Koronawirus na Świecie

All countries
201,603,234
Zakażeni
Updated on 6 August 2021 00:55
All countries
179,637,448
Ozdrowieńcy
Updated on 6 August 2021 00:55
All countries
4,278,616
Zgony
Updated on 6 August 2021 00:55

Koronawirus na Świecie

All countries
201,603,234
Potwierdzone
Updated on 6 August 2021 00:55
All countries
179,637,448
Wyzdrowiało
Updated on 6 August 2021 00:55
All countries
4,278,616
Zgony
Updated on 6 August 2021 00:55

NOC WYPĘDZA DZIEŃ-Michał Mońko

W powieści George’a Orwella pod tytułem „Rok 1984” występuje termin „dwójmyślenie” (ang. doublethink), co oznacza przyjęcie i demonstrowanie wielu poglądów, sprzecznych pod względem logicznym. Dwójmyślenie związane jest z orwellowskim ustrojem fikcyjnego państwa Oceania, opisanym w antyutopii „Rok 1984”. Wiele faktów wskazuje, że dwójmyślenie występuje także w dzisiejszych demokracjach.

Polacy demonstrują wiele sprzecznych poglądów, związanych nie z fikcyjnym państwem, ale z państwem rzeczywistym o nazwie Polska. Bo, jak pisał Piłsudski, jest różność Polaków: obok patriotów są kolaboranci, tchórze i zdrajcy. Nasza historia jest taka, że moglibyśmy ustawić w Europie setki tysięcy stacji męki naszej z hasłem: „Za Waszą i Naszą Wolność”.

Ci, co zginęli w śniegach Syberii, w piaskach Tobruku, na Gruzach Monte Cassino i pod każdą wsią w Polsce, mają trochę ziemi pod sobą i nad sobą. My, zwyczajni, wszędzie za Waszą wolność, ale Wy zasadniczo nigdy za Naszą wolność. Dlatego na oczach Europy nas rozbierano, rozstrzeliwano, zsyłano do lagrów i łagrów.

 A dzisiaj Europa chce nas uczyć wolności, tolerancji, poświęcenia. Chce nas sądzić, bić po łapach, wsadzać do karcerów, bo jesteśmy odpowiedzialni za wszelkie zło Europy. To mi przypomina sytuacje znane z filmów i fotografii, gdy rośli Europejczycy w swoich koloniach uczą tubylców sadzenia bulwy, posługiwania się sierpem, no i europejskich zachowań. Kary są pouczające: obcięcie nogi, zakucie w dyby albo zabicie pałką.

Recenzowałem kiedyś, w 1972, książkę Chinua Achabe: „Boża strzała”. Ezeulu, jeden z bohaterów powieści, powiada: „Jak dzień zmusza do ucieczki noc, tak biały człowiek wyprze wszystkie nasze obyczaje”. No właśnie, zbolszewizowany człowiek twardego jadra Europy wyprze (?) to wszystko, co określa Polaka.

Mamy zatem doświadczenia własnej historii. Mamy wiedzę, że nawet mimo traktatów obronnych, nikt nas nie obronił i nikt nas nie wspomógł w czasach zaborów i ustanowienia PRL. A jednak Orwellowskie dwójmyślenie każe nam wierzyć, że ktoś wyciągnie do nas pomocną rękę. Tymczasem Europa traktuje nas, jak Anglicy potraktowali ojczyznę Chinua Achabe.

Orwell adresuje swoje książki głównie do twardego jądra Europy. Ale i miękkie jadro Europy może się czegoś nauczyć, czytając Orwella. „Polityka została wymyślona po to, żeby kłamstwo brzmiało jak prawda” – powiada George Orwell.

 Michael Straight, pisarz, agent sowiecki i autor przemówień Roosevelta, pisze: „Odkąd dominującą cechą kultury politycznej społeczeństw demokratycznych stał się przymus mówienia o polityce, tłumaczenia publiczności celów i założeń polityki, politycy nie mają wyboru między prawdą i kłamstwem, muszą kłamać jak najęci”.

Demokracja oficjalnie zerwała z ukrytą przed ludem tajną dyplomacją niedemokratycznych czasów. Gdy zaś suwerenem został lud i nastała jawna dyplomacja, nie zniknęły dawne wymogi politycznej gry sił i interesów. W demokratycznych raportach składanych społeczeństwu nie mogą się znaleźć poufne i tajne informacje o polityce zagranicznej, o sojuszach, wojnach, skutkach wojen etc.

W efekcie starcia jawności i potrzeby dyskrecji albo wręcz tajemnicy – powstał system „zinstytucjonalizowanego kłamstwa”. Amerykański konserwatysta Robert Nisbet, profesor na Uniwersytecie Kalifornijskim, nazwał instytucjonalne kłamstwo „władzą oszustwa”. Napisał, że wprawdzie kłamstwo było i jest częścią naszego życia, ale we współczesnych demokracjach „zinstytucjonalizowane kłamstwo staje się częścią funkcjonowania rządów”.

Przykładem orwellowskiej polityki była polityka Hitlera wobec Związku Sowieckiego. Przez całe lata przywódca partii narodowosocjalistycznej głosił antysowieckie slogany. I nagle zawarł pakt ze Stalinem. Wcześniej, bo już 5 maja 1939 roku, minister propagandy dr Józef Goebbels zalecił poufnie wydawcom gazet w Niemczech, aby nie atakowali w swych pismach bolszewików i Związku Sowieckiego.

Po zawarciu paktu ze Stalinem, Hitler oświadczył w Reichstagu, że pakt ze Stalinem nie jest paktem z „żydobolszewizmem” ponieważ Związek Sowiecki nie jest już państwem bolszewickim, ale autorytarną dyktaturą wojskową, taką, jaka panuje w Niemczech. Po dwóch latach, kiedy wybuchła wojna, Związek Sowiecki przestał być autorytarną dyktaturą wojskową i znowu stał się „żydobolszewią”.

Ciekawą kwestią jest sojusz Niemiec z Japonią, krajem, jak mawiał Hitler, „azjatyckich podludzi”. Sojusz był podyktowany względami wojskowo-politycznymi i nie był zgodny z oficjalną doktryną rasową. W tej sytuacji Hitler, aby uspokoić niemieckie społeczeństwo i towarzyszy partyjnych, nazwał Japończyków „honorowymi Aryjczykami”. Gdyby sojusz z Japończykami został zerwany, bez wątpienia staliby się oni ponownie „azjatyckimi podludźmi”.

Najbardziej spektakularnym przykładem orwellowskiej polityki była polityka Stanów Zjednoczonych. Zawarcie sojuszu ze Stalinem wymagało odpowiedniej propagandy, bo przecież jeszcze nie tak dawno, przed rokiem 1941, Stalin był sojusznikiem Hitlera. Puszczona w ruch amerykańska propaganda szybko zdołała uzasadnić, jakże wspaniałym człowiekiem jest Józef Stalin i jak wspaniałym krajem jest Związek Sowiecki.

Prasa, radio, film przekonały społeczeństwo do Stalina, który zresztą mógł wejść do sojuszu Sił Dobra tylko pod warunkiem, że sam jest Siłą Dobra. Został więc uznany za Siłę Dobra, walczącą o pokój, wolność i demokrację jak inne Siły Dobra. Prezydent Roosevelt na konferencji prasowej w czerwcu 1941 roku oświadczył, że w Sowietach konstytucja gwarantuje wolność religii.

Roosevelt trzykrotnie przyjął w Waszyngtonie premiera Sikorskiego. W czasie trzeciego spotkania, już po Jałcie, amerykański prezydent był wobec Sikorskiego „szorstki” jak szewska raszpla. Odmówił rozmów o powojennych losach Polski. Jednocześnie Sikorski był przyjmowany hucznie na polskich salonach. Polonia odniosła wrażenie, że Ameryka traktuje z najwyższym szacunkiem swego sojusznika i przyjaciela.

Kilka lat po wojnie, gdy Związek Sowiecki był już w posiadaniu bomby atomowej, nastąpił kolejny zwrot w stosunkach Sowiety – Ameryka. Sowiety, niedawna Siła Dobra, zamieniły się w Imperium Zła. Zerwany sojusz z czasów wojny skutkuje podziałem świata na strefy wpływów, oparte na dominacji dwu atomowych supermocarstw – Związku Sowieckiego i Stanów Zjednoczonych.

Winston Churchill był najczystszym chyba ucieleśnieniem orwellowskiej polityki. Tenże polityk, likwidator masy upadłościowej Imperium Brytyjskiego, oświadczył publicznie w kilka lat po zdobyciu władzy przez NSDAP, że gdyby Anglii przytrafiło się takie nieszczęście, jak Niemcom w 1918 roku, to prosiłby Boga, żeby zesłał jej człowieka o sile woli i ducha takiej, jaką posiada Adolf Hitler.

Ale u schyłku lat trzydziestych, po Monachium, w poglądach Churchilla nastąpił zwrot o 180 stopni. Hitler okazał się największym monstrum, jakie zna historia. Po zajęciu Francji przez wojska niemieckie, Churchill przyjął premiera Sikorskiego niezwykle uprzejmie, dyskutował z nim „sprawy europejskie” i zadeklarował, że „Anglia staje obok Polski w walce z Hitlerem i Stalinem”.

Churchill przez ćwierć wieku był najostrzejszym spośród brytyjskich polityków krytykiem komunizmu. Stwierdził m.in., że „komunizm powoduje gnicie duszy narodu”. Nagle, po uderzeniu Hitlera na Rosję sowiecką, Churchill zawarł sojusz ze Stalinem. Nazywał Stalina „mądrym władcą i dobrym człowiekiem”. Brutalnie zmusił polski rząd w Londynie do nawiązania stosunków dyplomatycznych z Sowietami, bez anulowania z ich strony zaborów i bez podpisania umowy o przywróceniu granicy z 1939 roku.

Po spotkaniu ze Stalinem w sierpniu 1942 roku w Moskwie, Churchill nazywał Stalina swoim „dobrym przyjacielem”. Natomiast Sikorskiego nazywał „nieprzyjemnym człowiekiem, który nie wiadomo czego chce od Anglii”. Oczywiście, taki człowiek nie był już potrzebny Churchillowi.

Następnego roku w Teheranie, już po śmierci „nieprzyjemnego człowieka”, Churchill nazwał Stalina Wielkim. Następnym etapem po Teheranie była Jałta. Churchill oświadczył w Izbie Gmin, że sowieccy przywódcy to ludzie „godni szacunku i zaufania”.

Stwierdził: „Wrażenie jakie przywiozłem z Krymu i ze wszystkich innych kontaktów z marszałkiem Stalinem i innymi przywódcami radzieckimi jest takie, że chcą oni żyć w uczciwej przyjaźni i równości z zachodnimi demokracjami. Nie znam rządu, który by bardziej rzetelnie dotrzymywał swoich zobowiązań niż czyni to rząd sowiecki”.

Można było spytać Stalina: O Katyń. O polskich oficerów! O ludobójstwo w latach trzydziestych. O zagłodzonych Ukraińców, Polaków.

Po zakończeniu wojny Churchill przyjął generała Andersa. Nie przywitał się z generałem. Nie poprosił, żeby bohater spod Monte Cassini usiadł. Zostawił go pod drzwiami i powiedział zza biurka: „Słyszę, że nie podoba się panu moja polityka. Jak się panu nie podoba, to zabieraj pan te swoje dywizje i maszeruj do Polski”.

A rok później, w Fulton, (Missouri), ten sam Winston Churchill tryumfalnie zdemaskował perfidię i zdradę Sowietów, ujawniając, że niedawny, jak go określała brytyjska propaganda, „our gallant democratic partner in the East”, stanowi obecnie zagrożenie dla pokoju na świecie. Mówił również o „żelaznej kurtynie”, zapożyczając ten termin od dra Goebbelsa, który użył go 25 lutego 1945 roku we wstępniaku swojego pisma „Das Reich”.

Stalin nie pozostał dłużny Churchillowi. Stwierdził, że Churchill jest „gorszy od Hitlera”. Niemiecki pisarz, a w czasie wojny oficer Wehrmachtu, Ernst Juenger, zachowania Churchilla i Stalina nazwał „wielkim spektaklem demokracji, tryumfem orwellowskiej polityki kłamstwa, oszustwa, fałszu”.

Roosevelt kłamał przed Kongresem, zatajając koncesje na rzecz Związku Sowieckiego w Europie Wschodniej (oddanie swego sojusznika, Polski, Stalinowi). Kłamał o Dalekim Wschodzie, o Narodach Zjednoczonych. Musiał okłamywać wszystkich, ponieważ inaczej nie mógłby prowadzić takiej polityki, jaką chciał prowadzić.

„Otwarta dyplomacja”, sojusze, które są zawsze przymierzem Sił Dobra przeciw Siłom Zła, „demokratyczna kontrola nad polityką zagraniczną”, to rządy „zinstytucjonalizowanego kłamstwa”, gdyż szczególnie w polityce zagranicznej nie kłamać można tylko, milcząc. Demokracja, ponieważ jest czymś przeciwnym milczeniu, ponieważ jest nieustanną gadaniną, musi opierać się na kłamstwie.

Można powiedzieć, ze Orwellowska polityka jest w demokracji jedyną możliwą polityką. „Przeszłość jest zmieniana w zależności od potrzeb. Wroga się kreuje i demonizuje” – pisze Sam Keen w książce „Faces of the Enemy: Reflections of the Hostile Imagination”. („Twarz wroga. Odbicie wrogiej wyobraźni”.

Książka Keena zawiera idealistyczne przesłanie: „Można zapobiec wojnie, jeśli tylko istoty ludzkie zmienią swój sposób myślenia o wrogach i o wojnie”. W propagandzie wojennej istotną rolę zajmuje modyfikacja języka, stosowanie eufemizmów.

I tak, „zabijanie ludności cywilnej” określa się mianem „oczyszczania”. Inwazję, najazd na inne państwo, określa się mianem „misji pokojowej”, „misji ratunkowej”, „misji stabilizacyjnej” etc. Potworne wojny w Afganistanie, w Iraku, w Libii, w Syrii były wojnami z zewnątrz. A propaganda mówi o „kolorowej rewolucji”, o „wiośnie irackiej”. Owszem, to są rewolucje w kolorze krwi Talibów, Irakijczyków, Libijczyków.

 Media skrzętnie wyczyszczają swoje wojenne relacje z opowieści o tym, że „nasi chłopcy” też dopuszczają się okrucieństw, by wygrać wojnę. Keen pisze, że myślenie o wrogu, świadomość wroga u członków społeczności usprawiedliwiającej wojnę, to stan patologiczny, to paranoja. To pewien szablon, wedle którego kreowany jest obraz wroga, bez względu na okoliczności.

Talibowie byli sojusznikami i przyjaciółmi Stanów Zjednoczonych w wojnie ze Związkiem Sowieckim. Stali się wrogami, terrorystami, gdy stali się zbędni w wojnie z Rosją. Ot, wielkie mocarstwa prowadza wojny gabinetowe, jak gry w szachy. W krajach biednych, zależnych, wojny gabinetowe stają się wojnami krwi i śmierci.

W nowomowie (ang. newspeak), w sztucznym języku, obowiązującym w fikcyjnym, totalitarnym państwie, nazwanym Oceanią przez George’a Orwella, „podbój” to tyle samo, co „brak podboju”. Paranoja? Nie. To zwyczajne kłamstwo.

Baron Arthur Ponsonby, polityk i dyplomata, w książce „Falsehood in War-Time” (Fałsz w czasie wojny) pisze, że oficjalne dokumenty rządowe i parlamentarne z czasów pierwszej wojny światowej, także dokumenty z okresu poprzedzającego wojnę, były niszczone, zniekształcane, fabrykowane i zwyczajnie fałszowane. W trakcie publikacji opuszczano zdania i dłuższe fragmenty korespondencji dyplomatycznej.

Politycy kłamią nie dla samego kłamstwa, ale po to, aby dowodzić, że to „my” zostaliśmy „zdradziecko zmuszeni do ataku”. Że to „my” jesteśmy „niewinni”, a wróg „winny”. Publiczność, do której się adresuje te niedorzeczności o sprawach polityki zagranicznej, nie jest zdolna do myślenia innymi kategoriami, niż kategoriami prawdy.

Po odwróceniu sojuszu, wczorajszy sojusznik, będący wcieleniem Dobra, staje się z dnia na dzień wcieleniem Zła, a nowy sojusznik, będący wczoraj wcieleniem Zła, staje się z dnia na dzień wcieleniem Dobra.

Kto dziś wie, że Churchill poparł marsz faszystów na Rzym. Piał peany na cześć Mussoliniego, stwierdzając nawet, że gdyby był Włochem, to byłby faszystą. Po wejściu Włoch w sojusz z Niemcami nastąpił kolejny zwrot o 180 stopni. Churchill nazwał swego byłego przyjaciela, Duce, „krwiożerczą bestią”. Czy to znaczy, że Churchill cierpiał na paranoję?

Paranoja to zespół mechanizmów psychologicznych, emocjonalnych i społecznych, które powodują, że ludzie przypisują sobie prawość i czystość, a wrogość i zło – swoim wykreowanym wrogom. Ten proces rozpoczyna się od rozdwojenia jaźni, dobro odnosi się do nas, utożsamiane jest z nami i uświęcane przez mity i media, a zło jest uśpione do czasu aż dokonamy jego projekcji na naszych wrogów.

Ostatnio – pękły gwarancje mocarstw dla granic Ukrainy! Po stokroć zostały złamane gwarancje dla granic i interesów państw bałtyckich. Ale my jesteśmy pewni naszych przyjaciół. A nasi na Białorusi? „Możecie mi skoczyć, Polaczki!!” – mówi Łukaszenka.

No i tak… Ludzie mają krótką pamięć, a po wojnie, a raczej po wojnach, przez wiele lat nie udostępnia się różnych dokumentów historykom, ponieważ odsłoniłyby rażącą niezgodność pomiędzy oficjalnie deklarowanymi celami i ustalonym obrazem przeszłości, a rzeczywistymi celami i działaniami. Trzeba poczekać aż dokumenty stracą swój „eksplozywny” charakter. Może to potrwać i dwa pokolenia.

Niektóre dokumenty, odnoszące się do Polski, a znajdujące się w archiwach naszych przyjaciół i sojuszników z twardego jądra Europy, zostały utajnione do połowy następnego stulecia! Jak myślicie, dlaczego? To powinno pobudzić nasze myślenie, a nie dwójmyślenie. Na razie idziemy tam, gdzie będziemy mogli postawić kolejną stację męki naszej z hasłem: „Za Waszą i Naszą Wolność”.

A dalej to już będzie tylko noc i mgła.

Gorące tematy

Powiązane Artykuły