Koronawirus na Świecie

All countries
240,226,016
Zakażeni
Updated on 14 October 2021 21:12
All countries
215,798,951
Ozdrowieńcy
Updated on 14 October 2021 21:12
All countries
4,893,452
Zgony
Updated on 14 October 2021 21:12

Koronawirus na Świecie

All countries
240,226,016
Potwierdzone
Updated on 14 October 2021 21:12
All countries
215,798,951
Wyzdrowiało
Updated on 14 October 2021 21:12
All countries
4,893,452
Zgony
Updated on 14 October 2021 21:12

Słodki Grudzień – Opowiadanie świąteczne

Mój wuj Mikołaj doskonale nadawał się na bohatera świątecznego reportażu, toteż gdy kilka dni temu w redakcji zlecono mi to zadanie, nie zawahałem się ani chwili. Chwyciłem zaraz za telefon i wybrałem jego numer. Kilkanaście sekund później usłyszałem w słuchawce wesoły głos jego żony: Mary Christmas, słucham…?

Niewtajemniczeni zrozumieliby oczywiście, że ciotka już na wstępie składa im świąteczne życzenia (tylko dlaczego po angielsku?), ale to wcale nie o to chodziło. Wiele lat temu, tuż przed Bożym Narodzeniem, krążył po Polsce taki dowcip-zagadka: Jak nazywa się żona św. Mikołaja? Odpowiedź brzmiała: Mary Christmas. Mojej ciotce żart ten szalenie się spodobał i kiedy jej mąż, nomen omen, Mikołaj (a mój wuj), założył swoje słynne „Biuro Świętego Mikołaja”, ciotka, która odtąd stała się prawą ręką szefa, zaczęła działać w biznesie pod tym właśnie pseudonimem. I działała tak już od ponad dwudziestu lat. Trzeba przyznać, że wuj Mikołaj i ciotka Mary Christmas byli dla siebie stworzeni i prawdopodobnie właśnie dlatego udało im się wykreować tak niesamowitą firmę jak „Biuro Świętego Mikołaja”. Duża część naszej rodziny traktowała ich oboje jak parę nieszkodliwych postrzeleńców, ale ja nigdy nie podzielałem tej opinii. Dla mnie stanowili oni parę bezwzględnie najciekawszych osobowości w całej naszej szerokiej familii. Ich „Biuro” działało każdego roku od połowy października aż do święta Trzech Króli. W pozostałe miesiące natomiast wujostwo pracowało w swojej własnej cukierni „Śnieżka” i sprzedawało niezwykłej urody łakocie. W listopadzie i grudniu w „Śnieżce” pracowano na zwolnionych nieco obrotach, bo produkcję asortymentu ograniczano wyłącznie do ciast świątecznych, nie mniej dochody cukierni wcale jakoś znacząco nie malały, jako że wszyscy w miasteczku chcieli mieć na świątecznym stole słynne pierniki mojej ciotki. Pierniki miewały kształt różnej wielkości klasycznych gwiazdek czy serduszek, ale ogromnym popytem cieszyły się piernikowe chóry aniołków, pół metrowe choinki z zielonym lukrem i niezwykłej fantazji piernikowe chatki. Wszystkie te frykasy pakowano zawsze w okolicznościowe torby ze srebrzystego papieru z finezyjnym czerwono-zielonym napisem: Słodkich świąt życzy ciotka Mary Christmas! Pamiętam jak wiele lat temu ciotka zatelefonowała do mnie z pytaniem czy mam może jakąś szczególną prośbę do Świętego Mikołaja. Pomyślałem, że stroi sobie ze mnie żarty. W dodatku kiepskie. Byłem wtedy maturzystą i od lat nie wierzyłem w św. Mikołaja. To znaczy wiedziałem oczywiście, że istniała taka postać historyczna, ale nie wierzyłem, że wrzuca grzecznym dzieciom (ewentualnie dorosłym) prezenty przez komin. Albo układa je pod choinką. Przyznam jednak, że nie miałem wówczas pojęcia, że mój wuj Mikołaj, notabene także ojciec chrzestny, otworzył właśnie swój gwiazdkowy interes. Ale żeby nie wypaść niegrzecznie odpowiedziałem, że jeśli to naprawdę Mikołaj przynosi prezenty, to z pewnością wie, że marzę od lat o przedwojennym, wiecznym piórze, należącym niegdyś do mojego ulubionego pisarza. Pióro było bardzo charakterystyczne i nie sposób byłoby mnie oszukać. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu znalazłem to właśnie pióro pod swoją choinką, a kilka miesięcy później pisałem nim pracę maturalną. A jeszcze później szkice swoich pierwszych artykułów prasowych. Skoro już jesteśmy przy tym piórze, to dodam, że wuj zatrudnia w swojej mikołajowej firmie tzw. agentów specjalnych. Zwykle są to dwie lub trzy osoby, które zajmują się wyłącznie organizowaniem bardzo szczególnych podarunków. Takim podarkiem było m.in. moje pióro, którego trzeba było szukać u różnych antykwariuszy i kolekcjonerów w całym niemal kraju. Kilka lat później, dokładnie 6 grudnia, zadzwoniłem do wuja Mikołaja by złożyć mu imieninowe życzenia. Gdy kończyliśmy rozmowę, zapytał zaintrygowany dlaczego nie mam żadnej gwiazdkowej prośby. Roześmiałem się. Po pierwsze, byłem dużym chłopcem i umówmy się, nie chciałem naciągać chrzestnego na wydatki, jak zwykłem w dzieciństwie. Po drugie, wszystko o czym marzyłem i co można było otrzymać od św. Mikołaja już miałem. Byłem prawdziwym szczęściarzem, osiągnąłem w moim młodym życiu prawie wszystko o czego pragnąłem, a to, czego jeszcze nie miałem, wydawało mi się tylko kwestią czasu. No, może z wyjątkiem pierników cioci Mary! – zasugerowałem wujowi. Wuj najpierw zamilkł, a potem tajemniczo zachichotał. Na koniec stwierdził, że mógłbym znaleźć sobie już własną „Mary” która piekłaby mi pierniki. Wujku! I to jest pomysł! – zawołałem rozbawiony. – Chciałbym w prezencie gwiazdkowym wspaniałą dziewczynę! Klient mówi, klient ma – odparł wuj ze śmiertelną tym razem powagą. Ale ja byłem absolutnie pewny, że obaj żartujemy sobie po prostu. Kilka dni później, w redakcji, w której wówczas pracowałem, zjawiła się prześliczna drobna brunetka z ogromną – naprawdę ogromną! – srebrzystą torbą pełną świeżutkich pierników ciotki Mary. (Ciekawostką było to, że wszystkie miały kształt serduszek, ale w chwili naszego spotkania ani ja, ani ona nie mieliśmy o tym pojęcia.) Okazało się, że brunetka jest jednym z agentów specjalnych „Biura Świętego Mikołaja” i przyjechała do Poznania by kupić unikalną akwarelkę miejscowego artysty. A pierniki podrzuciła mi przy okazji. Tamtego dnia na dworze panował arktyczny wręcz mróz, więc skrzętnie to wykorzystałem i natychmiast zaprosiłem na gorący obiad. Nim nadeszły kolejne święta była już moją „Mary”. Od tamtej zimy upłynęło już sporo czasu. Urodził się nam synek (zgadnijcie po kim nosi imię Mikołaj), wszyscy byliśmy zdrowi, mieliśmy gdzie mieszkać, co jeść, ja wykonywałem pracę, która była moją wielką pasją, a jednak ciągle czegoś mi brakowało. Nie czułem się szczęśliwy, mimo, że miałem wszystko, czego człowiekowi do szczęścia potrzeba. Przypominałem trochę Kaja z „Królowej Śniegu” Andresena, w serce którego wbił się odłamek krzywego zwierciadła. Najgorsze było to, że ów odłamek zdawał się wbijać coraz głębiej powodując, że moje życie i otaczający mnie ludzie, z dnia na dzień coraz bardziej mnie drażnili. Gdyby naprawdę istniał taki św. Mikołaj w jakiego wierzą dzieci, taki, który jest w sumie absolutnie wszechmocny, poprosiłbym go natychmiast o owo tajemnicze „coś”, które uczyniłoby mnie naprawdę szczęśliwym. Mówię „tajemnicze coś” bo sam nie wiedziałem co nim jest. Czego mi brakuje. Ale wiadomo jak jest. Dorosłemu, poważnemu facetowi nie wypadało nawet o takich rzeczach myśleć.

Wuj z całym swoim „przychówkiem” mieszkał od lat w uroczym miasteczku położonym u stóp Sudetów, które moim zdaniem najpiękniej wyglądało właśnie w grudniu. I to nawet w tych czasach, kiedy ludzie na święta nie ubierali nawet świerków w swoich ogródkach kolorowymi lampkami. (Pamiętacie? Przecież były takie czasy!) Ośnieżone szczyty gór, przystrojone śniegiem drzewa, bazarek, na którym miejscowi handlarze sprzedawali suszone grzyby, słoje z miodem, tureckie swetry, enerdowskie czekolady w pomarańczowych papierkach i naprawdę pyszne landrynki z Czechosłowacji. Prawdę mówiąc, gdy wysiadałem z pociągu i ujrzałem te – jak dawno już nie widziane – sielskie obrazki, od razu zrobiło mi się lżej na mojej zbolałej duszy. Nim doszedłem do domu wuja, dwaj Mikołaje w zielonych strojach (dlaczego zielonych?) naciągnęli mnie na kubek grzanego korzennego wina z ich straganiku, a jeden biały niedźwiedź z towarzyszącym mu fotografem, omal mnie nie pożarli, kiedy bez ich zgody i zapłaty rzecz jasna, ukradkiem strzeliłem im parę fotek. (Swoją drogą zdjęcia były kapitalne. Bo niedźwiedź podpalał fotografowi papierosa. Nie wiem jak można to zrobić z tym misiowym hełmem na głowie, ale widać jest to wykonalne.) Wuj był właścicielem pięknej poniemieckiej willi, na parterze której mieściła się – legendarna już w miasteczku i okolicach – cukiernia „Śnieżka” i wcale nie mniej słynne „Biuro Świętego Mikołaja”. Na piętrze zaś, znajdowało się urządzone z godnym mistrzów cukiernictwa smakiem, mieszkanie. Gdy otworzyłem drzwi tego mieszkania od razu powitał mnie cudowny zapach pieczonego ciasta, które bez wątpienia zawierało w sobie cynamon i goździki. To nowy wynalazek twojej ciotki! – wyjaśnił mi wuj Mikołaj prowadząc mnie do kuchni. Nazywa się „Słodki Grudzień” – dodała z nieukrywaną dumą ciotka. – I można powiedzieć, że trafiłeś ñ prapremierową degustację! Nasza Mary Christmas miała niesamowicie podzielną uwagę. Rozmawiała z nami lukrując jednocześnie – z niewiarygodną precyzją w dodatku – pokaźnych rozmiarów piernik. – Od jutra „Słodkie Grudnie” będzie można kupować w „Śnieżce” – dorzuciła. A co z pierniczkami? – zapytałem z obawą. Można je kupować już od tygodnia – uspokoił mnie wuj. – Musisz jednak wiedzieć, że „Słodki Grudzień” prócz walorów smakowych i estetycznych posiada również inne zalety, a właściwie to jedną zaletę! Brzmi bardzo intrygująco – oczekiwałem rozwinięcia tematu. Bezskutecznie jednak. Ciotka zrzuciła na mokry jeszcze lukier chmurę wiórków z białej, kokosowej czekolady (miały imitować śnieg) i zaprosiła wszystkich do jadalni na obiad. Do posiłku usiedli z nami także moi młodsi kuzyni. A „Słodki Grudzień” wjechał na stół jako deser razem ze świeżo zaparzoną kawą. Na powierzchni ciasta pojawił się w międzyczasie nowy element. Teraz po czekoladowych zaspach z białej czekolady, mknął dziarsko w saniach z masy cukrowej (zaprzężonych do takichże reniferów) Święty Mikołaj. Przyjrzałem się mu z podziwem i zapytałem czy tajemniczą zaletą tych sań są umieszczone wewnątrz baterie i mechanizm napędzający. Moi kuzyni wybuchli śmiechem. Odparli, że są tam nie tylko baterie i wspomniany mechanizm, ale dodatkowo do dna sań przymocowany jest ostry nóż i kiedy Mikołaj jeździ po pierniku to kroi ciasto na kawałki. Ciotka się nie roześmiała. Potoczyła po nas zagadkowe spojrzenie i powiedziała niskim, spokojnym głosem: Jeśli chodzi o nóż, to póki co jest on w mojej dłoni. Chwilę później każdy z nas dostał po równiutkiej kostce „Słodkiego Grudnia”. Sam, zwykle kroiłem piernik na wąskie plastry, ale w Sudetach najwyraźniej preferowano kostki piernikowe. Wszyscy sięgnęli po widelczyki do ciasta. Zrobiłem to samo, bo jakoś głupio było mi w tej sytuacji wziąć ciasto w dłoń i zwyczajnie ugryźć. Zaraz potem jednak ucieszyłem się, że nie posłużyłem się od razu zębami, bo mój widelczyk trafił na coś dziwnie twardego. W pierwszej chwili pomyślałem, że może w trakcie przygotowywania ciasta ciotce wpadło coś do niego, ot choćby orzech laskowy. Nie chcąc jej urazić i popsuć uroczystej degustacji wbiłem widelczyk w inne miejsce. Ale znów jego ząbki trafiły na opór. Moi krewni wpatrywali się we mnie z zainteresowaniem. Spodziewałem się po nich raczej konsternacji, ale to była ciekawość. Nawet ciotka Mary nie była skonfudowana. W twoim kawałku jest niespodzianka – oświadczyła wreszcie. – Wyjmij ją.

To był orzech włoski. A właściwie jego skorupka. Tyle, że zupełnie nie naruszona przy łuskaniu. Spełniała rolę pudełeczka, bo wewnątrz nie było orzecha, ale coś jakby malutki liścik. To nie jest ciastko z wróżbą! – poinformowała mnie z uśmiechem kuzynka. A z czym? – zapytałem. – Z aktem notarialnym? Nad stołem rozległ się śmiech. Jeszcze nie tym razem! – śmiała się ciotka Mary. – Zbieraliśmy latami krótkie historyjki świąteczne. Wiedzieliśmy, że jakoś je wykorzystamy przy świątecznych wypiekach no i wykorzystaliśmy. Wydrukowaliśmy je ñ małych karteluszkach, poskładaliśmy, powykładaliśmy do skorupek orzechów, skorupki skleiliśmy delikatnie i na chybił trafił będą wędrowały do ciast piernikowych. Wszystko po to – wtrącił się wuj, mimo ust pełnych piernika – żeby strawa ta była nie tylko dla ciała, ale i ducha. Rozłożyłem karteczkę. Historyjka napisana była drukiem tylko ciut większym od makowych ziarenek. Pewien młody człowiek poprosił Świetego Mikołaja o worek pieniędzy – przeczytałem głośno pierwsze zdanie. – Znalazwszy go pod choinką bardzo się ucieszył. W ciągu roku zbudował piękny dom i kupił dobry samochód. Przed kolejną gwiazdką ten sam młody mężczyzna poprosił Świętego o piękną i mądrą żonę. Otrzymał ją. Dwa lata po ślubie zapragnął nowego samochodu, trzy lata po ślubie nowego domu, a po czterech latach nowej żony. Wszystko to otrzymał. Mijały kolejne lata i cała sytuacja powtórzyła się raz, a potem drugi, tyle, że mężczyzna za każdym razem prosił Mikołaja o wszystko jeszcze piękniejsze i jeszcze doskonalsze, tłumacząc swojemu darczyńcy, że być może poprawione wersje domu, samochodu i żony wreszcie uczynią go szczęśliwym. Pewnego roku jednak Święty oświadczył, że mężczyzna nie dostanie od niego już nic. Dlaczego? – chciał wiedzieć mężczyzna. Jedynym czego potrzebujesz, w dodatku już od dawna, jest dar wdzięczności, ale o niego nigdy nie poprosiłeś. Co takiego?! – zawołał oburzony. Wdzięczność to klucz do szczęścia – powiedział spokojnie Mikołaj – ale ty tego nie rozumiesz. Święty odwrócił się na pięcie i poszedł sobie. Byłem wstrząśnięty. Tak. Wstrząśnięty. Moi krewni niczego nie dostrzegli. Jedli, śmiali się, dolewali sobie kawy i dokładali ciasta. Nie mieli pojęcia, że historia zamknięta w skorupce od orzecha była poniekąd moją historią, że Mikołaj z przypowiastki rzucił światło na mój problem.

Wracałem do domu taszcząc – prócz swoich reporterskich bagaży – piernik „Słodki Grudzień” w firmowym opakowaniu. Po kokosowych zaspach z białej czekolady nie mknął jednak Mikołaj w saniach, ale wędrowali Trzej Królowie z masy cukrowej. Pierwszy raz w życiu, przed Bożym Narodzeniem, czułem się jak NOWONARODZONY jakkolwiek kiczowato by to nie zabrzmiało. To my zrobiliśmy kicz z najpiękniejszych rzeczy, one same w sobie nigdy kiczowate nie były. Myśleliście kiedyś o tym? Ani zachody słońca, ani nawet przysłowiowe jelonki nad strumieniem w lesie. A tym bardziej, nigdy nie były kiczowate szczęśliwe zakończenia, miłość czy dobroć. Tak, to my uwierzyliśmy, że to wszystko za mało i zaczęliśmy szukać silniejszych wrażeń. I nic poza nimi nie znaleźliśmy, prawda?

Ludzie życzą sobie teraz „Wesołych Świąt”, ale ja Wam życzę, żebyście poczuli się po prostu jak nowonarodzeni. Żebyście z Nowonarodzonym zaczęli wszystko od nowa . Z wdzięcznością .

81 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Gorące tematy

OŚWIADCZENIE W SPRAWIE PRZYWŁASZCZENIA NAZWY „WOLNI I SOLIDARNI”

„Wolni i Solidarni” to dewiza, która śp. Kornelowi Morawieckiemu towarzyszyła przez dziesięciolecia jego działalności. Nadana Solidarności Walczącej była niemal synonimem jej nazwy, wyrażającym najważniejsze...

W objęciach Królowej Polski – Albert Łyjak

Jasna Góra od wieków jest dla nas miejscem świętym. Każda religia ma takie miejsca. To konkretne punkty w przestrzeni, istniejące namacalnie, widoczne i doświadczalne, ...

Czy warto się odprężyć ćwicząc jogę?- Emilia Kaba

Po całym dniu ciężkiej pracy przychodzi czas na odpoczynek. Najlepiej odpoczywać podczas ćwiczeń, które pomagają osiągnąć równowagę. Przykładem takiej aktywności jest joga wywodząca się...

Powiązane Artykuły

OŚWIADCZENIE W SPRAWIE PRZYWŁASZCZENIA NAZWY „WOLNI I SOLIDARNI”

„Wolni i Solidarni” to dewiza, która śp. Kornelowi Morawieckiemu towarzyszyła przez dziesięciolecia jego działalności. Nadana Solidarności Walczącej była niemal synonimem jej nazwy, wyrażającym najważniejsze...

W objęciach Królowej Polski – Albert Łyjak

Jasna Góra od wieków jest dla nas miejscem świętym. Każda religia ma takie miejsca. To konkretne punkty w przestrzeni, istniejące namacalnie, widoczne i doświadczalne, ...

Czy warto się odprężyć ćwicząc jogę?- Emilia Kaba

Po całym dniu ciężkiej pracy przychodzi czas na odpoczynek. Najlepiej odpoczywać podczas ćwiczeń, które pomagają osiągnąć równowagę. Przykładem takiej aktywności jest joga wywodząca się...