historii. Ileż krytyki polskich wad i deficytów, ileż mowy o polskich błędach, zawinionych upadkach jest u Dmowskiego, Mackiewicza czy Jasienicy! Gdzież więc ci wszyscy producenci antypolskich narracji spotkali się z historiografią czy literaturą wyłącznie Polaków idealizującą i ukazującą w pozytywnym tylko świetle?!

Sceny, czyli królestwo bezwstydnych miernot

W minionym stuleciu osiągnięcia polskiego teatru sytuowały naszą ojczyznę w najściślejszej czołówce świata. Dramaty i nowe przestrzenie inscenizacji Wyspiańskiego (np. „Akropolis” grany na krakowskim Wawelu), geniusz „Redut” Juliusza Osterwy to kamienie milowe myśli scenicznej. Potem najpierwszą mekką aktorów i reżyserów stało się „Laboratorium”, stąd też największy w dziejach zjazd wielkich twórców tej sztuki odbył się we Wrocławiu, a Jerzy Grotowski na całym świecie uważany jest za największego teoretyka i praktyka sceny II połowy XX w. Równocześnie działał legion innych gigantów: Kantor, Tomaszewski, Jarodzki, Swinarski, Axer… Dziś ich miejsce zajęli hochsztaplerzy w rodzaju Krystiana Lupy, którego cwanym pomysłem jest wystawianie przedstawień, otwarcie nazywanych nieukończonymi. Widz ma więc podziwiać jedynie próby teatralne, co zarazem wytrąca oręż ewentualnej krytyce, „bo my dopiero przecież przygotowujemy ten spektakl”. O stosunku Lupy do Polski świadczy choćby ta z jego wypowiedzi: „Po marszach 11 listopada flaga biało – czerwona stała się dla mnie straszna. Niczym nie różni się od flagi ze swastyką”. Monika Strzępka i Paweł Demirski w spektaklu „Niech żyje wojna” walkę z bolszewicką nawałą ukazali jako żałosną parodię zarazem Feliksa Dzierżyńskiego stawiając na piedestale jako szlachetnego romantycznego bohatera. Normą współczesnego teatru w naszym kraju stało się tak dalekie przekształcanie treści klasycznego dramatu, że czasem zostaje z niego jedynie tytuł i nazwisko autora. Tak jest np. z „Klątwą”, wystawianą w warszawskim Teatrze Powszechnym, której Wyspiański na pewno w żaden sposób by nie skojarzył z tekstem swojego autorstwa. Nie inaczej ze „Snem nocy letniej” Mai Kleczewskiej, wydarzenia dramatu umieszczającej w burdelu czy „Makbetem” Grzegorza Jarzyny, który akcję przeniósł na front wojny irackiej. Kompromitujące polską sztukę kuriozalne brednie wdeptała w ziemię krytyka brytyjska podkreślająca, że eksperymentować jak najbardziej wolno, ale bezczeszczenie wielkiej klasyki to barbarzyńskie łajdactwo! Angielskie i inne sceny pełne są artystycznego szaleństwa, ale odwracanie znaczeń i przerabianie na sieczkę wielkich narodowych kanonów to niestety specjalność wyłącznie dewastatorów z naszego kraju. Takich, jak buszujący w jakże zasłużonym Starym Teatrze Jan Klata nie odpuszczający żadnej okazji, by polską historię ukazać jako nikczemne kuriozum a z archetypów polskiego bohaterstwa zrobić odrażających kretynów.

Polska kultura narodowa i kulturopodobne produkty do zwalczania polskości

W ostatnich stuleciach powstała przeogromna ilość niemających najmniejszego związku z faktami, zohydzających Polskę publikacji. Upowszechniano je w bezliku gatunków i form przekazu. Zaborcy do ich pisania zatrudniali zarówno pospolitych pismaków, jak i autorów bestsellerów oraz najgłośniejsze pióra ówczesnego świata, włącznie z tuzami filozofii i kultury. Antypolskie treści produkowano masowo, by uzasadnić dokonywane na Polsce i Polakach zbrodnie, a zarazem by naszych ojców i dziadów zniechęcić do polskości. Obowiązkowymi lekturami w szkołach wszystkich zaborów były książki złożone z oszczerstw o naszej historii. Odrobina prawa do prawdy i upamiętniania narodowych bohaterów pojawiała się w okresach ograniczonej autonomii małych części ziem dawnej Rzeczpospolitej, np. w tzw. Królestwie Polskim przez krótki czas po Kongresie Wiedeńskim czy w Małopolsce po reformach z końca lat sześćdziesiątych XIX w. Tzw. krakowska szkoła historyczna, choć niepozbawiona wartości, współgrała jednak z interesami zaborców, gdyż jako jedynych winnych likwidacji naszego państwa wskazywała samych Polaków. Cykl swych powieści Sienkiewicz tworzył w intencji pokrzepiania polskich serc. Za konieczne uznawał bowiem przypominanie, że nasza historia to nie zbiór haniebnych nonsensów, o czym przekonywali ówcześni głosiciele tezy, że jedyną szansą polskiej nienormalności jest roztopienie się w narodach wówczas w Europie dominujących. Pisząc o międzywojennym dwudziestoleciu prof. Andrzej Zawada stwierdził, że „między dwiema wielkimi epokami niewoli Polakom było wtedy dane zabawić się w normalność”. Nasi ojcowie wypełnili ten czas przeogromną erupcją arcywspaniałej i arcypolskiej narodowej kultury z wszystkich dziedzin twórczej aktywności. W 1939 roku cały ten dorobek skazano na zagładę, okupant zezwolił na dalsze wydawanie tylko najbardziej ogłupiających gazet, na druk wyłącznie debilnych książek, na pokazywanie jedynie podłych filmów i odmóżdżających spektakli teatralnych. Zastanówmy się, jakie decyzje w stosunku do współczesnych polskich mediów, dzisiejszych filmów czy obecnie działającego w Polsce teatru podjąłby ten sam okupant gdyby, nie daj Boże, teraz powrócił. Nie mam wątpliwości, że wcale by nie zakazywał dalszego wydawania wielu dzisiejszych gazet i czasopism. Przeciwnie – uznałby, że nietknięte świetnie będą służyć jego interesom. Tak samo, jak i mnóstwo wyprodukowanych po 1989 roku filmów czy wystawianych dziś spektakli teatralnych. Po cóż zmieniać by też miał cokolwiek w treściach szeregu internetowych portali czy w programach niejednej stacji telewizyjnej czy radiowej? Najbardziej antypolski z okupantów nie miałby przecież wątpliwości, czemu służy duża część działających w naszym kraju mediów i niemała część tego, co uchodzi dziś za świat kultury i sztuki.

Każdy potencjalny, działający na szkodę Polski okupant w dużej części mediów i tzw. twórczości dostrzegłby przecież nie przeciwnika, lecz sprzymierzeńca własnych, wrogich Polsce celów.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Gorące tematy

Jak rozbudzić w dziecku pasje?

Pasję zazwyczaj postrzegamy jako hobby, coś co lubimy robić w wolnym czasie, co nas interesuje, przy czym często odpoczywamy. Dorośli zazwyczaj potrafią wskazać na...

Wychowanie dziecka do roli ojca i matki

Wychowanie jest to proces bardzo długi. Na początku dziecko jest w pełni zależne od rodziców, natomiast po około dwudziestu latach ma ono stać się...

Rodzinne posiłki – konieczna normalność!

Nasze dni wypełnione są po brzegi zajęciami, co sprawia, że często jakość spotkań z ludźmi jest coraz gorsza. Nie mamy czasu na spokojną rozmowę...

Powiązane Artykuły

Jak rozbudzić w dziecku pasje?

Pasję zazwyczaj postrzegamy jako hobby, coś co lubimy robić w wolnym czasie, co nas interesuje, przy czym często odpoczywamy. Dorośli zazwyczaj potrafią wskazać na...

Wychowanie dziecka do roli ojca i matki

Wychowanie jest to proces bardzo długi. Na początku dziecko jest w pełni zależne od rodziców, natomiast po około dwudziestu latach ma ono stać się...

Rodzinne posiłki – konieczna normalność!

Nasze dni wypełnione są po brzegi zajęciami, co sprawia, że często jakość spotkań z ludźmi jest coraz gorsza. Nie mamy czasu na spokojną rozmowę...