Koronawirus na Świecie

All countries
621,406,269
Zakażeni
Updated on 28 September 2022 20:04
All countries
600,130,773
Ozdrowieńcy
Updated on 28 September 2022 20:04
All countries
6,543,316
Zgony
Updated on 28 September 2022 20:04

Koronawirus na Świecie

All countries
621,406,269
Potwierdzone
Updated on 28 September 2022 20:04
All countries
600,130,773
Wyzdrowiało
Updated on 28 September 2022 20:04
All countries
6,543,316
Zgony
Updated on 28 September 2022 20:04
spot_img

Zielony Ład na Podkarpaciu – Franciszek Rozmus

0

Cichym ,,złodziejem” energii elektrycznej w Polsce są przestażałe lampy uliczne, mamy ich aktualnie zainstalowanych jest ponad 3 mln sztuk. Około 2 300 gmin w Polsce powinna jak najszybciej przeprowadzić proces modernizacji istniejącej infrastruktury oświetleniowej. Zmniejszenie zużycia prądu o 70 proc. dzięki zastosowaniu technologii LED w oświetleniu ulicznym, pozwoliłoby na zmniejszenie emisji o 1 557 500 ton CO2 do atmosfery, co równałoby się zmniejszeniu zużycia węgla kamiennego o 875 000 ton.

W dobie nieustannych podwyżek cen energii elektrycznej, warto przyjrzeć się inwestycjom kompleksowych modernizacji starego oświetlenia ulicznego na nowe wykonane w technologii LED, dokonanych przez samorządy województwa Podkarpackiego. Warto też zapoznać się z problemami, które udaje sie przy tym rozwiązać, ponieważ są to dobre przykłady w skali ogólnopolskiej.

W Gminie Orły przeprowadziliśmy z sukcesem inwestycję wymiany wyeksploatowanych opraw oświetlenia ulicznego na nowoczesne oprawy typu LED – mówi wójt Bogusław Słabicki – modernizacja dotyczyła 1100 szt. opraw ulicznych oraz układów sterowania. W wyniku wymiany, poprawiliśmy w sposób znaczący bezpieczeństwo i komfort na naszych ulicach. Po dwóch latach eksploatacji nowego oświetlenia utrzymujemy oszczędności w zużyciu energii elektrycznej na poziomie 70%, a cały system oświetleniowy cechuje się niską awaryjnością.

Burmistrz Łańcuta Rafał Kumek, kompleksowo wymienił w swoim mieście dwa razy wiecej lamp niż w Orłach tj. 2200, uzyskując 72 proc. oszczędności. Inwestycja ta została sfinansowana w formule ESCO (ang. Energy Service Company). Model takiego finansowania inwestycji zakłada zabezpieczenie i wydatkowanie wszystkich niezbędnych kosztów z poziomu wykonawcy wraz z udzieleniem 10-letniej gwarancji na przedmiot wykonanych robót. Wynagrodzeniem dla wykonawczy jest partycypacja w oszczędnościach wynikających ze zmniejszenia kosztów eksploatacyjnych oraz zużycia energii elektrycznej w gminnej lub miejskiej sieci oświetleniowej w okresie trwania umowy, jednostka samorządu terytorialnego nie angażuje środków własnych na inwestycję, jak w przypadku innych tradycyjnych modeli finansowych.

Taka formuła finansowania została już wcześniej m. in. w Ustrzykach Dolnych, gdzie wymieniono ponad 1500 lamp oświetlenia ulicznego. Oświetlenie w technologii LED to najlepsza inwestycja dla samorządu gminy – mówi burmistrz Bartosz Romowicz – zachęcam wszystkie samorządy do tego aby realizować zadania w tej formule bo są one bardzo korzystne dla samorządów. Przede wszystkim do realizacji tej inwestycji gmina nie przeznaczyła własnych środków. Dzięki tej wymianie, oświetlenie w gminie Ustrzyki Dolne jest nowoczesne, jest funkcjonalne, ale przede wszystkim jest dobre i dobrej jakości. Gmina posiada oszczędności na rachunkach elektro nawet do 70 proc. Powoduje to, że spłata inwestycji jest w czasie szybszym niż zakładany.

Inne samorządy jak Gać, Kańczuga, Wojaszówka, Niwiska i Pruchnik osiągnęły oszczędności w granicach 65-70 proc.. Całość sukcesu polega też na odpowiednim wyborze sprawdzonego producenta i dobrej jakości lamp, oraz solidnego wykonawcy. We wszystkich realizowanych projektach zwrot z inwestycji następuje w okresie gwarancyjnym. Inwestor (gmina) nie ponosi żadnego ryzyka finansowego – także związanego z ewentualną awaryjnością sprzętu.
Bardzo istotnym problemem, który udało się rozwiązać przy realizacji powyższych inwestycji było wypracowanie przez samorządy porozumienia z zakładem energetycznym. Dystrybutorzy energii elektrycznej w naszym kraju, są właścicielami słupów i większości znajdujących się na nich lamp oświetlenia ulicznego. Mimo, że gminy nie są właścicielami lamp to prawo nakłada na nie obowiązek płacenia na energię elektryczną zużywaną przez te lampy. Interes dystrybutora prądu elektrycznego nie do końca współgra z interesemtym tego kto płaci za ten prąd. W sytuacji gdyby właściciel lamp w obliczu wzrostu cen energii elektrycznej zmienił je na takie, której zużywają mniej tej energii, nie byłoby problemu, niestety dzieje się to w niewielkim zakresie. Gminy wymieniające lampy uliczne za własne pieniądze stają się automatycznie ich właścicielami. Tu dochodzi do konfliktu interesów, bowiem jest kwestia opłat za dzierżawę słupów, oraz inne kwestie techniczne. Brak jest jasnych i wystandaryzowanych zasad współpracy z zakładami energetycznymi. W tej chwili jedynie PGE wypracowało porozumienie o współpracy samorządami w województwie Podkarpackim, umożliwiające im wprowadzenie oszczędności. Brak odpowiednich regulacji prawnych m.in. zapisów w ustawie Prawo Energetyczne, zapewniających miastom i gminom możliwość rynkowego wyboru dostawców energii i usług na infrastrukturze będącej własnością przedsiębiorstw energetycznych jest w skali kraju skuteczną barierą dla modernizacji oświetlenia ulicznego.

Oświetlenie uliczne w Polsce pochłania ok. 2500 GWh. Dla porównania produkcja energii elektrycznej przez wszystkie polskie elektrownie opalane węglem brunatnym w kwietniu 2019 r. wyniosła 3190 GWh.

Wysokie zużycie energii elektrycznej przekłada się na emisję dwutlenku węgla. Przyjmuje się, iż wyprodukowanie jednej megawatogodziny oznacza emisję aż 0,89 tony CO2, czyli 2 500 Gwh daje emisję 2 225 000 ton CO2 do atmosfery. Do wyprodukowania tego potrzeba 1 250 000 ton węgla kamiennego.

Przestarzałe konstrukcje opraw oświetleniowych charakteryzują się bardzo niskimi parametrami fotometrycznymi, wpływającymi na bezpieczeństwo komunikacji i komfort użytkowników dróg i szeregiem innych negatywnych cech funkcjonalnych. Wśród dominują lampy sodowe – ok 60 proc., rtęciowe – 30 proc., a następnie w mniejszej ilości żarowe, neonowe i metalohalogenkowe. W wyniku wyeksploatowania, osiągają maksymalnie 40 proc. swojej pierwotnej wydajności.

Należy również pamiętać, o jakże istotnym, aspekcie ekologicznym, wynikającym z wysokiej toksyczności związanej z produkcją oraz utylizacją źródeł światła, które zawierają szkodliwe pierwiastki tj. rtęć. Wszystkie w/w negatywne aspekty związane z wykorzystaniem przestarzałych technologii oświetleniowych potęguje fakt ogromnej energochłonności stosowanych systemów oświetleniowych.

Rozwiązaniem problemu jest zainstalowanie oświetlenia LED-owego na ulicach polskich wsi i miast. Inwestycje w modernizację tego rodzaju oświetlenia charakteryzują się kilkuletnią stopą zwrotu i zmniejszeniem zużycia energii od 50 do 75 proc. Biorąc pod uwagę fakt, że 30-50 proc. kosztów energetycznych w gminach pochłania niezmodernizowane oświetlenie, kluczowym staje się realizowanie tych właśnie inwestycji, zarówno z pobudek czysto ekonomicznych, jak i ekologicznych.

Grecka Jasna Góra – Andrzej Bafalukosz

0

Sierpień, jak powszechnie wiadomo, jest w Grecji miesiącem najgorętszym w dosłownym – biorąc pod uwagę klimat – ale też szerszym sensie ze względu na szczyt turystyczny, który w tym roku po dwóch latach covidowej stagnacji, bije wszelkie rekordy, jeśli chodzi o liczbę zagranicznych gości i oczekiwane zyski.

Miesiąc ten jest też dla Greków porą urlopów i wiążącego się z nią wielkiego exodusu mieszkańców miast. Wiele osób wybiera na odpoczynek znane na całym świecie  miejsca (jak Kreta, Santorini, Rodos, Corfu, Mykonos i wiele innych), mieszając się z gośćmi z każdego niemal zakątka ziemi. Tak wygląda obraz pięknej, wyspiarskiej Grecji, jednego z najbardziej popularnego turystycznie kraju.

Wielu mieszkańców miast decyduje się na wakacje w mniejszych miejscowościach, skąd ich rodzinne korzenie, a najczęściej też spędzone dzieciństwo. Dlatego też w sierpniu senne, spokojne wsie i miasteczka ożywają. Zapełniają się miejscowe plaże, place i charakterystyczne kafejki, wieczorami rozbrzmiewa grecka muzyka ludowa, a w powietrzu unosi się woń pieczonej baraniny i grillowanych suwlaków (szaszłyków). Jest to więc miesiąc, w którym po długim, czasem wieloletnim okresie spotykają się krewni i znajomi przybywający z całej Grecji, a nierzadko z różnych miejsc świata.

Kulminacyjnym dniem jest 15 sierpnia, kiedy obchodzi się uroczyście najważniejsze święto Maryjne, czyli Święto Zaśnięcia Matki Boskiej (w Polsce nazywane też Uroczystością Wniebowzięcia; są spory teologiczne między chrześcijańskimi dogmatami w tej kwestii, choć interpretacje Kościoła katolickiego i prawosławnego są sobie bliższe i zdecydowanie się różnią od protestanckiej negacji świętości Matki Boskiej). 

Znaczenie tego święta w Grecji jest ogromne; jest ono nazywane też letnią Paschą, co podkreśla związek między śmiercią Chrystusa i jego Matki. Centralnym ośrodkiem obchodów w tym dniu jest Kościół (cerkiew) Panagias Evangelistrias na wyspie Tinos znajdującej się ok. 115 km (ponad 60 mil morskich) od Półwyspu Attyckiego. Na wyspę przypływają promami tłumy pielgrzymów z całej Grecji, Cypru, ale i zza granicy. Osiemsetmetrową odległość z portu do wystawionego w kościele cudownego obrazu Dziewicy wierni przemierzają pieszo, często i na klęczkach, modląc się i prosząc o wstawiennictwo Matkę Bożą. Przywołując bliską Polakom analogię, można by porównać Tinos do Częstochowy, a wzgórze, na którym wznosi się kościół, do Jasnej Góry. W tym symbolicznym i ważnym dniu pojawia się na wyspie jeden z najwyższych urzędników rządowych, a nawet sam premier. Również w tym roku przybył z wieloosobową świtą szef rządu Kiriakos Micotakis, by wysłuchać liturgii, ale również, aby wspiąć się na pokład przycumowanego do nabrzeża okrętu wojennego i złożyć, a właściwie zrzucić w odmęty wieniec i oddać hołd ofiarom zatopionego 15 sierpnia 1940 roku greckiego krążownika. Wtedy na stojącym w porcie okręcie „Elly” doszło do dużego wybuchu. Zginęło dziewięciu członków załogi, a dwudziestu czterech zostało rannych. Mimo usilnych prób zaholowania krążownika na płytsze wody okręt zatonął, a ranni marynarze, którzy znaleźli się w morzu, zostali uratowani dzięki natychmiastowej akcji zorganizowanej przez rybaków. Przyczyną wybuchów i zatonięcia była torpeda wystrzelona z włoskiego okrętu podwodnego „Delfino”, choć w tym momencie oba kraje nie były w stanie wojny – zaczęła się ona dwa miesiące później. Do końca października 1940 roku rząd grecki oficjalnie utrzymywał wyniki śledztwa w tajemnicy i nie oskarżał Włochów Musolliniego, które rzecz jasna do niczego się  nie przyznawały i oskarżały Wielką Brytanię o prowokację, choć dowody, czyli szczątki trzech torped (dwie nie trafiły celu i wybuchły na nabrzeżu portowym na szczęście bez ofiar) były jednoznaczne. Po wojnie w 1950 roku Włochy w ramach odszkodowań przekazały włoski okręt, który został nazwany „Elly II”.       

Cześć oddawana Maryi jest powszechna w całej Grecji, również w kościołach katolickich, których w Grecji mimo dominującego prawosławia jest wiele m.in. na wspomnianej wyspie Tinos oraz na Syros i wyspach Morza Adriatyckiego. Uroczystości religijne tego dnia mają często szczególną oprawę nawiązującą do historii i kultury danego regionu. Przykładem jest tu przeniesione z dawnego Pontu (nadmorska część Kapadocji, tureckie wybrzeże nad Morzem Czarnym skolonizowane przez starożytnych Greków) świętowanie Panagias Sumeli do klasztoru w Kastanei w górach Wermio niedaleko miasta Werii. Tam też przyjeżdżają pielgrzymki głównie Greków pontyjskich rozsianych po całej Grecji. Pontowie w tradycyjnych strojach ludowych biorą udział w nabożeństwach w języku pontyjskim łączącym grekę bizantyjską z greką starożytną z naleciałościami języków kaukaskich i tureckiego. Pamiętajmy, że niemal połowa ok. 300 tys. Greków pontyjskich została unicestwiona przez tureckich nacjonalistów Ataturka w tym samym czasie, co eksterminacja Ormian. Ludobójstwo Pontów zostało uznane oprócz Grecji przez Stany Zjednoczone i Francję. Jednak Grecja nie byłaby Grecją, a Grecy zaprzeczyliby utrwalonemu w świecie wizerunkowi Greka Zorby, gdyby po godzinach modlitwy, refleksji nad przeszłością i kruchością życia nie rzucili się później w wyczerpujący wir zabawy połączonej z tańcem, obfitym jedzeniem, piciem wina, ouzo i wszelkich innych napojów, śpiewaniem, jednym słowem biesiadą do samego rana. Obowiązkowa na tych panigiriach – tak nazywa się te zabawy – jest muzyka ludowa na żywo grana przez kilkuosobowe zespoły, których głównym instrumentem nie jest buzuki, a klarnet.

Ten krótki opis corocznego świętowania Greków, podobnie jak w Polsce ważnego zdarzenia religijnego mającego przecież historyczne odniesienie, nie ma na celu zastąpienia przewodnika turystycznego czy informacji dostępnych w Wikipedii. Jest raczej próbą wskazania ciągłości narodowościowej i kulturowej wspólnoty. Święta, obrzędy, zwyczaje, muzyka, język, ważne fakty historyczne i inne elementy życia społecznego przeplatają się w czasie i przestrzeni, tworząc silną zaporę bezpieczeństwa dla lokalnych i narodowych wspólnot. Wiemy z historii, że wiele cywilizacji, narodów i kultur nie zdołało się oprzeć niszczącej sile pseudonowoczesnych trendów, barbarzyńskich ambicji; nie miało dość silnej woli, aby bronić tradycyjnych wartości. Warto się więc zastanowić, jak często lekceważymy zagrożenie, jakim jest postmodernistyczny, neoliberalny przekaz, który próbuje zniszczyć podstawy naszego bytu – rodzinę, tradycję, wiarę, narodową i społeczną solidarność.

Kiedy religijne i państwowe uroczystości wzbogacają nasz wakacyjny nastrój i przypominają istotne zdarzenia z dalekiej i bliższej historii, czy to zaśnięcie Najświętszej Maryi Panny, czy „cud nad Wisłą”, czy ludobójstwo Ormian, Greków pontyjskich i Kurdów, czy rocznica „karnawału Solidarności”, to staramy się umacniać nasz fundament, aby nie osunąć się w nicość.

TWARDY ZAWODNIK – Marek Bober

0

Pod koniec lat 80. mieszkałem w Nowym Jorku. Było wtedy kilka popularnych miejsc, gdzie ludzie umawiali się na spotkania. Jednym z nich były okolice Trump Tower, 58-piętrowego wieżowca, oddanego do użytku w 1983 roku.       

I ja się pewnego dnia umówiłem. Zaczął padać deszcz, nieduży, ale jednak schroniłem się wewnątrz słynnego wieżowca. To były jeszcze czasy, kiedy spokojnie, bez nadmiernych kontroli, do takich budynków się wchodziło. Pamiętam, że wyglądałem przez ogromne, obrotowe drzwi, aby nie przegapić swego gościa.

W pewnym momencie w holu pojawił się Donald Trump, co nie było dziwne, skoro tutaj mieszkał. Też podszedł do ogromnych  drzwi i oczekiwał na swoją limuzynę. Tak, to był ten milioner (a może już miliarder), postać rozpoznawalna w całej Ameryce, człowiek sukcesu, osoba rozchwytywana przez media.

      Zawiązała się kilkuzdaniowa konwersacja. Powiedziałem, że czekam na znajomego i że się schroniłem przed deszczem. Zapytał, co porabiam, jakie mam plany. A ja na to, że jestem tutaj od niedawna, bo od dwóch lat i pracuję w dziennikarstwie. Wyczuł mój akcent, co trudne nie było. I powiedział: jeśli kiedyś będziesz potrzebował pomocy, nie wahaj się, zadzwoń. I wręczył mi wizytówkę.

Z pomocy Donalda Trumpa nigdy nie skorzystałem, być może wizytówka do tej pory leży gdzieś wśród szpargałów. Przypominam sobie tę historię od czasu do czasu. Już wtedy był to mężczyzna z silnym charakterem, choć z pewnością nie wiedział, że w przyszłości zostanie prezydentem USA. Przypominam sobie dlatego, że jak wtedy – chyba szczerze – chciał pomóc jakiemuś emigrantowi, tak jak nieco później chciał pomóc Ameryce. I pomógł, zostając prezydentem.

                                                                ***

Zostawmy politykę zagraniczną i politykę bezpieczeństwa na boku, choć wiem, że w wielu krajach, np. w Polsce, pod tym kątem się ocenia prezydenta supermocarstwa. Można tylko w tym miejscu  zastanowić się nad najczęściej obecnie zadawanym pytaniem: gdyby prezydentem nadal był Trump, czy doszłoby do wojny na Ukrainie? Otóż, śmiem twierdzić, że nie. Śmiem ponadto twierdzić, że Chiny poniosłyby ogromną karę za rozprzestrzenienie w świecie wirusa Covid-19. Ale to rozważania na inną okazję.

       Ważna była polityka wewnętrzna, gdyż Trump – to co zapowiadał – realizował. Gdy oznajmił, że Ameryka, ponoć po raz pierwszy w historii, będzie samodzielna energetycznie – tak się stało. Pomimo zawirowań na świecie, na Bliskim Wschodzie w szczególności, cena baryłki ropy za jego prezydentury dochodziła momentami do tak niskich cen, że Rosja piszczała. A benzyna kosztowała w Ameryce tyle, że chciało się tankować i tankować…

     Donald Trump nie zajmował się cenami ogórków, ale zajmował się na przykład miejscami pracy, gdyż na to miał wpływ. A to trudne zadanie w kraju sfederalizowanym, w republice konstytucyjnej, z dużą autonomią poszczególnych stanów i gospodarką (na szczęście jeszcze) kapitalistyczną. Jeśli obiecał, że w okolicy Kenosha (populacja 100 tys. mieszkańców) w stanie Wisconsin powstanie od zera fabryka urządzeń i komponentów elektronicznych z udziałem Tajwanu,  tak się stało i to szybko. Miało to dać 15 tys. miejsc pracy, a docelowo 30 tys. Kiedy powiedział, że uratuje podupadającą stocznię w tym samym stanie, ale na północy, w miasteczku Marinette, tak się również stało. Kontrakty wojskowe spowodowały, że uratowano dotychczasowych pracowników i stworzono tysiące nowych miejsc pracy. Powiedział kiedyś, że przywróci do działalności zlikwidowane za czasów Baracka Obamy legendarne stalownie U.S. Steel na południu stanu Illinois (legendarne, bo firma założona została 120 lat temu). I tak się ponownie stało –  dzięki temu tysiące ludzi mogło pracować i godnie żyć.

      Gospodarka amerykańska miała się znakomicie; dla tych, którzy chcieli, pracy nie brakowało, ceny były umiarkowane, giełda notowała znakomite wyniki. Amerykańskie firmy wracały z Chin czy Meksyku, aby produkować w rodzimym kraju. Donald Trump zyskiwał w oczach czarnoskórych i Latynosów. Granica południowa była uszczelniona i budowano mur przed nielegalną emigracją, często przestępczą. Wzmocniono armię, nie wypowiedziano jakiejkolwiek wojny, a zapowiedziano zakończenie wojny w Afganistanie, także dozbrojono sojuszników. Donald Trump sprawił, że Ameryka odzyskała wiarę w to, iż jeszcze długo może być supermocarstwem nr 1 na świecie z tym co najważniejsze: najsilniejszą gospodarką i najsilniejszą armią. Dodajmy, że przez cztery lata prezydentury pracował za darmo, bowiem zarobki prezydenta przeznaczał na cele charytatywne.

                                                           ***

Nie było chyba w historii, przynajmniej tej najnowszej, prezydenta USA od samego początku urzędowania tak potwornie oskarżanego, pomiatanego, wyśmiewanego, demonizowanego; prezydenta, którego niszczono niemiłosiernie i konsekwentnie opluwano w jednym celu – aby go zniszczyć i pozbawić stanowiska. Oskarżano go o tajne kontakty i współpracę z Rosją, zarzucano mu niejasne powiązania finansowe i oszustwa podatkowe, przeprowadzono wobec niego (bez powodzenia) dwie procedury impeachmentu.

Że zwalczano go politycznie, to pół biedy.

         Atakowano i oskarżano jego najbliższą rodzinę. Nie oszczędzano nawet najmłodszego syna Barrona (w momencie obejmowania przez ojca prezydentury miał 10 lat!) i wyśmiewano, że jest niedorozwinięty umysłowo. Nie oszczędzano żony Melanii, kpiąc z niej, że mówi po angielsku z akcentem i że w ogóle głupio mówi. Doszło nawet do tego, że ta piękna i elegancka kobieta, jedna z najszykowniejszych pierwszych dam w całej historii USA, ani razu przez cztery lata nie znalazła się na okładce kobiecego pisma.

       Donald Trump wywołał jednak dwie wojny, znacznie ważniejsze i potrzebniejsze Ameryce. Stawiając USA na nogi gospodarczo i militarnie, podjął przede wszystkim wyzwanie z tzw. Deep State, klasą oportunistycznych polityków i urzędników, powiązanych niejasnymi interesami, którzy interes prywatny przedkładają ponad interes wspólnoty i państwa. Deep State to potężny przeciwnik, cyniczny i podstępny.

       I podjął drugą wojnę, może i trudniejszą: z marksizmem kulturowym. Kilka przykładów: ograniczono lub zlikwidowano fundusze federalne na studia z przeróżnych genderyzmów i innych idiotyzmów oraz zlikwidowano fundusze federalne dla „klinik” aborcyjnych.

       Nic dziwnego, że Trump został znienawidzony przez „zawodowych” polityków i urzędników, ochraniających swoje stołki i pieniądze. Nic dziwnego, że został znienawidzony przez media „głównego” nurtu, wyższe uczelnie będące przechowalnią marksistów, ponadto show biznes z Hollywood na czele i tysiące lewackich organizacji z Black Lives Matter i Antifią tym razem na czele. Podjęcie walki z „kulturą unieważnienia” (cancel culture) oraz „wokeizmem” (ideologia i kultura „woke”) musiało mieć konsekwencje. Okazało się, że łatwiej wprowadzić deregulacje w gospodarce i obniżkę podatków (co się znakomicie Trumpowi udało), niż walczyć z marksistami, lewakami i cała nową generacją wypranych z mózgów młodych Amerykanów.

      Przeciwnicy polityczni i ideowi Donalda Trumpa chcieliby, aby odszedł w cień. Najchętniej widzieliby go w więzieniu lub co najmniej w kajdankach. Ostatni nalot FBI na jego rezydencję na Florydzie jest tego dowodem. 

                                                           ***

Donald Trump nie był idealnym prezydentem, np. nie dbał za bardzo o zadłużenie państwa. Jest za co go krytykować. Nie był i nie jest człowiekiem bez skazy, takim o anielskim charakterze. Tak, na przykład jego ego sięga rzeczywiście zenitu. Jednak mimo wszystko, to człowiek z innej bajki. Tacy nie rodzą się często.

Na razie jeździ po kraju, a spotkania z nim mają ogromną frekwencję. Popierani przez niego w prawyborach kandydaci Partii Republikańskiej zazwyczaj wygrywają. Były prezydent jest pewny siebie i zdecydowany.

        Co zrobi w kwestii żywotnej dla Ameryki? Czy będzie ponownie ubiegał się o prezydenturę?

        Cieszy się nie tylko wielką popularnością i zaufaniem konserwatywnych obywateli, ale przede wszystkim cieszy się znakomitym zdrowiem i przeogromną – jak na jego wiek – godną podziwu żywotnością i energią. I jak przemawia – nie bredzi.

        Zdaje się, że nie powiedział ostatniego, politycznego słowa. Ameryka może mieć niedługo, na to wygląda, nowego-starego prezydenta. To dobry znak na przyszłość. Bo gorzej jak teraz, być nie może.

Donald Trump to twardy facet z Queensu. Jedynym sposobem na usunięcie go z polityki jest jego fizyczna likwidacja. Takich prób bym niestety nie wykluczał.

Dlaczego tego nie rozumiesz? – Albert Łyjak

0

Co by było, gdyby Prawo i Sprawiedliwość nie wygrało wyborów?

        Na pewno nie byłoby przekopu Mierzei Wiślanej, rurociągu Baltic Pipe, zapory na granicy z Białorusią, pełnych magazynów gazu, funduszu dróg lokalnych, trzynastej i czternastej emerytury, wsparcia dla byłych opozycjonistów, dzięki którym uwolniliśmy się od komunizmu, doskonałych wyników spółek skarbu państwa, powiększających się rezerw złota Narodowego Banku Polskiego. W koreańskiej stoczni rozpoczęto budowę trzeciego z ośmiu gazowców dla PGNiG, które  zapewnią dostawy 9 mld metrów sześciennych gazu rocznie… Można tak długo wymieniać. W dodatku wszystko dzieje się w niekorzystnej sytuacji międzynarodowej (pandemia, wojna na Ukrainie). Każdy rozsądny Polak to widzi, więc powinien rozumieć i doceniać pozytywny dla Polski kierunek rozwoju. Dlaczego tak nie jest?

       Donald Tusk i opozycja poprzez swoje media – w większości z niemieckim kapitałem i pod dyktando niemieckich mocodawców – neguje wszystkie zmiany. Gdy niemiecka Meklemburgia protestuje przeciwko rozbudowie portu w Świnoujściu, większość senacka (Koalicja Obywatelska) w Polsce jest przeciwko rozbudowie portu, przeciwko budowie CPK, a Tusk krytykuje połączenie Orlenu i Lotosu, bo dla Niemców jest to bardzo niekorzystne. Zapomniał też, że chciał sprzedać główne polskie firmy Rosjanom. Tak jak sprzedał Kulczykowi zakłady „Ciech” za 619 milionów złotych. W ciągu zaledwie dwóch kolejnych lat, „Ciech” osiągnął 940 milionów czystego zysku. Za rządów PO-PSL panowały swoiste patologiczne układy polityczno-mafijno-rodzinne w przedsiębiorstwach należących do Skarbu Państwa. Niszczenie państwowych spółek trwało od lat. Tusk dla swojego kolegi, byłego ministra Aleksandra Grada stworzył nową spółkę i dał mu 110 000 złotych miesięcznego wynagrodzenia. Grad miał zajmować się elektrownią atomową, której jeszcze nie było i która nigdy nie powstała. Jak nazwać płacenie gigantycznego wynagrodzenia za fikcyjną pracę,  w kraju, w którym odmawiało się leczenia  chorych na raka dzieci z powodu braku pieniędzy, których na nic nie było?

      Ludzie popierający Koalicję Obywatelską szkodzą Polsce, jak tylko mogą. Nie tylko w kraju, ale też na arenie międzynarodowej. Kiedy sterowana przez Berlin Komisja Europejska bezprawnie wstrzymuje Polsce fundusz na KPO (pieniądze służące na odbudowę gospodarki po pandemii), zyskuje całkowite poparcie opozycji. Wszystkim wiadomo, że Ursula von der Leyen, Niemka z partii Tuska w PE, szantażując Polskę, ingeruje w sfery, w które ingerować nie może. Nie tylko kompromituje siebie, ale też UE. W ostatnim wywiadzie oświadczyła, że Polska otrzyma pieniądze z KPO, jeśli przywróci do orzekania sędziów zawieszonych przez Izbę Dyscyplinarną. Czyli kogo? Sędziów, którzy prowadzili pojazd w stanie nietrzeźwym, spowodowali wypadek drogowy, mają na swoim sumieniu zbrodnie komunistyczne, zostali przyłapani na korupcji czy brutalnie zgwałcili kobietę.

      A z jakiej rodziny wywodzi się bożyszcze „obrońców konstytucji” sędzia Igor Tuleja, który z racji wykonywanej funkcji nie może angażować się politycznie? Jego matka, Lucyna w latach 1960-71 pracowała w Milicji Obywatelskiej w Łodzi w wydziale kryminalnym, do 1988 była funkcjonariuszką Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie TW Lucyna. Funkcjonariuszem MSW był też jego ojciec Witold, który odbył przeszkolenie w Moskwie. Szybko się zapomina o haniebnej przeszłości.

           Kolejny z amnezją to europoseł Marek Belka, który napisał na Tweeterze w dzień obchodów Powstania Warszawskiego: Przez stolicę naszej Ojczyzny maszeruje dziś pisowska wizja państwa i obywatela idealnego. W dzień pamięci o ofiarach walki o wolność i równość, ulicami Warszawy snują się demony naszej historii.        

         Zapomniał dodać, że demony naszej historii zasiadają dziś w Parlamencie Europejskim, są to jego towarzysze z PZPR: Leszek Miller, Włodzimierz Cimoszewicz i on sam.

Profesor Andrzej Nowak napisał: Tusk zawarł sojusz z chamstwem, z postpolityczną hołotą, która nie chce wiedzieć nic o tradycji polskiej, europejskiej, o kulturze, o historii, która chce wyrzucić na śmietnik Mickiewiczów i Sienkiewiczów. Zrobił to, by zrealizować swoje cele polityczne.

A jaki jest cel polityczny Tuska. Dojść do władzy i zrobić z Polski coś na kształt Generalnej Guberni. Czy Polacy na to pozwolą?

ZAKABLOWAĆ OJCA – Marek Bober

0

Gubimy codziennie informacje ważne.

      Poleciała Nancy Pelosi na Tajwan. Przewodnicząca Izby Reprezentantów ubrała się na powitanie w mundurek w kolorze różowym, co miało mieć jakieś symboliczne znaczenie. Ale ta podróż nie jest informacją ważną, bo żadnej wojny chińsko-amerykańskiej z tego powodu nie będzie. Jeśli zaś chodzi o półprzewodniki, których braki na rynku i w dostawach w czasie tzw. pandemii dały się we znaki wielu gałęziom przemysłu, to już sprawa istotniejsza. Bez półprzewodników –  produkowanych na Tajwanie czy też przez tajwańskie firmy w USA –  Ameryka ma problem. I to nie tylko, aby utrzymywać przewagę technologiczną nad np. Chinami czy Europą, ale po prostu dlatego, że wielu rzeczy nie będzie w stanie produkować.

      Co jednak ewentualnie może mieć wspólnego Nancy Pelosi z półprzewodnikami? No może. Zakładając, że w czasie wizyty była trzeźwa (bo niektórzy zarzucają jej nadużywanie alkoholu, co niekoniecznie musi być prawdą), mogła posiąść informację ważne, a może i tajne. A z takich informacji lubi korzystać, jak się powszechnie mówi, jej mąż Paul. On potrafi robić interesy; wie, kiedy, gdzie i w co zainwestować. I ta sztuka mu się dobrze udaje obojętnie, czy to on z kolei jest trzeźwy czy też nie (niedawno został złapany podczas jazdy samochodem pod wpływem alkoholu i jakiegoś narkotyku). Jak widać, jego 82 lata nie przeszkadzają w robieniu „ciekawych” interesów, a oskarżenia o wykorzystywanie nielegalnie zdobytych informacji (inside trading) nie zyskują poklasku mediów. Tak więc trzeba się przyglądać bliskim inwestycjom Paula Pelosi, a nie wydumanej wojnie chińsko-amerykańskiej.

      We wtorek, 2 sierpnia, Biały Dom się pochwalił, a uczynił to sam prezydent Joe Biden, że w Kabulu, stolicy Afganistanu, amerykański dron zabił terrorystę numer jeden na świecie, lidera Al-Kaidy, Ajmana al-Zawahiriego. To Egipcjanin, chirurg z wykształcenia, kiedyś prawa ręką i następca Osamy bin Ladena. Amerykanom zajęło zlikwidowanie go 21 lat. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jedno „ale”. No bo co z tego, skoro nie mamy informacji naprawdę ważniejszych: czy na pewno to był Ajman al-Zawahiri (bo w przeciwieństwie do bin Ladena nie przedstawiono materialnych dowodów), a po drugie jak to jest z tą Al-Kaidą. Kiedy bowiem rok temu Joe Biden, jako zwierzchnik sił zbrojnych, wycofywał Amerykanów z Afganistanu, wyraźnie mówił, że nie ma sensu pozostawanie na tym terenie US Army, gdyż Al-Kaida została rozbita i nie istnieje. Teraz zaś mówi, że to dobrze, iż terrorysta został zabity, gdyż to osłabia Al-Kaidę. To jak w końcu jest: działa, istnieje ta Al-Kaida czy też nie? Mamy się bać czy nie?

Spadają ceny benzyny, to dobrze. I media o tym mówią, i ludzie. Ale jakoś szybko zniknęła dyskusja, czy mamy już w Ameryce recesję czy jeszcze musimy poczekać. A to drugie jest dużo ważniejsze. Cały czas władze Nowego Jorku czy Chicago, wraz lokalnymi policjami, chwalą się, że walczą z przestępczością i nieźle im to idzie. Niestety, wystarczy zajrzeć do poważnych informacji i statystyk, a w nich trup ściele się równo.

                                                     ***

Pojawiła się jednak inna informacja ważna, nawet bardzo ważna, bardzo szokująca, a ściślej – pojawił się wywiad. Stało się to za sprawą telewizji CNN i niejakiego Jacksona Reffitta.

        Ale po kolei. Wydarzenia z 6 stycznia 2021 r. w Waszyngtonie, gdzie przed Kapitolem zgromadziły się tysiące ludzi, oglądał chyba cały świat. Przypomnijmy, że w tym dniu ówczesny wiceprezydent Mike Pence miał zatwierdzić ważność wyborów poszczególnych elektorów ze wszystkich stanów i terytoriów zamorskich. Wiceprezydent mógł zatwierdzić elektorów lub nie. Choć zapowiedział wcześniej, że ich zatwierdzi nie było do końca takiej pewności. Było wiele wątpliwości co do uczciwości wyborów prezydenckich; protesty i sprawy sądowe były jednak odrzucane. Gdyby wiceprezydent Pence nie zatwierdził elektorów, Joe Biden nie byłby prezydentem USA.

 I pewnym momencie tłum zaczął nacierać na Kapitol. Wydarzenie to nazywane jest przez Demokratów, liberałów, lewaków i progresiwistów wszelkiej maści insurekcją, powstaniem, krwawym zamachem na demokrację, aktem terrorystycznym (niektórzy nawet uważają, że gorszym niż zamachy z 11 września 2001 r.), wydarzeniem tragiczniejszym nawet niż amerykańska wojna domowa z lat 1861-65.

Nie, nie jest tak. Nie trzeba być specjalistą od wydarzeń zbiorowych, demonstracji i zbiegowisk, aby szybko ocenić sytuację. Było to możliwe do zrobienia dzięki choćby tysiącom amatorskich filmików, które pojawiły się natychmiast w Internecie. Owszem, było widać, iż niektórzy wchodzą do Kapitolu siłowo, rozbijając jakieś drzwi i okna, przepychając się i wykrzykując. Ale było także widać, że pojawiły się osoby wręcz zapraszane do środka, spokojnie wpuszczane do wewnątrz przez siły porządkowe, spacerujące po historycznych salach, czujące się jak turyści.

       Nie, to nie Donald Trump wydał hasło to „szturmu” i nie on odpowiadał za bezpieczeństwo budynku oraz zebranego tłumu. Na pewno byli prowokatorzy z jednej i drugiej strony, ale zamachem stanu to nie było.

Wtedy na kilka godzin przerwano procedurę zatwierdzania elektorów, później ją dokończono i ostatecznie Joe Biden został prezydentem. W wyniku zajść odnotowano pięć zgonów. Tak, pięć: trzy z przyczyn naturalnych, jeden z przedawkowania narkotyków i jeden od strzału. Tak, była po prawdzie jedna ofiara śmiertelna: Ashli Babbitt, 35-letnia weteranka US Air Force, służąca m. in. w Afganistanie, Iraku, Jemenie i Katarze. Na Kapitolu nie była uzbrojona. Śledztwa przeciwko czarnoskóremu funkcjonariuszowi Policji Kapitolu, Michaelowi Byrdowi właściwie nie przeprowadzono; sprawę zamieciono pod dywan.

Nie twierdzę, że wszyscy zgromadzenie przed Kapitolem 6 stycznia ub. r. byli aniołkami. Na pewno mogli się tam pojawić ludzie, którzy mieli przy sobie broń, może planowali jakąś strzelaninę, jakieś porwanie, jakąś zadymę. Takich, jeśli są, należy oskarżyć i osądzić.

Ale w zdecydowanej większości byli tam ludzie rozgoryczeni, którzy sprzeciwiali się nieprawidłowościom wyborczym, ewidentnym nieprawidłowościom, chcący jedynie wyrazić swój obywatelski niepokój.

      Od tamtych wydarzeń „wyłapano” już do dzisiaj 884 osoby. Służby federalne oskarżają je o przeróżne rzeczy: wandalizm, rozruchy, próbę przejęcia procesu legislacyjnego, konspirację itd.

Czy to są więźniowie polityczni? Tak, przynajmniej większość z nich. Procesy toczą się powoli, prawie wszyscy przyznają się do „winy” i zarzucanych czynów, aby uniknąć wysokiej kary, zazwyczaj więzienia.     

I teraz przejdźmy do wywiadu w CNN. W poniedziałek, 1 sierpnia, pojawił się 18-letni Jackson Reffitt. Wyraził on zadowolenie, że jego ojca skazano na 87 miesięcy więzienia, czyli ponad siedem lat.

      Guy Reffit (ojciec) ma 49 lat. Ma żonę, wspomnianego syna i dwie córki. Kilka dni po wydarzeniach, 6 stycznia na Kapitolu jego syn wystukał sobie w komputerze „namiary” na FBI i doniósł, że jego ojciec był wtedy w Waszyngtonie, że jest niebezpieczny i mu grozi. Ojca aresztowano, postawiono mu zarzuty przeróżne: że uczestniczył w spisku, że wszedł na Kapitol z bronią, że namawiał do rozruchów, że jest członkiem jakichś paramilitarnych organizacji, że jest członkiem skrajnych – jak się to teraz nazywa – białych suprematystycznych organizacji. Guy Reffitt nie przyznał się do winy i był pierwszym z aresztowanych uczestników „insurekcji”, który postanowił się bronić i zmierzyć z procesem sądowym. Jego syn-donosiciel był świadkiem oskarżenia. W marcu br. uznano go winnym, teraz wymierzono wyrok. Ponad siedem lat więzienia, to nie jest mało.

      Nie znam skazanego, wiem tylko, że pracował w przemyśle naftowym. To ciężka praca, która z pewnością dawała szansę utrzymać rodzinę. Gdyby był pospolitym przestępcą, gdyby kogoś zabił, zgwałcił, okradł czy skatował żonę, można byłoby donos syna zrozumieć. Donosu za poglądy polityczne i obywatelski sprzeciw zrozumieć nie mogę.

      Syn wyraża zadowolenie i robi za gwiazdę telewizji i Internetu. Gwoli ścisłości dodajmy, że żona i obie córki stały murem za mężem i ojcem, za skazanym.

       Syn, dodajmy też gwoli ścisłości, zaraz po złożeniu donosu na ojca założył konto w Internecie, na które można przesyłać pieniądze. Twierdził, że jest dobrym człowiekiem, chce studiować i pomagać finansowo rodzinie. Kilka dni temu miał na tym koncie 185 tys. dolarów.

      Ameryka ma swoje problemy jak każde państwo. Problemem jest drożyzna, wysoka inflacja czy też utrzymanie mocarstwowej pozycji w świecie. Ale prawdziwym problemem Ameryki jest wyhodowanie sobie nie jednego, a kilku pokoleń takich Jacksonów Reffittów, pokoleń kilkunastolatków, 20- i 30-latków, przeróżnych postępowców, rzekomych antyrasistów, antifowców, „antyfaszystów”, często po dobrych rzekomo szkołach najzwyklejszych marksistów, „demokratów, progresiwistów, a w rzeczywistości darmozjadów, obiboków i kretynów.

I to jest wyzwanie.

ZŁODZIEJE PIĘKNYCH NAZW – Artur Adamski

0

Zawłaszczanie szlachetnych pojęć i przywłaszczanie nazw związanych z pięknymi tradycjami oraz czcigodnymi postaciami to znany od dawna proceder cyników nieznających szacunku dla żadnych wartości.

Jednym z przykładów, służących zniewoleniu naszej ojczyzny, było nadanie grupce sowieckich marionetek miana Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Nazwę tę wymyślił Stalin, podkradając ją utworzonemu przez Charlesa de Gaulle’a Francuskiemu Komitetowi Wyzwolenia Narodowego. Swój PKWN Stalin sklecił z własnych, od lat bez reszty mu oddanych agentów. Wcześniej, razem w Wiaczesławem Mołotowem (tym, który o zabijanej w sojuszu z Hitlerem Polsce mówił: „pokraczny bękart traktatu wersalskiego”) wymyślił nazwę Związek Patriotów Polskich. W przypadku owego ZPP trudno o bardziej skrajne odwrócenie pojęć, gdyż jeśli nawet trafiały się w nim stanowiące znikomą mniejszość osoby polskiego pochodzenia, to najczęściej były renegatami deklarującymi przynależność do całkowicie innej, sowieckiej ojczyzny. Otwarcie tak się definiowała formalna założycielka ZPP Wanda Wasilewska, a na przykład Alfred Lampe należał w tym gronie do zaciekłych przeciwników tworzenia Ludowego Wojska Polskiego, bo „nie należy dzielić Armii Czerwonej” i to „do niej należy wcielać Polaków”. „Patriotyzm” takich członków ZPP, jak Jakub Berman, Julia Brystygier, Nesanel Kichler czy Fajga Mindla (żona Beniamina Zylberbergera, też członka ZPP znanego potem pod nazwiskiem Włodzimierz Brus) polegał na mordowaniu największych polskich narodowych bohaterów tamtych czasów.

Trudno też nie dostrzec cynizmu, z jakim przywłaszczano tradycję i nazwy ruchu ludowego. Polskie Stronnictwo Ludowe, którego prezesem aż do śmierci w roku 1945 był jeden z najpierwszych ojców naszej niepodległości Wincenty Witos, w latach 1945–1947 było największą nadzieją Polaków. W katowniach NKWD, UB oraz w wyniku zamachów skrytobójczych zamordowano setki szlachetnych, bez reszty oddanych ojczyźnie patriotów z PSL-u. Tysiące cierpiały w więzieniach, a doświadczanie różnorakich prześladowań było udziałem wielkiej rzeszy PSL-owców. Wielu, jak następca Witosa Stanisław Mikołajczyk, musiało ratować życie, uciekając z kraju. Metodami terroru i zbrodni prosowiecki reżim zdziesiątkował Polskie Stronnictwo Ludowe. Większość jego najlepszych członków wymordował a to, co z niego zostało, połączył z konstruowanym od podstaw przez prosowiecki PPR tzw. Stronnictwem Ludowym. Czyli z organizacją, której narzucony Polsce reżim nadał nazwę ukradzioną prawdziwemu, szczerze patriotycznemu i ogromnie ojczyźnie zasłużonemu ruchowi o korzeniach jeszcze XIX- wiecznych. Tym sposobem rząd uzyskał podporę o nazwie Zjednoczone Stronnictwo Ludowe, do 1989 roku ogromnie użyteczną do sprawowania w Polsce władzy z obcego nadania. Jakże zasadne jest pytanie o aksjologiczny związek tegoż ZSL z tradycją Witosa, Mikołajczyka i setek PSL-owców, którzy swoim życiem zapłacili, walcząc o polską niepodległość. Co ci bohaterowie polskiej wolności powiedzieliby na oportunizm i prywatę, rozplenione po tym, gdy ich zgładzono, by zielony sztandar wręczyć pogodzonym z niewolą ojczyzny? I co by wszyscy oni powiedzieli na przywłaszczenie sobie imienia PSL przez stronnictwo przez wszystkie lata sowieckiej dominacji podporządkowane PPR, a następnie PZPR?

Założona w 1892 roku Polska Partia Socjalistyczna odegrała rolę ogromną w walce o odzyskanie niepodległości. Na polu walki i w przeprowadzanych przez zaborców egzekucjach zginęło wielu członków Organizacji Bojowej PPS. Obok Józefa Piłsudskiego do jej działaczy należeli prezydenci Stanisław Wojciechowski i Ignacy Mościcki, marszałkowie sejmu i premierzy Walery Sławek i Ignacy Daszyński oraz wielu nie mniej zasłużonych. Po przeprowadzeniu przez NKWD, UB i PPR operacji podobnej do tej, jaką w drugiej połowie lat czterdziestych zostało zniszczone PSL, Polska Partia Socjalistyczna działała niemal wyłącznie na uchodźstwie. Ostatnim z jej wielkich liderów była Lidia Ciołkosz, na zjeździe w Bernried w 1987 roku wybrana na prezesa Centralnej Rady PPS i jako jedyny żyjący członek przedwojennych jeszcze władz partii wyróżniona godnością dożywotniej honorowej przewodniczącej PPS. W wielu sprawach wypowiadała się jednym głosem z Solidarnością Walczącą. W 1993 roku stanowczo protestowała, gdy twór podający się za PPS dołączał do postkomunistycznego SLD. Dzisiaj nazwę partii Piłsudskiego, Daszyńskiego, Moraczewskiego przywłaszczyli sobie Andrzej Rozenek (współpracownik Jerzego Urbana) i tacy PZPR-owcy, z najbardziej haniebnych lat tej KPZR-owskiej marionetki, jak Joanna Senyszyn, Robert Kwiatkowski czy Anna Grodzka (przed operacją zmiany płci tow. Krzysztof Bęgowski). W każdym przypadku i pod każdym względem są to osobnicy będący krańcowym zaprzeczeniem wszystkiego, czym był prawdziwy PPS.

Zawłaszczanie nazw organizacji o wielkim historycznym dorobku to nie tylko generowanie fałszu, ale często poniewierająca skarb narodowego dziedzictwa potwarz dla ważnych postaci i ich dokonań. Proceder ten uruchomili sowieccy okupanci i jeśli polskie prawo nie potrafi sobie z nim poradzić, to powinien się spotykać przynajmniej z potępiającą reakcją świadomych obywateli.

Rok 2022: Kalendarium wojny i zarazy – Waldemar Żyszkiewicz

0

Czasami dobrze sięgnąć pamięcią dwa-trzy kwartały wstecz, przypomnieć sobie nastroje i klimaty tamtych chwil: zapowiedzi czarnych scenariuszy, roztaczaną grozę… Albo wręcz odwrotnie: hurraoptymizm i tromtadrację, że nas byle co nie przerazi, że my gotowi na gwizdek – grubo ponad stan i swe realne możliwości – pomagać innym w potrzebie.  

      Z końcem zeszłego roku rozszalał się retrowirus, tyle że w wariancie Omikron. Oczywiście, zasadniczo był to ten sam patogen, który od dwóch lat gnębił ludzkość Ziemi, ale przecież nie taki sam, bo znawcy przedmiotu już w latem roku 2020 przestrzegali, że sztuczne spowolnienie kontaktu dziwnego wirusa z populacją globu, za sprawą narzuconych lockdownów, czyli nazywając rzecz wprost – aresztów domowych, w których pozamykano całe społeczeństwa, oraz przez forsowanie szczepień w trakcie epidemii, spowoduje dwa nieuchronne zjawiska: a) przyspieszy mutowanie patogenu, czyli swoistą ucieczkę wirusa do przodu oraz b) znacząco opóźni osiągnięcie odporności populacyjnej, w kulturze darwinistów zwanej odpornością stada.

      Owa sygnalizowana przez światowe sławy wirusologii i epidemiologii „nieuchronność” nie była przecież ani wyrazem deterministycznego zabobonu czy ani tym bardziej skutkiem wiary w fatum, lecz prostym rezultatem trwania przy postawie naukowej oraz respektowania zasad niezgorzej już rozwiniętej wirusologii, której działanie w przypadku tego jednego akurat wirusa – SARS-CoV-2 – czwórka promotorów grypy Fauciego postanowiła zakwestionować. I co gorsza, całkiem nieźle w skali świata jej się to udało.

Szermierze Batmana: Daszak, Fauci, Gates i Schwab

W każdym razie od jesieni roku 2021 ten późny, bardziej zakaźny wariant patogenu wywoływał wprawdzie nadal chorobę nieprzyjemną, bolesną, mocno dolegliwą, choć nie tak już ciężką w przebiegu i zasadniczo o znikomym odsetku przypadków śmiertelnych, o czym teoretycy mówili od dawna, a lekarze zaobserwowali taki fenomen w swojej praktyce klinicznej. Tyle że dane o liczbie hospitalizowanych, wprawdzie ujawniane cząstkowo i wyrywkowo przez brytyjską Narodową Służbę Zdrowia (NHS), coraz częściej osłabiały akcję marketingową iniekcji mRNA, reklamowanej dotąd jako preparat niezawodny i bezpieczny, gdyż na szpitalnych oddziałach covidowych odsetek zaszczepionych znacząco jął przewyższać niezaszczepionych.

      A gdy jeszcze niemiecki Instytut Roberta Kocha ogłosił znaczący poszczepienny spadek naturalnej odporności organizmu, wdzięcznie nazwany VAIDS, sięgający nawet 80 proc. po trzeciej iniekcji; gdy ze Stanów – mimo usilnych prób ich blokowania – zaczęły wypływać informacje o coraz częstszych i coraz cięższych przypadkach szkód poszczepiennych, to już naprawdę mit „skutecznej i bezpiecznej szczepionki przeciw Covid-19” legł w gruzach. Tak więc, wielkich zaskoczeń tu być nie mogło, kto chciał wiedzieć – od dawna wiedział.

       Jednym z tych, którzy najwyraźniej wiedzieć nie chcieli, był profesor Andrzej Horban, szef rady medycznej przy premierze RP, który namawiając Polaków do wiadomej iniekcji straszył wizją Bożego Narodzenia z milionem chorych w przepełnionych szpitalach, bo „stadionów zabraknie”… Na Wyspach z kolei świąteczne orędzie do rządzonych wygłosił Boris Johnson, wówczas jeszcze brytyjski premier. Rozrywkowy i zabawowy lokator rezydencji przy Downing Street 10, posunął się do szantażu moralnego wobec wierzących, tłumacząc w tonie całkiem serio, że płynącym z miłości do bliźnich obowiązkiem chrześcijanina pozostaje przyjęcie tzw. szczepionki, choć jej wartość terapeutyczną najlepiej dezawuowały dane Narodowej Służby Zdrowia (NHS). Cóż, powierzanie swej kondycji psychosomatycznej decyzjom polityków nigdy nie jest mądrym posunięciem.

Najmocniej straszyli Horban i Pyrć

Ponieważ apokaliptyczny sylwester na przepełnionych stadionach, w wersji Horbana, zupełnie nie wypalił, pod koniec stycznia ruszył z odsieczą, czyli nową porcją straszenia prof. Krzysztof Pyrć, lider i spiritus movens rady, która utworzyła się przy przewodniczącym PAN. Utrzymany w nieco histerycznym tonie komunikat rady Pyrcia z przełomu stycznia i lutego postulował przymus powszechnych szczepień i czynił to dla Ojczyzny ratowania z wdziękiem komunikatu o sanitarnym stanie wojennym, by ratować zagrożone zarazą państwo polskie… No i chcąc nie chcąc, wykrakał.

       Przypominam wszystkie te mroczne chwile, które z lękiem i trwogą przeżyliśmy u progu tego roku, bo oto przyszła nagle, z całkiem niespodziewanej radykalna zmiana, która w ciągu jednej nocy wzięła w nawias czy anihilowała, jak kto woli, pęta zarazy: Polska stała się na dłuższy czas zupełnie wolna od zagrożeń i restrykcji pandemii. Po prostu, ot tak, po dwóch latach wróciliśmy do stanu sprzed Covida!

       Ten powiew wolności zawdzięczamy, aż strach to pisać, wrednemu Putinowi, który po miesiącach przygotowań, przesunięć taborów i wojsk, manewrów nadgranicznych, oskrzydlających oraz innych ruchów, śledzonych i komentowanych przez wywiady poważnych państw, nocą z 23 na 24 lutego br. zaatakował Ukrainę w wojnie pełnoskalowej. Nasz wschodni sąsiad zaskakująco dobrze radzi sobie z blokowaniem postępów wroga (w jaki sposób, to temat na inną okazję!), ale zarazem także płaci ogromną cenę wojny prowadzonej na wyniszczenie. Co gorsza, wygląda na to, że działania wojenne na Ukrainie trzeba przewidywać na lata, jeśli nie na dekady.  

Wiosna: wirus poszedł się czochrać    

Z kolei w Polsce, po dwóch latach uwolnionej z dnia na dzień od gorsetu wielu mało racjonalnych skrępowań, restrykcji i obostrzeń, zapanowała mentalna wiosna, czym przynajmniej częściowo można tłumaczyć unikatowy w skali świata fenomen spontanicznego wsparcia zaoferowanego przez naród polski ludności napadniętej Ukrainy.  To zresztą odmienny temat, a wspominam o tym, żeby pokazać skrajności propagandy i polityki sanitarnej RP, prowadzonej dość bezrozumnie, od burty, do burty, od lewa do prawa.

      Albo irracjonalne, pozbawione sanitarnego sensu zakazy (w tym osławione zamknięcie lasów!) i trzymanie ponad potrzebę w areszcie domowym, skądinąd pozbawionym wszelkiej prawnej legitymacji, albo hulaj dusza – piekła nie ma. Od wybuchu wojny, na terytorium naszego kraju znalazło się około 5-6 milionów uchodźców z Ukrainy, w pierwszym okresie bez żadnej systemowej osłony higieniczno-sanitarnej. To akurat cieszy, bo uchyla propagandowe mity o potrzebie i sensie maskowania się oraz dystansowania społecznego, a zwłaszcza o konieczności powszechnego kontaktu ze strzykawką.

       Po kilku tygodniach, gdy nawet w najciemniejszej szafie nie można było znaleźć śladów po „strasznej pandemii Covid-19”, swoje wojenne non possumus wygłosił również minister Adam Niedzielski, uroczyście zapowiadając, że więcej żadnych szpryc, nawet tych już zakontraktowanych, przyjmować nie będziemy ani za nie płacić. Rada wojenna przy prezesie oraz premierze miała chyba nadzieję, że dostrzeżona w świecie i mocno chwalona postawa Polaków będzie skutkować abolicją dla nas na specyfik comirnaty… Tak się jednak nie stało. Wśród różnych względów, takich jak brak chęci rezygnacji Big Pharmy z zysków, zdecydował głównie brak poparcia stanowiska Polski przez państwa dyrygujące UE, które ponad szlachetną postawę pomocy napadniętym czy nasz Jagielloński prometeizm, przedkładają potrzebę własnych korzyści. Czy można się im dziwić?

       Zastanawiające wydaje się raczej oczekiwanie, że za piękną postawę Polaków oraz szlachetne motywacje Rzeczypospolitej zdecydują się płacić inni, choćby zgodą na rezygnację z zaplanowanych zysków. W przyrodzie takie fenomeny się nie zdarzają.

Jagiellońska idea, pobudka czy mrzonka?     

Niewątpliwie, wskrzeszenie idei Jagiellońskiej dla tradycyjnego, patriotycznie i narodowo usposobionego Polaka brzmi jak zachęta, pobudka, niczym zapomniana surma bojowa… Ale dlaczego takie rośnięcie Polski w siłę miałoby cieszyć Niemców? Tego bym od sąsiadów z zachodu nie oczekiwał. Gorzej, że przypomniane wiosną koncepty, przemieszane z rytualnym, propagandowym wyklinaniem Putina w pierwszych tygodniach działań wojennych na Ukrainie, pozostają – ze względu na naszą obecną moc polityczno-gospodarczo-wojskową, czy raczej jej niedostatki – tylko Jagiellońską mrzonką, wystarczającą pewnie by zmobilizować społecznego ducha i przygotować ciało na trudne czasy, ale przecież bez istotnej geopolitycznej siły sprawczej.

       Włochy, Francja, Niemcy raczej nie mają wątpliwości, że brylowanie Rzeczypospolitej jest funkcją amerykańskich zamiarów wobec naszej części Europy, że każde wahnięcie się amerykańskich planów co do Trójmorza, będzie skutkować powrotem do ukochanej w Berlinie koncepcji Mitteleuropy… Na anglosaski ślad wskazywało ożywienie się Borisa Johnsona, jego ekscytowanie Warszawy do manifestacji postaw jawnie antyrosyjskich. Owszem, Johnson znajdował tu spory posłuch, tyle że praktycznie przestał już być brytyjskim premierem.

        Tymczasem z telepromptera prezydenta Bidena płyną chwilami tak zaskakująco sprzeczne treści, jakby do sterowania urządzeniem dorwało się jakieś niesforne dziecko. W dodatku, działania wobec Ukrainy, nad którą w Departamencie Stanu USA od przeszło dekady sprawuje nadzór Victoria Nuland, może bezpośrednio łączą się nie tyle z konceptem Trójmorza, ile z projektem Niebiańskiej Jerozolimy. Nawet działania zbrojne na południu i wschodzie Ukrainy sprawiają chwilami mocne wrażenie, że w gruncie rzeczy idzie o to, kto będzie gospodarzem terenów między Dnipro (dawny Dniepropietrowsk), gdzie dekadę temu powstało Centrum Menora, a południowym pasem ziem nad Morzem Czarnym, aż po Odessę włącznie. Bo to jednak różnica, czy nowych osiedleńców powita Rosja Putina czy Ukraina Zełeńskiego… Trzeba również przyznać, że każde z tych rozwiązań będzie mieć inne przełożenie zarówno na sam projekt Trójmorza, jak i na masowe przemieszczenia ludności ukraińskiej na terytorium Polski.

Wojna wojną, lecz priorytetem jest wirus

Żebyśmy się jednak w tym naszym pomocowym samozachwycie, w tym Jagiellońskim samodurstwie nazbyt nie rozdokazywali, to żadnej abolicji nie będzie: za szpryce zapłacimy, gazu nam uszczkną, węgla zabraknie, Unia zrobi swoje… Ameryka sobie poradzi, a my? Skąd u nas to wieczne chciejstwo? Ta łatwość ulegania podpuchom różnych geopolitycznych cwaniaków? Potrzeba błyszczenia, gesty puszenia się – to oczywista miara niedojrzałości. Gombrowicz miał jednak rację.

       Sankcje wygrała Rosja. Stany trochę namieszały. Johnsona nie będzie. Do realizacji projektów związanych z Ukrainą dojdzie za jakiś czas. W tej sytuacji trzeba zadowolić się cudownym powrotem pandemii: wirus znów u bram, akwizytorzy iniekcji w pogotowiu, dzienne liczby w nagłówkach. Olaboga!

Swoją drogą, lato to trochę dziwny termin na kolejną falę zakażeń. Najważniejsze jednak, że nie pozostaje ona w żadnym związku ze swobodnym przemieszczaniem się kilku milionów przybyszów po terytorium naszego kraju. A Putinowi należy się Nobel z medycyny publicznej. Choćby za te kilka miesięcy wakacji od wirusa.

To co wartościowe – zachowaj! – Andrzej Manasterski

0

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Ktoś ma kupić towar, który kosztuje sto złotych. Ma do wyboru: w jednej kieszeni banknot o nominale stu złotych, natomiast w drugiej złotą monetę także o nominale stu złotych. Zapłaci, monetą czy banknotem? Jeżeli się chwilę zastanowi, zapłaci banknotem, a monetę ze szlachetnego kruszcu zatrzyma. W tym momencie możemy już pojąć jedno z najważniejszych praw teorii obiegu pieniądza znane jako prawo Kopernika albo Kopernika-Greshama.

Prawo to głosi, że pieniądz „gorszy” wypiera z obiegu pieniądz „lepszy”. Czym jest pieniądz „lepszy” albo „gorszy”? Najbardziej ogólna odpowiedź brzmi: pieniądz „lepszy” jest na rynku wartościowszy. A więc poszukiwany. Wspomniana wyżej złota moneta, mimo że ma nominał stu złotych, jest wartościowsza od stuzłotowego banknotu. Bo czym jest banknot? To kawałek papieru. Chińczycy, którzy jako pierwsi w dziejach wyemitowali banknoty, nazywali je „fruwającymi pieniędzmi”, a więc mało wartościową formą pieniądza, która nie stawia oporu nawet wiatrowi. To raczej forma zastępcza pieniądza, tego mocnego, wykonanego ze złota, solidnego i ciężkiego, którego wartość czuje się po włożeniu do kieszeni. Bo wartość banknotu jest umowna – emitent umieścił na nim napis, który jest swego rodzaju umową z jego użytkownikiem, informuje, że za ten kawałek papieru może zapłacić za usługę lub towar, tyle a tyle. A wartość banknotu to faktycznie koszt papieru, z którego został wykonany plus koszt druku. Co innego złoto – jest to kruszec, który zawsze będzie wartościowy. Nawet podczas różnych zawirowań, dziejowych – kryzysu czy wojny. Społeczeństwo samo wyczuwa, co jest najwartościowsze i w takich sytuacjach stara się pozbyć tracących na wartości banknotów, kupując złoto, srebro albo pożądane na rynku towary. Bo czym jest pieniądz? Platon nazywał pieniądzem każdą rzecz, która jest dla nas użyteczna. Co zaś nie jest użyteczne, nie może być pieniądzem. Bo źródłem powstania pieniądza był handel. Rzymski prawnik Juliusz Paulus pisał: Kupno i sprzedaż wzięły swój początek z wymiany. Dawniej bowiem nie było monet i nie używano terminu „towar” i „cena”. Każdy natomiast, stosownie do okoliczności zamieniał rzeczy nieprzydatne na przydatne.

Mikołaj Kopernik, człowiek renesansu, zajmował się różnymi kwestiami. Problem „psucia pieniądza”, czyli puszczania w obieg pieniędzy mniej wartościowych, nie był zjawiskiem nowym. Można nawet uznać z całkowitą pewnością, że dotyczył całego okresu, w którym pieniądz – chodzi o pieniądz monetarny – funkcjonował. Od czasów starożytnych trwa spór na temat: co stanowi o wartości pieniądza? Nie wdając się w szczegóły – zwolennicy teorii, że o wartości pieniądza decyduje emitent, a więc państwo, władca itp. byli nazywani nominalistami. Inaczej uważali zwolennicy substancji, a więc kruszcu, z jakiego była ona wykonana. Im kruszec bardziej szlachetny, tym moneta była wartościowsza, a więc i system pieniężny bardziej stabilny. W Europie najbardziej powszechnym kruszcem szlachetnym były srebro i miedź. W Europie było mało złota, emisja złotych monet była raczej wyjątkiem niż regułą. Na srebrze opierała się konwencja reformy Karola Wielkiego, która była podstawą obiegu i emisji monet w średniowieczu. Podstawową jednostką był denar (denarius) wykonany ze srebra z dodatkiem miedzi. Ta niewielka moneta początkowo, w okresie wczesnego i środkowego średniowiecza, czyli do XII–XIII wieku, była przeznaczona do obiegu na lokalnym rynku. Teoretycznie oczywiście, gdyż we wczesnym średniowieczu dominował system barterowy, czyli wymiana towaru za towar. „Płacono” więc skórkami zwierząt, kruszcem w kawałkach, płatami lnianymi itp. Handel dalekosiężny oczywiście istniał, ale nie był prowadzony na wielką skalę. W rozliczeniach posługiwano się albo złotem, albo stosowano system bezgotówkowy, oparty na swego rodzaju czekach. Ale to dopiero wtedy, gdy powstał system bankowy, bazujący na faktoriach handlowych, rozlokowanych w różnych krajach. Cechą średniowiecznych państw były rozdrobnienia polityczne, np. w Polsce po śmierci Bolesława Krzywoustego w XIII w. każdy książę stawał na głowie, by emitować własną monetę. Nie można zapominać, że posiadanie własnej monety miało także, a wtedy może przede wszystkim, charakter polityczny, mniej zaś ekonomiczny. Oczywiście liczni emitenci, starali się na każdej emisji trochę podreperować własny budżet. Jednym ze sposobów był masowy proceder psucia monety. Polegał on na dodawaniu większej ilości miedzi zamiast srebra bez zmiany nominału. Książę co pewien czas dokonywał „wymiany monety”, czyli ściągał z rynku denary z większą zawartością srebra, by w ich miejsce wypuszczać denary z większa domieszką miedzi. O tym, że był to proceder masowy, świadczy jeden z XIII-wiecznych dokumentów, w którym występuje zwrot „per annum tertio”. Badacze nie są zgodni do końca, co ów zwrot oznacza: „co trzeci rok” czy może „trzy razy do roku”. Chodzi o liczbę wymiany monet. Jeżeli nawet odczyta się zwrot jako „co trzeci rok”, to i tak liczba dokonywanej wymiany była tak duża, że powodowała chaos na rynku pieniężnym. W Europie w XII i w XIII wieku zaczęły dominować „bracteaty”, których nazwa pochodząca od „bractea” – cienkich blaszek, z których wybijano jednostronne monety. Dlaczego jednostronne? Stemple służące do wybicia monety mogły uszkodzić drugą stronę i stać się mało czytelne dla użytkownika. Takie monety były kruche, łamliwe i często się niszczyły w czasie używania. Czasami celowo je łamano, by uzyskać mniejszą jednostkę wartości, liczoną na wagę. Chaos w obiegu pieniężnym był tak wielki, że rosło zapotrzebowanie na specjalistów, którzy mogli dokonywać stosownych przeliczników i wymiany. Na ziemiach polskich w XIII wieku tym procederem trudnili się przede wszystkim Żydzi. Mieli szczególne uważanie u księcia wielkopolskiego Mieszka III Starego. Liczba drobnych bracteatów z mennicy tego księcia była znaczna. Żydzi mieli prawo umieszczania na monetach w mennicy hebrajskich napisów wybijanych przez siebie, co było ewenementem na skalę całej Europy. Żydzi zajmowali się także bankowością, co było powszechnie stosowane w całej ówczesnej Europie. Początkowo taki „bank”, to była zwyczajna ława, którą ustawiano w dni targowe. Na ławie rozkładano wagi i monety z różnych części Europy. Łacińska nazwa ławy – banco dała początek nazwie instytucji. Jak to czasami bywało, podczas wymiany dochodziło do jakiejś sprzeczki, podczas której ławkę przewracano, pieniądze szybko zmieniały właściciela i bankier zostawał z niczym. Przewrócona ławka – banco rotta (bancarotta) sprawiała, że jej właściciel stawał się bankrutem.

Wymiany monet dawały księciu niewielki zysk na krótki czas. Poza tym był to zysk wątpliwy, gdyż słaby pieniądz krążący na rynku nie dawał możliwości inwestycyjnych. A takie pojawiły się w Europie w XIII wieku. Na ziemiach polskich pierwsi dostrzegli to książęta śląscy. Książę Henryk Brodaty już w pierwszej połowie XIII wieku zaczął emitować tzw. duże bracteaty, by mieć monetę potrzebną dla rynku nie tylko lokalnego. Jeszcze dalej poszli książęta głogowscy, a po nich pozostali w drugiej połowie XIII wieku, którzy zaczęli emitować kwartniki. Były to monety solidne, o dużej zawartości srebra, solidne i chętnie przyjmowane w rozliczeniach handlowych. To była zresztą przyczyna ich krótkiego obiegu, bo emitowano je na Śląsku przez ok. 50–60 lat, do lat 30. XIV wieku. Zostały one wyparte przez grosz praski, nazywany dzisiaj „dolarem Europy Środkowej”. Wycofanie z obiegu kwartników śląskich było obrazowym przykładem wystąpienia prawa Kopernika – kwartnik zniknęły z obiegu, bowiem ze względu na dużą zawartość w nich srebra, chowano je na gorsze czasy. W zamian pozostały grosze praskie, które zresztą zrobiły międzynarodową karierę na rynku finansowym Europy. Także król Polski Kazimierz III Wielki, przeprowadzając w Polsce dużą reformę pieniężną, w wyniku której wyemitowano grosze krakowskie, wzorował się na groszach praskich.

Mikołaj Kopernik, znany powszechnie jako wyraziciel heliocentrycznej budowy Układu Słonecznego, zajmował się wieloma dziedzinami wiedzy. Także ekonomią, a ściślej obiegiem pieniądza. Na zlecenie króla Zygmunta I Starego podjął się opracowania obiegu pieniężnego w Prusach Królewskich. Było to potrzebne dla gruntownego naprawienia systemu pieniężnego tej części ziem, które zostały przyłączone do Polski po zakończeniu wojny trzynastoletniej z Krzyżakami w 1466 roku, co było konsekwencją postanowień drugiego pokoju toruńskiego. Państwo krzyżackie od czasu klęski pod Grunwaldem przeżywało duże problemy ekonomiczne. Przed całkowitym załamaniem gospodarki, Krzyżacy próbowali ratować się nadmiernym fiskalizmem państwa. Przerzucali obciążenia finansowe na poddanych, nakładając na nich nowe podatki. Był to oczywiście proces samozagłady rządzących, bowiem rosło niezadowolenie poddanych i tak już nadmiernie obciążonych powinnościami wobec Zakonu. Jednocześnie braciszkowie wypuszczali w obieg „słabszą”, o mniejszej zawartości srebra, monetę, co dodatkowo uderzało w system gospodarczy i osłabiało państwo. Kiedy więc część ziem Zakonu, zwanych Prusami Królewskim, została przyłączona do Polski, władcy zależało, by naprawić sytuację gospodarczą odpowiednio do panującej w pozostałych częściach Polski. Stąd podjęto reformę obiegu pieniężnego w Prusach. Przedstawiony Stanom Pruskim i królowi w 1527 r. traktat nosił tytuł „Rozprawa o urządzeniu monety” („Monetae cudendae ratio”). W tym dziele Kopernik dał się poznać jako zwolennik substancjonalizmu. Moneta w ujęciu Kopernika stanowi miernik wartości (cena), środek cyrkulacji pieniężnej (pieniądz potrzebny do zapłaty za towar, który się nabywa) oraz środek tezauryzacji (jako skarb). Jeżeli w obiegu znajduje się pieniądz „dobry” i „gorszy”, ten ostatni wypiera „dobry”, społeczeństwo chowa bowiem wartościowszy na „gorsze czasy”. Dlatego Kopernik postulował, aby po wprowadzeniu nowej monety, jak najszybciej wycofać z obiegu pieniężnego stare, które „zaśmiecały” rynek. Kilkadziesiąt lat po Koperniku do podobnego wniosku doszedł w Anglii Thomas Gresham.

Teoria Kopernika, chociaż ekonomiczna, była oparta na psychice ludzkiej. Człowiek broni się przed pogorszeniem własnej egzystencji i szuka skutecznego rozwiązania. No, ale nie od dzisiaj wiadomo, że ekonomia to nie teorie matematyczne, a prawidła oparte na zachowaniu społecznym. Nawet słowo „ekonomia” wywodzi się z greckiego określenia „prawo domowe”, czyli określa zasady funkcjonowania gospodarki domowej.

A w niej najprostsze zasady są często najskuteczniejsze.

Bunt „świnek” – Andrzej Bafalukosz

0

Solidarność europejska podobnie jak teoria względności, jak się okazuje wymaga szczególnej interpretacji, z której jasno wynika, że jest ona jednokierunkowa i że są z góry określeni fundatorzy i beneficjenci. Ci pierwsi zostali wytypowani wbrew własnej woli. 20 lipca Komisja Europejska wysunęła propozycję, która jednak z czasem może zamienić się w ultimatum, dobrowolnego zmniejszenia konsumpcji gazu o 15 proc. przez wszystkie kraje UE od 1sierpnia do 31 marca.

Projekt zakłada dalej, że zaoszczędzony w ten sposób gaz będzie skierowany w ramach osławionej już europejskiej solidarności do krajów, które najwięcej ucierpią z powodu przyszłego ograniczania, a być może ostatecznego zawieszenia dostaw gazu z Rosji. Polska sceptycznie odniosła się do tej propozycji, przypominając swój profetyzm, jeśli chodzi o uzależnianie się od rosyjskiego gazu i fakt zmagazynowania rezerw gazu w 98 proc. Jednak z największym oporem inicjatywa Komisji spotkała się w krajach południowej Europy, tzn. we Włoszech, Hiszpanii, Portugalii i Grecji. „Dziękujemy, nie przyjmujemy” – tak w wielkim skrócie można by ująć reakcję tych krajów. Rzecznik rządu greckiego Janis Ikonomu oświadczył, że rząd grecki nie zgadza się na zmniejszenie konsumpcji zwłaszcza w okresie letnim. Przypomniał, że niedawno Grecja zgodziła się na zamykanie kopalń węgla brunatnego pod presją Unii (m.in. Timermansa), żądającej dekarbonizacji kontynentu europejskiego. Na szczęście wskutek wojny na Ukrainie Grecja ogłosiła wstrzymanie tych działań, a poza tym zapewniła sobie dostawy gazu z Azerbejdżanu i LNG m.in. z USA. Wicepremier Hiszpanii Tereza Ribera stwierdziła, że projekt Komisji nie jest ani skuteczny, ani sprawiedliwy. Minister Portugalii ds. energii dodał, że propozycja jest bezpodstawna i doprowadzi do przerw w dostawach prądu, na co rząd nie może sobie pozwolić. Również rząd włoski premiera Draghiego (jeszcze przed jego dymisją) jest przeciwny tej propozycji i przypomniał, że z wielkim trudem udało mu się niedawno zawrzeć umowę z Algierią na zakup gazu.

Podstawowym zarzutem wobec brukselskiej supozycji jest brak jakiejkolwiek demokratycznej formy w poszukiwaniu rozwiązania obecnego kryzysu. Nie odbyły się żadne konsultacje ani próby choćby uzasadnienia tej propozycji, nie licząc wspomnianego już powoływania się na tzw. europejską solidarność. Z drugiej strony ciekawe, jak instytucje europejskie ułatwiają sobie funkcjonowanie, uzasadniając decyzje ogólnikowymi hasłowymi pojęciami „europejska praworządność” czy „europejska solidarność”. Pomysłodawcą tej propozycji nie jest sama Komisja a Instytut Breugla (nazwany na cześć Pietera Breugla niderlandzkiego malarza) ekonomiczny i polityczny think tank mający swoją siedzibę w Brukseli. Jego prezesem był m.in. również Leszek Balcerowicz. Obecnie zarządza nim Niemiec Guntram Wolff. Instytut zalicza się do najważniejszych na świecie w tej branży. Jego eksperci obliczyli owe 15 proc. jako średnią europejską, proponując kontrowersyjną, ale sprawiedliwą koncepcję zmniejszania konsumpcji gazu analogicznie do stopnia zależności od gazu rosyjskiego. To by oznaczało, że kraje, takie jak Hiszpania i Portugalia nie musiałyby w ogóle obniżać zużycia gazu, a z kolei Niemcy czy kraje bałtyckie zależne niemal w 80-90 proc. ocierałyby się o blackout. Komisja Europejska zaadaptowała procentowe wyliczenie think tanku, ale jako wspólne dla wszystkich państw UE. Poza tym Komisja, podpierając się „wyjątkową sytuacją”, wyklucza w tej sprawie prawo veta oraz wprowadza nowy warunek polegający na tym, że wystarczy inicjatywa trzech krajów Unii, by projekt Komisji stał się obligatoryjny. Kraje z południa Europy nie rozumieją, dlaczego kosztem ich gospodarstw domowych i ich przemysłu ma być ratowany przemysł niemiecki i poziom życia niemieckich obywateli. W tym konflikcie na razie na poziomie słów i oświadczeń przywoływane są argumenty, które znacznie osłabiają tak mocno akcentowaną przez Ursulę von der Leyen i niektóre kraje płn. Europy, zwłaszcza Niemcy, potrzebę współpracy i solidarności. Ujawniła się skrywana, ale przecież niezatarta pamięć o działaniach europejskiego przywództwa podczas kryzysu finansowego i zadłużenia podczas poprzedniej dziesięciolatki. Polityka szantażu, której często towarzyszyła propaganda deprecjacji czy wręcz pogardy wobec mieszkańców Grecji, Włoch czy Portugalii została zapamiętana jako bolesny i trwały uraz. Stąd też nieco uszczypliwa uwaga minister Hiszpanii: W przeciwieństwie do innych krajów nie żyliśmy ponad stan, jeśli chodzi o konsumpcję energii. Jest to wyraźna aluzja do Niemiec, które korzystając z taniego importu gazu, mogły rozwijać swój przemysł niezagrożone konkurencją. Jest to też odpowiedź na jeszcze nie tak dawne komentarze głównie w niemieckich mediach, które atakowały Greków i innych, że niezasłużenie żyli ponad stan, że są leniwi, że aby wyjść z długów, powinni sprzedać swoje wyspy itd.

Z pewną złośliwością w komentarzach medialnych pojawia się teza, że obecnie słabym ogniwem europejskiego konstruktu są Niemcy i to z własnej winy, bo nie słuchały ostrzeżeń nie tylko swoich sąsiadów, ale też strategicznego europejskiego partnera, jakim są zawsze Stany Zjednoczone. Nic dziwnego więc, że ta wyraźna, można by rzec bezczelna próba szantażu wymuszenia zbiorowej wasalizacji członków Unii dla ratowania gospodarki niemieckiej spotyka się z dużym protestem. Jak się skończy ten następny kryzys przekonamy się już 27 lipca na szczycie ministrów europejskich ds. energii, ale wiadomo, że decyzje będą podjęte na poziomie szefów państw. I to wkrótce, gdyż wyznaczony termin 1 sierpnia jest tuż tuż.

Przypomnijmy jeszcze, jak w obraźliwy i poniżający sposób, a jednocześnie ze szczególną przyjemnością nazywano kraje południa podczas wspomnianego kryzysu finansowego w wielu mediach płn. Europy.

Od inicjałów czterech państw utworzono skrót PIGS (Portugal, Italy, Greece, Spain), co znaczy ‘świnie’ albo ‘trzoda chlewna’. Okazało się, że „świnki” mają pamięć.