Koronawirus na Świecie

All countries
528,398,588
Zakażeni
Updated on 24 May 2022 13:34
All countries
484,649,898
Ozdrowieńcy
Updated on 24 May 2022 13:34
All countries
6,302,070
Zgony
Updated on 24 May 2022 13:34

Koronawirus na Świecie

All countries
528,398,588
Potwierdzone
Updated on 24 May 2022 13:34
All countries
484,649,898
Wyzdrowiało
Updated on 24 May 2022 13:34
All countries
6,302,070
Zgony
Updated on 24 May 2022 13:34
spot_img

Premier złożył kwiaty i zapalił znicze na Cmentarzu Orląt Lwowskich (fotorelacja)

0

Jak przekazała na Twitterze Kancelaria Premiera, „we Lwowie premier Mateusz Morawiecki złożył kwiaty i zapalił znicze na Cmentarzu Orląt Lwowskich m.in. przy Mogile Nieznanego Żołnierza oraz pod mogiłą żołnierzy poległych w obecnej wojnie rosyjsko-ukraińskiej”.

Wcześniej Mateusz Morawiecki podczas pobytu we Lwowie wizytował miasteczko kontenerowe dla uchodźców wewnętrznych, które powstało dzięki współpracy polskich i ukraińskich władz. 

A.Ł.

Może – Andrzej Myc

0

Który skrzywdziłeś człowieka prostego

Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,

Gromadę błaznów koło siebie mając

Na pomieszanie dobrego i złego

Czesław Miłosz, Washington, DC, 1950

Minęła kolejna rocznica katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem, 10 kwietnia 2010 roku. Przez minione lata wiele się zmieniło i większość z nas nie przeżywa już takich emocji jak dwanaście lat temu, ale nie wszyscy. Są tacy, dla których wspomnienia są jak głębokie rany i pamiętają każdy szczegół tamtej tragedii.  Nawet ja wciąż widzę tamte chwile bardzo wyraźnie, jak „pamiętnik pogromu”.

W Polsce było kilka minut po dziesiątej. U mnie czwarta w nocy. Zadzwonił Paweł Falicki i zanim się zdenerwowałem, że mnie obudził, przekazał straszną wiadomość. – Była katastrofa lotnicza pod Smoleńskiem” – powiedział – wszyscy zginęli. Te dwa ostatnie słowa wstrząsnęły mną.  – Wszyscy zginęli? Jak to wszyscy zginęli, kto tam był?

Całkiem się obudziłem. Pobiegłem do komputera i zacząłem przeglądać wiadomości, a było ich sporo. Znalazłem całą listę katastrofy – 96 ofiar. Po każdym nazwisku odczuwałem ulgę, że jeszcze nikogo nie znam, miałem nadzieję… Anna Walentynowicz alfabetycznie była na końcu listy.

Polacy czuli się wtedy bardzo zjednoczeni, ale pojawiły się spekulacje KTO TO ZROBIŁ? CZY TO BYŁ PRZYPADEK, CZY ZAMACH?  W czasie tej tragedii byliśmy razem, ale kilka dni później do głosu doszły emocje, inwektywy, słowa pełne nienawiści. Ania Ferens uchwyciła to co najważniejsze w znakomitym filmie dokumentalnym „Zobaczyłem zjednoczony naród”.

Nasz 17. festiwal w Ann Arbor (17th Ann Arbor Polish Film Festival) odbył się sześć miesięcy później, w listopadzie, ale już nie było nawet wzmianki o filmach na temat katastrofy smoleńskiej. Takiej zajadłości w komitecie festiwalowym nigdy wcześniej nie widziałem. Wszystkie filmy dokumentalne poświęcone katastrofie zostały usunięte. Nawet „Polacy” Majki Dłużewskiej i  „Anatomia upadkuAnity Gargas.

W zeszłym roku spotkałem się z Ewą Stankiewicz, która dwa lata temu (w 2020 roku) zrealizowała kolejny film, „Stan zagrożenia”. Zapytała mnie, czy uważam, że w Smoleńsku był zamach? Ewa była przekonana, że tak. Odpowiedziałem wykrętnie, że już o tym nie myślę. Nie mógłbym przez ponad jedenaście lat dręczyć się, czy był to zamach czy nie. Zastanawiałem się, jak ją przekonać, miałem tyle racjonalnych argumentów, ale rozmowa  się urwała. 

Tyle lat minęło, postarzałem się, złagodniałem, moja mailowa korespondencja z rodakami, wyblakła jak farba na słońcu. Wracam do tego w czasie kolejnej rocznicy,  bo mnie to nadal nurtuje. Może jak wszystkie wielkie zagadki, których ludzie do dzisiaj nie rozwikłali. Skąd wiemy, kto zabił Kennedy’ego, a czy śmierć lotnicza gen. Sikorskiego w Gibraltarze była przypadkowa czy to był zamach? Minęło ponad siedemdziesiąt dziewięć lat i nie poznaliśmy prawdy. Można dać sobie z tym spokój, ale to moralnie trudne.

A teraz? Próbuję po raz kolejny znaleźć odpowiedź, czy to był zamach Putina czy nie. Czy to on zamordował 96 osób i składał nam kondolencje. Te wszystkie myśli do mnie wracają. A może jednak… może jednak Ewa miała rację.

W 2015 roku pojechałem do rodziny na Ukrainę. Rozmawialiśmy o wszystkim, o katastrofie Smoleńskiej też. Nikt mnie nie pytał, czy uwierzyłem, że to była katastrofa. Oni nie mieli wątpliwości, że to zrobił Putin i byli tak pewni, że nawet się ze mną nie spierali.  Uśmiechali się, jakby nie mogli tego pojąć, dlaczego Polacy nie wierzą w zamach, bo dla nich Putin był i jest zbrodniarzem, to jasne.

Czy teraz dalej nie wierzę w katastrofę, ale jeszcze nie w zamach Putina? Jeszcze kilka tygodni temu 10 kwietnia 2010 roku to była katastrofa, a teraz jest już zamach?

Kilka dni temu Putin brutalnie wymordował trzystu sześćdziesięciu cywilów w Buczy, a potem kolejne ofiary na dworcu kolejowym w Karmatorsku.

Po dwunastu latach wątpliwości pojąłem, że jeśli teraz zamordował, to wcześniej też mógł zamordować?

Warto to odnieść do historii Jana Karskiego, choć ta analogia może się wydawać bardzo odległa. W 1943 roku polski kurier spotkał się w Nowym Jorku z Felixem Frankfurterem, współpracownikiem Sądu Najwyższego. W historycznym filmie dokumentalnym „Karski i władcy ludzkości”, Sławomir Grünberg  przedstawia taki znamienny szczegół. Frankfurter w rozmowie z Karskim dokumentującym bestialstwo Niemców powiedział: – Ja nie mówię, że ten młody człowiek kłamie, ale nie jestem przygotowany i fizycznie zdolny, aby w to uwierzyć.

Czy można Frankfurterowi zarzucić zaniechanie, ślepotę i kompletną naiwność? A kto z nas, którzy nie jesteśmy zdolni uwierzyć, tak jak Felix Frankfurter, nie mógł ogarnąć rozumem? Czy ja albo Grünberg uwierzył w tamte historie? „Nie byłem przygotowany i zdolny, aby w to uwierzyć!” A skoro nie, to czy mamy moralny obowiązek kogokolwiek obwiniać?  Sparafrazujmy znamienne zdanie sędziego. „Choć nie jestem przygotowany i fizycznie zdolny, aby w to uwierzyć, to oskarżam Niemców o holocaust”. To jest absurd. A może jednak, nie poddawać się zdrowemu rozsądkowi, nawet jeżeli nie znam faktów, aby oskarżyć  Putina o zbrodnię?  

Desperacko szukam takich argumentów, aby krok po kroku przekonać się, że Putin jest na pewno sprawcą tragedii samolotu 10 kwietnia 2010 roku. Teraz to mniej oczywiste, a wcześniej jeszcze nie było.  Żyliśmy  w letargu.

Przypomnijmy sobie, kto zamordował bestialsko polskich oficerów w Katyniu. Minęło ponad osiemdziesiąt lat, a Rosjanie nadal wypierają się tej zbrodni. Czy więc teraz można im ufać?

Pokusa odsunięcia myśli o czymś, co nam się w głowie nie mieści, nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Czy można machnąć ręką i wygodnie zapomnieć? Nie pozbędziemy się tej natrętnej myśli, nim nie odkryjemy prawdy – „poeta pamięta…”

Trzeba mieć odwagę  i powiedzieć, że to był zamach. I nie każdy ma odwagę, czego przykładem jest Lech Wałęsa, który nadal twierdzi i zaklina się całym swoim jestestwem, że nie był Bolkiem, aby ludzie uwierzyli, że mówi prawdę.

Prawda, bo o nią chodzi. Za prawdę ludzie dadzą się pokrajać i zabić. Nie  odstąpią od swoich poglądów nawet za cenę własnego życia.

Jakże łatwo było wmówić tłumowi w Kielcach, że Żydzi zamordowali polskie dzieci na macę.  Można powiedzieć, że to już zostało dobrze udokumentowane w 1946 roku i nie ma do czego wracać. A jednak wciąż ludzie się wypierają, że to nie była zbrodnia Polaków na Żydach. Dlaczego więc po tylu latach mówi się, że to była prowokacja?

Moje wahadełko niebezpiecznie się przechyliło w drugą stronę. Teraz już nie jesteśmy ofiarami, ale oprawcami i jest to myśl wstrętna. Chcemy zaprzeczyć,  zdeprecjonować, podważyć, rozmienić i poddać w wątpliwości. Łatwo  bezrefleksyjnie przyjąć, że jesteśmy ofiarami. Ale trzeba użyć całej ekwilibrystyki, aby wyszło, że nie jesteśmy oprawcami? Gdzie jesteśmy, gdzie są nasze wartości, dyktat moralny, który jak w lustrze pokazuje nasz odrażający wygląd.

Tak można mącić i mieszać. W ten sposób możemy w kilku zdaniach zmienić cały opis w inną narrację, w inną interpretację, bo przecież poza słowa nie uciekniemy, jak powiedział filozof dekonstrukcjonista Jackie Élie Derrida: il n’y a pas de hors texte – nie ma nic poza tekstem i nie ma nic poza tym, co tutaj napisałem. Można by tak jałowo prowadzić zabawę, ale wierzymy, że ludzie za wszelką cenę chcą poznać prawdę, aby wiedzieć, kto jest oprawcą, a kto nie. Nie można o tym zapomnieć, bo nie poznamy ani złego, ani dobrego, a jeśli nie będziemy mieli odwagi szukać prawdy za wszelką cenę, wszystko obróci się w niepamięć, która… „nas wyzwoli”.

Dlatego mam tak wiele szacunku dla Ewy Stankiewicz, która z mozołem zrealizowała kolejny dokument „Stan zagrożenia”. Niezrażona nadal twierdzi, że to był zamach. A może był to zamach?

Fairhope, AL niedziela, 10 kwietnia 2022

Konferencja 25 rocznicy (czerwiec 2007) SW w PkiN w Warszawie. Od lewej Anna Walentynowicz i Andrzej Myc
Wręczenie Krzyża Oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski, Pałac Prezydencki, Warszawa, 15 czerwca, 2007. Od lewej Lech Kaczyński i Andrzej Myc
13 grudnia 2005 w Waszyngtonie. Od lewej Anna Walentynowicz,, Andrzej Myc i Janina Natusiewicz-Mirer – opiekunka.

LUDZKI WYMIAR EUROPY – Michał Monko

0

Praworządność (rule of law) to dzisiaj modny i niejasny termin, chętnie wykorzystywany przez Komisję Europejską, przez polityków totalnej opozycji, przez dyplomatów i dziennikarzy.

Wczoraj, przed kilku laty, modnym terminem były prawa człowieka (human rights). W czasie wojny w Korei, ważne były prawa humanitarne (humanitarian law), często są mylone z prawami obywatelskimi (civil rights), a także z wolnościami obywatelskimi (civil liberties). Pomyłki wynikają najczęściej z nieznajomości treści używanych praw.

Niekiedy politycy nie rozumieją prawa, bo z powodów pragmatycznych nie chcą rozumieć. Na przykład, lewicowe działaczki kobiece upominają się o prawa dla kotów, psów, pająków brazylijskich. Bo, jak twierdzą, pająki nie umieją mówić i same nie upomną się o swoje prawa.

Prawa człowieka? – pytał Rassel Kirk, wybitny filozof, konstytucjonalista i polityk amerykański. – Wszystkie prawa są prawami człowieczymi. Czy ktoś słyszał o prawach nieczłowieczych? Rzeczy nie mają praw. Psy, koty i pająki także praw nie mają. Zwierzęta i rzeczy są przedmiotami praw.

Ale u nas, w Europie, wciąż toczy się dyskusja nad kartami praw zwierząt. Ta umysłowa przypadłość dopadła nawet polityków prawicy, którzy chcieli, żeby w polskich chlewach i kurnikach zapanowała praworządność. Nie ma natomiast dyskusji o karcie praw dla nienarodzonych dzieci, które nie potrafią jeszcze mówić i o swoje prawa się nie upomną.

Prawa człowieka, jako doktryna, funkcjonują od 1948 roku, kiedy to Zgromadzenie ONZ przyjęło Powszechną Deklarację Praw Człowieka, przyznającą wszystkim ludziom prawa polityczne, gospodarcze i kulturalne. Prawa człowieka oznaczają równość, wolność sumienia, poglądów i wyznania, prawo do życia.

W czasie głosowania nad Deklaracją Praw, wstrzymało się od głosu osiem państw, w tym Polska i RPA. Kraje Europy Środkowej i Wschodniej nie mogły korzystać z praw człowieka. Niemal do 1956 roku PRL było państwem dyktatury i bezprawia. Odbywały się sądy doraźne i rozstrzeliwania pod wiejskimi chałupami.

Prawa człowieka są w istocie doktryną prawa naturalnego (natural law). Ich źródłem są religijne i quasi-religijne przekonania o naturze człowieka. Z tej natury, z istoty człowieczeństwa, wyprowadzane jest twierdzenie, że człowiek ma prawo do życia i do nietykalności (immunities), co wszystkie rządy i ludzie władzy powinni respektować.

W czasie sierpniowego strajku w Stoczni Gdańskiej, opracowałem hasło – żądanie, przedstawione przez Andrzeja Gwiazdę stronie rządowej: „Żądamy prawa do życia”. To żądanie obejmowało: dostarczanie żywności stoczniowcom, ochronę pracy i środki ochrony osobistej, np. utwardzane nosy butów i maseczki na czas piaskowania blach etc.

Nigdy, w żadnym czasie, nie istniał wspólny dla wszystkich ludzi kodeks wolności obywatelskich. Inne są bowiem źródła praw narodów islamskich, np. Tatarów, Irakijczykow. Inne są źródła praw narodów chrześcijańskich, np. Polaków i Węgrów. Prawa narzucone kulturze przez inną kulturę, zawsze są prawami zaborczymi, bo godzą w suwerenność narodową, w tożsamość religijną.

W przeciwieństwie do praw człowieka, prawa obywatelskie są praktycznymi gwarancjami, które mają chronić obywatela przed niekorzystnymi dla niego działaniami. Prawa te są wytworem historycznego doświadczenia narodów, kultur i ustrojów politycznych. Ich źródła są w prawie zwyczajowym (common law) i w prawie rzymskim (roman law).

Pojęcie praw ludzkich, zwanych naturalnymi, występuje już u Cycerona. W nowszych czasach Pico Della Mirandola wiązał prawa ludzkie z moralnością i z godnością człowieka (human dignity). Locke pisał w „Rozważaniach”: Prawa moralne zostały ustanowione po to, by były uzdą i wędzidłem.

Prawa człowieka trafiły do słownika polityki jako opozycja pojęcia prawa własności (property rights). O prawach tych mówił po raz pierwszy prezydent Woodrow Wilson, a kilkanaście lat później – prezydent Franklin Delano Roosevelt.

Ale to właśnie Roosevelt, wbrew wszelkim prawom i normom moralnym, sprzedał w Jałcie swego sojusznika, Polskę. To umożliwiło sowieckiemu imperializmowi gwałcenie praw człowieka w Europie Wschodniej aż do pierwszych lat dziewięćdziesiątych. Czy ktoś w ówczesnej Europie protestował przeciw pacyfikacji Polski?

Płynęły lata, zmieniały się w Europie i w Ameryce rządy, a Polska, rządzona przez PPR/UB/PZPR/SB była pod sowieckim butem. Owszem, prezydent James Carter powołał specjalne biuro do badania przypadków łamania praw ludzkich i obywatelskich. Biuro interesowało się np. prawami mniejszości seksualnych w Lichtensteinie, ale nie widziało sowieckich i komunistycznych zbrodni w Europie Wschodniej.

Prawa człowieka traktowane były instrumentalnie. Europa dba o prawa człowieka w Polsce, ale sama jest ponad prawem. To Niemcy, Francuzi i Włosi wyhodowali w Moskwie bezkarnego zbrodniarza, Putina. Polska została ukarana za niezamknięcie w ciągu kilku dni kopalni Turów. Ale kraje Zachodu nie mogą zaprzestać kupowania węgla od Rosji w ciągu wielu miesięcy.

Prawo w czasach „interwencji pokojowych” przestało oznaczyć prawo. Bo czym są i czym mogą być prawa człowieka w świecie doraźnych interesów mocarstw? Prawa są zwykłą iluzją, sezonem politycznym, igrzyskiem demagogów.

Ludzie, którzy utrzymują niemoralny porządek – pisał Rassel Kirk – groźniejsi są od wypuszczonych z klatki lwów. Wszystkiego można się po nich spodziewać, bo prawa człowieka są dla nich rekwizytem. Ale rekwizytów nigdy dość. Organizacja Praw Człowieka wprowadziła do języka polityki pojęcie: „wymiar ludzki” (human dimension) praw człowieka. Czy zatem może być wymiar nieludzki (inhuman dimension) praw człowieka?

Podkomisja ds. Mniejszości i Dyskryminacji ONZ przyjęła Deklarację o Minimalnych Standardach Humanitarnego Traktowania. Podkomisja ds. Mniejszości nawet nie wspomniała o funkcjonujących od 1864 roku prawach humanitarnych, zwanych Konwencją Genewską. Prawa te właśnie dotyczą minimum humanitarnego traktowania ofiar wojny, jeńców i cywilów.

Dzisiaj w różnych strefach świata zbrodnia i ludobójstwo są prawami silniejszego. Prawa człowieka ustąpiły przed interesami. Nikt nie ściga zbrodniarzy silnych i wielkich, jak Rosja. Karana jest Polska, bo sędzia T. wciąż nie pracuje. A powinien pracować? W nowej Polsce nikt nie ściga oligarchów. zbrodniarzy komunistycznych. Przed sądami stają ci, którzy są słabi, mali, przegrani i ukradli cukierek za 75 groszy.  

W czasach wojny na Ukrainie, w czasach zbrodni w Chersoniu, Mariupolu i pod Kijowem, porządek moralny i prawny jest oskarżeniem Europy Goethego i Beethovena. Bo inne są prawa i inny ludzki wymiar tych praw w Paryżu, w Berlinie i w Rzymie, inne są prawa Ukraińca, Polaka i Węgra.

Na straży praw człowieka w Tybecie stoją Chiny. To „wewnętrzna sprawa Chin”. Ukraina? Zachód nie będzie się narażał Rosji. Prawa człowieka, wymiar ludzki tych praw – w obliczu dzisiejszych gwałtów, najazdów i zbrodni – są martwe. Powinności człowieka? Jakie są dzisiaj powinności zbrodniarzy wobec zbrodni?

Tworzona jest dokumentacja zbrodni. Ale w Europie mówi się, że trudno będzie udowodnić, że Putin jest zbrodniarzem. Jakże łatwo osadzić, potępić i ukarać Polskę! Niech to będzie ostrzeżeniem dla krajów, które nie są potęgą w Europie. Bójcie się kraje słabe, bez nafty, bez gazu. Bójcie się kraje na skrzyżowaniu interesów wielkich mocarstw.

Elfy, trolle, „Jutrzenka” – Paweł Badzio

0

Pierwsze dni w Polsce po przyjeździe z Ukrainy. W głowie rozmowy przeprowadzone w schronach.  Montowanie kadrów. Wiadomości wysyłane przez Telegram do niedawnych  współpracowników. Reportaż ze Lwowa przesłałem już telewizji.

Po zmontowaniu drugiego filmu miał nastąpić powrót do normalności. Tak się przekonywaliśmy, rozmawiając z ukraińskim producentem i kamerzystą. Rozmowy pokojowe, dlaczego nie? Architektura silnych sankcji. Broń dla Ukrainy. Wycofywanie się Rosjan w kierunku ich granic.

Nic takiego nie następowało. Patrzę na fragment rozmowy nagrany w schronie blisko Żytomierza. Tanykin Wsiewołod, mężczyzna  o wyglądzie inteligenta mówi beznamiętnie:  W Buczy i Gostomlu teraz bardzo trudna sytuacja. Dużo naszych znajomych tam zostało. Nie mamy z nimi kontaktu. Jeden raz tylko udało się dodzwonić i żona wytłumaczyła, jak mogą wejść do naszego domu, żeby wziąć żywność, jakieś jedzenie. Bo oni nie mają  jedzenia.

Zamykam komputer. Otwieram na chwilę radio „Jutrzenka”, o którym nawet nie myślałem na Ukrainie. Niszowe radio, o małym zasięgu, robione właściwie przez trzy osoby, w wolnych chwilach. „Jutrzenka” odwołuje się do tradycji swoich powstańczych  poprzedniczek „Burzy” i „Błyskawicy”.  Nazwę „Jutrzenka” wymyślił jej założyciel,  powstaniec, Andrzej Cielecki, świetny technik i konstruktor.  „Andrzejek” brał udział w Powstaniu Warszawskim w batalionie „Zośka” jako najmłodszy oficer. Został odznaczony m.in. Orderem Virtuti Militari, Orderem Odrodzenia Polski, Krzyżem Walecznych. Pod koniec życia skupiał się na niektórych elementach programu, które były dla niego szczególnie ważne. Umówiliśmy się, że struktura programu „Jutrzenki” zostanie taka sama. Głównie o historii, II wojnie światowej, Powstaniu Warszawskim. Ja miałem być prezesem, bo ktoś musi zając się sprawami formalnymi.

Jeżeli tematyka współczesna, to jaka? Związana z wartościami. Przypomina mi się rozmowa z jednym z braci kapucynów na lewym brzegu Dniepru w Kijowie, w połowie marca. – Tu jest spokojnie – mówił – ale kiedy, podczas nocnego dyżuru  patrzyłem na łuny po drugiej stronie rzeki, myślałem o Powstaniu. To ciągle nieporównywalne. Na szczęście. 

To może dziwne, ale właśnie on zwrócił mi uwagę na  rolę informacji. –To wojna informacyjna –mówił – dzięki wam, świat może się dowiedzieć więcej i właściwie reagować.

Manipulacja to celowe działanie, które ma wywrzeć wpływ na osobę, tak aby przyjęła określony punkt widzenia, żeby zaczęła w określony sposób działać i myśleć. Przedtem jest dezinformacja. Kluczowe jest, aby manipulowany nie był świadomy tego zabiegu.

Przegląd wiadomości agencyjnych pokazuje jedną z depesz: ambasadorowie Polski, Ukrainy, Litwy, Łotwy i Estonii we Włoszech w liście otwartym przestrzegli przed próbami rozpowszechniania rosyjskiej dezinformacji w europejskich mediach, także włoskich. W liście PAP zaapelowali o szczególną uwagę w podejściu do źródeł informacji i ich weryfikowanie.

         Pasmo dotyczące tego, co się dzieje dziś, to tylko dwie godziny programu „Jutrzenki”. Bazuje na podcastach i audycjach znajdywanych w Internecie.         – Jakie są dzisiaj punkty programu – zapytałem właścicielki radia przez telefon, która dopytywała się o moje refleksje po powrocie z Ukrainy. Rzuciłem kilka zdań, po czym dowiedziałem się, że głównym tematem w wieczornym paśmie „Jutrzenki” będzie „Konwój wolności” kanadyjskich ciężarówek. Paraliżowanie stolic było  przez pewien czas ulubioną forma protestu tirowców, którzy byli  przeciwko  obowiązkowi posiadania certyfikatów szczepień przy przekraczaniu granicy z USA. Z czasem przybrało to formę generalnego sprzeciwu wobec covidowych obostrzeń. – Antyglobalistyczne – mruknąłem. Nie lekceważę tego nurtu, który umownie nazywa się antyglobalistycznym. Zalecam jednak ostrożność w przyjmowaniu jego tez. Poza tym prezes , zajmujący się sprawami formalno-prawnymi, nie powinienem ingerować w program.

I nagle okazało się, że w antyglobalistycznym programie poświęconym Kanadzie, znalazły się elementy – bynajmniej nie takie, jak powinny – o wojnie ukraińsko-rosyjskiej. W eter poszedł plik, który nie miał pójść. Andy Choinski, twórca kanału, który robi  go na YouTube, gdzieś w Ameryce,  po przedstawieniu opinii na temat kanadyjskich kierowców, ze swadą cytował ambasadora Rosji przy ONZ i powtarzał argumentację, że Rosjanie, zajmując elektrownie atomowe, chronili świat przed gigantycznym sabotażem ze strony Ukrainy. Dziennikarki z „Dziennika Gazety Prawnej” dopytywały, w jaki sposób ten podcast znalazł się w eterze. Na początku stwierdziłem, że to niemożliwe. Że u nas to niemożliwe. Co się działo później, wiadomo. Przedruk przez Polską Agencję Prasową niewielkiego, ale sensacyjnego  artykułu o „trollach” w „Jutrzence”, spowodował cyklon informacyjny i wszyscy w kraju usłyszeli o warszawskim radiu „Jutrzenka”, ale nie w ten sposób, jak pracujący dla niej ludzie, chcieliby słyszeć.

Mieliśmy wystarczająco dużo refleksu, żeby zablokować powtórki, które funkcjonują automatycznie w radiu „Jutrzenka” i opublikować wyjaśnienie i przeprosiny. Konstrukcja audycji, która została w części  wykorzystana, na szczęście tylko raz,  przez właścicielkę i wdowę po  Andrzeju Cieleckim, stała się obiektem naszych dyskusji, bo była specyficzna – nastawiona jakby na wtrącanie słuchacza w kolejne spirale manipulacji. Komentarzy na naszym funpage’u  przybyło i pojawiła się groźba, że niektóre z nich wzmogą dezinformację. Musieliśmy je zablokować. Zrobiło tak sporo tytułów o znacznie większym zasięgu niż skromna strona „Jutrzenki”. Że niektóre redakcje oparły się w swoich enuncjacjach o audycji tylko na tweetach i tekście PAP, nie starając się o wysłuchanie naszego zdania, to dość typowe. Że starały się o tytuły najbardziej sensacyjne, to też typowe. Ale to też dezinformacja. I trzeba też wiedzieć, że  bezrefleksyjna walka o klikalność napędza tę dezinformację.

Później było tak, jak zawsze.  Następne audycje dotyczyły strategii ukraińskiej armii, Polski w nowej rzeczywistości powojennej, pomocy  dla uchodźców. „Jutrzenka” znowu była tym, czym była: najbardziej patriotyczną stacją wśród małych stacji radiowych. Ale widać elfy przyciągają trolle.

      Ścieżka dźwiękowa stworzona na podstawie rozmów, które przeprowadziłem na Ukrainie miała być tematem audycji w „Jutrzence”. Cytuję jedno pytanie i odpowiedź:

     – Co Pan by chciał powiedzieć tym ludziom, którzy wierzą  rosyjskiej propagandzie, że Rosja chce wyzwolić Ukraińców?

     – Chcę im powiedzieć po rosyjsku, że oni po prostu nie rozumieją, że są zdezinformowani. Dla nich czarne jest białe, a białe to czarne. W Rosji cała rzeczywistość jest odwrócona do góry nogami. Dlatego uważają, że mają rację. I z tym nie można nic zrobić. Bo propaganda w Rosji trwała dziesiątki lat. I oni teraz już nic nie mogą zrozumieć. Cokolwiek bym powiedział, oni powiedzą, że to jest fejk. To nie ma sensu.

A potem warto cytować zdanie, które było wypowiadane wiele razy w czasie rozmów, kiedy rozmówcy upewnili się, że jestem Polakiem:

– Wiele wam zawdzięczamy. Bardzo dziękujemy.

Nie myślałem wtedy, że ich los, a także nasz, zależy tak bardzo od wirów i cyklonów informacyjnych, które mogą być sprawnie uruchomione przez specjalistów od propagandy rozsianych po całym świecie. Musieliśmy zintensyfikować pewne działania, które rozpoczęliśmy kiedyś, choćby rozmowy z Muzeum Powstania Warszawskiego na temat współpracy. I to może okazać się najważniejsze w ostatnich perypetiach „Jutrzenki”.  Ze względu na bezpieczeństwo stacji. I wartość, i wolność przekazu.

ROSYJSCY PISARZE O ROSJI – Artur Adamski

0

Nawet najwięksi luminarze rosyjskiej kultury często nie mogli się powstrzymać przed szczerymi wypowiedziami na temat niewolniczych schematów, w których tkwi umysłowość wszystkich warstw ich narodu, jego zbrodniczych skłonności i powszechności życia w pogardzie dla wszelkich ludzkich zasad.

Mikołaj Gogol szukał przyczyn w sposobie organizacji państwa. W nowelach pisał na przykład, że wynagrodzenia urzędników były często tak niskie, że nie sposób się było z nich utrzymać. Władze jednak się tym nie przejmowały, wiedząc, że i tak większość dochodów każdego urzędnika stanowią łapówki. Podwyżek więc nie dawały, a korupcję tolerowały, co oczywiście przeobraziło całe państwo w jedno wielkie bandyckie monstrum. Jeśli pojawił się ktokolwiek uczciwy – nim zdołał pisnąć, już go wdeptywano w ziemię. I takie stosunki stały się normą wszędzie: w cerkwi, wojsku, policji, gospodarce, a w ślad za nimi w życiu każdej społeczności i każdej rodziny.

Iwan Turgieniew pisał, że Rosjanin to największy i najbardziej zuchwały kłamca na świecie.

Wszechobecną patologię, wrodzoną demoralizację i rozkoszowanie się w wyrządzaniu zła Iwan Szmielow opisywał słowami: Rosjanie to lud, który nienawidzi wolności, uwielbia niewolnictwo, kocha kajdany na swoich rękach i nogach oraz swój własny brud zarówno fizyczny, jak i moralny. I do jednego jest tylko gotów w każdej chwili – do stłamszenia wszystkich i wszystkiego.

Podobnie uważał Fiodor Dostojewski: Rosjanie to naród, który wędruje po Europie i szuka, co by tu można rozwalić, co zniszczyć. I chętnie zrobi to dla samej tylko rozrywki.

 Jakby wtórował mu Maksym Gorki: Najważniejszym sukcesem narodu rosyjskiego jest jego sadystyczne okrucieństwo.

Przez całe swe życie obcował z tym sadyzmem polski pisarz, Ferdynand Ossendowski, dlatego nie zaskoczyła go wszechobecna rzeź, jaka od przewrotu z jesieni 1917 roku stała się codziennością całej Rosji. Znającego ten kraj nie zdziwiło ani to, że po wymordowaniu milionów ludzi powszechnym obrazkiem były wygłodzone i schorowane dzieci, którym zamordowano rodziców ani też to, że decyzją bolszewickiej władzy setki tysięcy (o ile nie miliony) tych dzieci zabito w ramach zarządzonych polowań na ludzi. Setki tysięcy kilkulatków zabito, strzelając do nich jak do kaczek czy szczurów, bez ostrzeżenia. Takim właśnie sposobem rozwiązano wtedy problem bezdomnych, schorowanych i umierających z głodu sierot.

W czasach tych Iwan Bunin pisał: Ze zgrozą myślę o tym, kogo urodzi to pijane krwawe bydło, które przechwyciło władzę w Rosji i o tym, co się będzie działo w Rosji za dwa – trzy pokolenia. Aż strach myśleć, bo jest to przecież przerażająco oczywiste.

Na jakąkolwiek pozytywną zmianę nie miał też nadziei Michaił Sałtykow -Szczedrin piszący: Obudźcie mnie za sto lat i zapytajcie, co teraz robią Rosjanie, a ja wtedy od razu wam odpowiem: to, co zawsze – piją i kradną.

W biografiach Józefa Piłsudskiego często opisywane są jego pobyty w Rosji. Bywało, że w jakimś mieście musiał zmienić pociąg, co dawało szansę spaceru i poznania okolicy. Którymś razem musiał czekać na przesiadkę cały dzień, a było to na dworcu znajdującym się kilka kroków od Kremla. Piłsudski także wtedy wolał jednak cały ten czas spędzić w poczekalni. Pytany o przyczynę miał odpowiedzieć, że Rosję zna tak dobrze, że wszystko, co rosyjskie napawa go odrazą. W wielu też swoich wypowiedziach podkreślał, że istotą rosyjskiej duszy jest bezbrzeżna nienawiść do wolności. I takie jest odwieczne źródło rosyjskiej nienawiści do Polski, takie też, znanej od niezliczonych pokoleń, rosyjskiej żądzy jej zdeptania. Według Piłsudskiego – Polak, choćby i nic nie robił, musi być przez Moskala postrzegany jako wróg. Bo istotą tożsamości Polaka jest wolność, czyli to, co w Rosjanach uruchamia agresję i wolę zniszczenia.

Z każdym sąsiadem trzeba jakoś żyć. Być może też z każdym, pomimo najgłębszych nawet podziałów, da się też znaleźć nić koniecznego porozumienia. W przypadku relacji z Rosją trzeba zastosować stare angielskie przysłowie: Najsolidniejsze płoty budują najlepsze sąsiedztwo.

Znając jednak rosyjską skłonność do wyłamywania płotów wszystkich sąsiadów i napawania się zniszczeniami, tak jak teraz na Ukrainie, musimy być czujni. 

Musimy też mieć pod ręką maczugę, która zapewni  utrzymanie właściwych relacji i  zagwarantuje zachowanie odpowiedniego dystansu.

Pogaduszki z Putinem Albert Łyjak

0

Zbrodnie wojenne na Ukrainie to tragiczne fakty, za które pełną odpowiedzialność ponosi prezydent Rosji, Władimir Putin. Mordy na ludności cywilnej, tortury, gwałty są w rozumieniu prawa międzynarodowego zbrodniami.

Konwencje haskie z 1899 i 1907 roku zostały podpisane przez wszystkie kraje świata. Ustalają reguły i zasady, których muszą trzymać się strony wojny. Jedna z podstawowych zasad brzmi: nie wolno atakować ludności cywilnej. Konkretną definicję zbrodni wojennej przeciwko ludności cywilnej zawiera artykuł 8 Rzymskiego Statutu Międzynarodowego Trybunału Karnego. Opiera się ona na Konwencji Genewskiej z 1864 roku i Konwencjach Genewskich z 1949 roku.

Tymczasem prezydent Francji, Emmanuel Macron, wielokrotnie telefonicznie rozmawiał z Putinem, zabiegając – jak powiedział – m.in. o zawieszenie broni na Ukrainie. Skandaliczne jest takie zachowanie, tym bardziej, że wcześniej Francja złamała embargo na dostawy broni do Rosji.  

– Odpowiedzialni za kontynuowanie dostaw w czasie trwania embarga byli premierzy i rządy za czasów prezydentów Francois Hollande’a i Emmanuela Macrona – ustaliła w dziennikarskim śledztwie Ariane Lavrilleux.

Nic dziwnego, że na te pogaduszki z Putinem ostro zareagował premier Mateusz Morawiecki: – Panie prezydencie Macron, ile razy negocjował pan z Putinem? Co pan osiągnął? Czy powstrzymał pan którekolwiek z działań? Ze zbrodniarzami się nie negocjuje, zbrodniarzy trzeba zwalczać .

     Macron ripostował w wywiadzie dla francuskiego dziennika „Le Parisien”:

Mateusz Morawiecki jest skrajnie prawicowym antysemitą, który wyklucza osoby LGBT – powiedział. Trudno tę odpowiedź odnieść do rozmów z Putinem, że niby on jest LGBT i Żydem? Raczej nie. Jest to ogólnie przyjęta obelga we współczesnym świecie.

Stanowczo zareagował amerykański Rabin Jacob Shmuel „Smukle” Boteach, który napisał na Twitterze: Macron, nazywając premiera Polski, Mateusza Morawieckiego, antysemitą, podczas gdy jego kraj przyjął 2,5 mln uchodźców, w tym wielu Żydów, jest obrazą dla przyzwoitości. Świat ma prawo kwestionować to, co negocjacje z Putinem przyniosły poza wzrostem barbarzyństwa. Znam polskiego premiera Mateusza Morawieckiego, gościłem go w Nowym Jorku i widziałem się z nim w Warszawie. Nazywanie go przez Macrona antysemitą, zwłaszcza, gdy jest zaangażowany w jedną z największych humanitarnych akcji ratunkowych naszych czasów, jest niedopuszczalnym kłamstwem i oszczerstwem.

     Odwieczne oskarżanie Polaków o antysemityzm, nawet w sporach, w których o Żydach się nie wspomina, staje się z braku argumentów normą. Warto przytoczyć zapomniane już słowa Lecha Kaczyńskiego do izraelskiej minister, Juli Tamir na temat łatki Polaka-antysemity:

Wie Pani, dlaczego przed wojną było tak wielu Żydów w Polsce? Bo Polacy zaakceptowali Żydów i przyznali im prawa, których nie mieli w innych krajach. W Polsce były miasta i miasteczka, w których Żydzi stanowili większość. Tysiąc lat wspólnej historii żydowsko-polskiej, co pani wie o tym? […] Rozumiem ogromną potrzebę wyparcia ze zbiorowej świadomości pamięci to, co się wydarzyło, ale w końcu wybaczyliście Niemcom. Wybaczyliście im, ponieważ mieli pieniądze, by zrekompensować wasz ból. My byliśmy biedni. Żyjąc pod sowieckim butem nie mogliśmy nic wam zaoferować, a wy cynicznie skierowaliście ogień oskarżeń na Polskę. Wysyłacie swoich uczniów do Polski, chodzą po naszych ulicach, machają izraelskimi flagami, zioną nienawiścią i strachem. Patrzą na nas, jak gdyby zobaczyli diabła, a potem udają się do Berlina, aby tam się bawić. I oni są szczęśliwi w Berlinie, siedzą w kawiarniach niedaleko siedziby Gestapo i czują się komfortowo. W Niemczech widzą kulturę i sztukę, u nas widzą tylko martwe ciała. To wy piszecie historię na nowo.Widzimy, że obok pełnoskalowej wojny na Ukrainie, trwają także wojny bezkrwawe i ukryte. Bezlitosne wojny własnych interesów.                 

Wspomnienie o Tadeuszu Solskim – Andrzej Manasterski

0

Gdyby nie II wojna światowa i zmiany terytorialne, które były jej wynikiem, Tadeusz Solski zapewne by żył i działał we Lwowie, swoim ukochanym mieście. Bo „Lwowianin jest opętany przez wielką czarownicę: przez duszę Lwowa. Mury są prześliczne, położenie wspaniałe, bo Lwów naprawdę przypomina Florencję”, jak pisał Kornel Makuszyński w swoich Kartkach z kalendarza, wydanych w 1939 roku. Podobnie Tadeusz Solski, chociaż kilkakrotnie ze Lwowa wyjeżdżał, by w końcu na zawsze opuścić swoje miasto w 1946 roku, zawsze do niego wracał – jeśli nie ciałem, to chociaż w myślach.

Urodził się 7 marca 1884 r w Bóbrce koło Lwowa. Po studiach prawniczych na Uniwersytecie Lwowskim, w 1910 roku rozpoczął pracę w lwowskiej siedzibie Banku Krajowego. Był pracownikiem niezwykle skrupulatnym i obowiązkowym, awansował po szczeblach drabiny bankowej. Po wyjeździe ze Lwowa w 1946 roku, Tadeusz Solski pracował w krakowskim i bydgoskim oddziałach banku, łącznie ponad 33 lata. W 1949 roku zdecydował się wyjechać do Wrocławia i tu przyjąć posadę kierownika w Gabinecie Grafiki w Zakładzie Narodowym im. Ossolińskich, w której pracował do 1960 roku. Pasją Tadeusza Solskiego była numizmatyka, medalierstwo, bibliofilstwo. Posiadał największy prywatny w Polsce zbiór exlibrisów, liczący 14 tysięcy sztuk. Do tego liczna fachowa literatura, zbiory graficzne, w tym kartki pocztowe i grafika. Solski był nie tylko kolekcjonerem, ale i zajmował się prowadzeniem badań i publikowaniem swoich wyników z zakresu numizmatyki oraz bonów wojennych min. w „Zapiskach Numizmatycznych”, w których od 1925 r. był członkiem Zarządu Redakcji.

W zbiorach wrocławskiego Ossolineum znajduje się wiele pamiątek po Solskim. Z Ossolineum był związany od początku wieku, kiedy pełnił funkcje skarbnika w Towarzystwie Przyjaciół Ossolineum. W czasie sowieckiej okupacji podczas II wojny światowej pracował jako wolontariusz przy opracowaniu i porządkowaniu zbioru exlibrisów. Po wojnie, jako etatowy pracownik, organizował wystawy, przygotowywał prelekcje, pisał artykuły. W końcu przekazał większość swych zbiorów Zakładowi. Wśród nich znajduje się portret wąsatego, sztywno patrzącego w dal młodego mężczyznę, narysowany czarną kredką. To portret samego Tadeusza Solskiego, namalowany w Wiedniu przez miejscowego artystę amatora, Hansa Allmayera (1877 – 1955). To dość ciekawe dziełko, jedyne tego autora w zbiorach Ossolineum, bowiem Allmayer zajmował się głównie psaligrafią, czyli wycinaniem i tworzeniem kompozycji z papieru. Prezentowany portret pochodzi z 1914 roku, pierwszym roku Wielkiej Wojny. Tadeusz Solski wraz z małżonką oraz córką znaleźli się w mieście po wyjeździe z terenów ogarniętych wojną. Na początku września armia austro węgierska wycofała się na wschód, oddając Rosjanom min. Lwów. Galicja do maja 1915 roku znajdowała się pod okupacją rosyjską. Solscy w Wiedniu co najmniej do wiosny tego roku. Na podstawie zachowanej korespondencji, min. z numizmatykiem prof. Marianem Gumowskim, można wnosić, że nie był to zbyt swobodny pobyt. Solski w listach prosił Gumowskiego min. o przesłanie literatury z numizmatyki oraz „paru książek beletrystycznych dla mnie, więc jakichkolwiek”. Rodzinie nie sprzyjały wiedeńskie warunki atmosferyczne, o których pisał: „klimat obrzydliwy – dotychczas przeciętnie po 10 stopni ciepła, ustawiczne wiatry lub mgły jak w Londynie i deszcz. Przecież ta nasza Galicja to nie tak podły kraj, dotychczas myśleliśmy.” Solski, oprócz pracy nad numizmatyką i bonami wojennymi, w Wiedniu zbierał materiały o działalności legionowej. Bogaty zbiór prawdopodobnie został w zbiorach rodzinnych.

W okresie międzywojennym Tadeusz Solski aktywnie uczestniczył w życiu lwowskiego środowiska bibliofilskiego. Należy w tym miejscu zaznaczyć, że Lwów był jednym z trzech głównych ośrodków bibliofilskich w Polsce międzywojennej, obok Warszawy i Krakowa. I największym ośrodkiem w Galicji. Liczne antykwariaty i księgarnie prowadzone przez Żydów i Polaków, świetna i wielopłaszczyznowa działalność Towarzystwa Miłośników Książki, powstała w 1925 r., środowisko badawcze skupione wokół Ossolineum – to wszystko dawało ten specyficzny klimat, który był charakterystyczny dla ówczesnego bibliofilstwa we Lwowie. O tych klimatach wspominał wiele lat temu, dzisiaj w nieco zapomnianej książce „Ze wspomnień bibliofila” Mieczysław Opałek, wydanej w 1960 r. Tam postać Tadeusza Solskiego wielokrotnie przewija się, jako sprawnego i oddanego przyjaciela wielu inicjatyw. Oprócz wspomnianej już wyżej działalności, brał czynny udział w pracach Towarzystwa Numizmatycznego, Polskiego Towarzystwa Historycznego, Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych. Po wojnie był współpracownikiem Komisji Bibliografii i Bibliotekoznawstwa, Komisji Historii Sztuki, był współzałożycielem i skarbnikiem Wrocławskiego Towarzystwa Miłośników Książki. Jako jeden z nielicznych otrzymał honorowe wyróżnienie – nadanie Orderu Białego Kruka, nadawane szczególnie zasłużonym bibliofilom.

Tadeusz Solski zmarł 9 marca 1966 roku. W maju 1967 roku, Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych i Towarzystwo Miłośników Wrocławia przygotowało, a w 1968 roku wydało tekę złożoną z 20 exlibrisów, wykonanych dla Tadeusza Solskiego przez grafików. Teka została wydrukowana w ilości 150 numerowanych egzemplarzy na czerpanym papierze. Wydanie było hołdem złożonym w pierwszą rocznicę śmierci zasłużonemu badaczowi i kolekcjonerowi exlibrisów. Tę dziedzinę kolekcjoner traktował ze szczególną troską. W jego zbiorach znajdowały się zarówno unikatowe egzemplarze pochodzące z XVI wieku, jak i czasów współczesnych zbieraczowi. Kwestią drugorzędna była technika wykonania, zbieracz każdy egzemplarz traktował jak dzieło epoki z której pochodził.

W biegu wydarzeń dziejowych, nie możemy zapominać o wkładzie ludzi, którzy w ten bieg dołożyli swoją cegiełkę. O takich postaciach, jak Tadeusz Solski jest cicho, tak jak w ciszy pracował, by jak najwięcej wydobyć z przeszłości wiedzę i zachować ją dla potomnych. A Tadeusz Solski, który swoje ostatnie lata związał z Wrocławiem, nie ma nawet swojej ulicy w tym mieście.

CLAUSEWITZ MUSI UMRZEĆ W SERCU POLITYKI – Prof. Ilya Kononov, (Ukraina)

0

Agresję reżimu Putina na Ukrainę należy interpretować jako poważne ostrzeżenie dla całego świata. Żołnierze ukraińscy wykazali się umiejętnością walki z jedną z najsilniejszych armii na świecie.

      Przywództwo państwa ukraińskiego nie traci nadziei i liczy na pomoc Zachodu. Prezydent Zełenski wielokrotnie prosił NATO i Stany Zjednoczone o zamknięcie nieba nad Ukrainą. Spotkał się z odmową, co wywołało rozczarowanie i niechęć na Ukrainie. Zachód jest gotowy dawać broń, nieść pomoc humanitarną i przyjmować ukraińskich uchodźców. Za to wszystko Ukraińcy są szczególnie wdzięczni Polsce. Stany Zjednoczone obiecują, że będą pomagać w organizacji wojny partyzanckiej na Ukrainie. Ale to nie pociesza, bo przy takim rozwoju wydarzeń nasz kraj zamieni się w namiastkę współczesnej Libii. Dla europejskich sąsiadów będzie to wtedy długotrwałe zagrożenie.

       Ogólnie sytuacja  nie  dobrze przemyślana, co powoduje zamieszanie i nieskuteczne działania przywódców politycznych. Wydaje mi się, że obecną wojnę rosyjsko-ukraińską należy analizować na tle obecnego stanu cywilizacji ludzkiej.

      W światowej p[olityce powszechnie akceptowana była formuła Clausewitza, zgodnie z którą wojna jest kontynuacją polityki innymi środkami, z użyciem otwartej przemocy. Clausewitz sformułował ten wniosek na podstawie doświadczeń wojen napoleońskich, które były na ogół prowadzone w sposób trynitarny. Istniał wyraźny podział na dwie walczące strony i ludność cywilną. Były oczywiście wyjątki (Hiszpania, Imperium Rosyjskie). Na ogół jednak wojny nie wiązały się z groźbą całkowitej eksterminacji ludności cywilnej.

      Formułę Clausewitza należało poddać krytyce po teorii wojny totalnej Ludendorffa i prawdziwej wojnie totalnej Hitlera. Jednak tak się nie stało.

      Agresja Federacji Rosyjskiej na Ukrainę pokazuje, że w tej chwili formuła Clausewitza stała się zagrożeniem dla istnienia ludzkości.

      Nawet jeśli strona, która rozpętała konflikt, miała racjonalne argumenty  za realizacją swoich interesów, przekreśliła aktem agresji. Wojna zmienia agresora w przestępcę, dla którego nie ma usprawiedliwienia. Krzyczą o tym ofiary Charkowa, Mariupola, Czernihowa, Sum i innych ukraińskich miast.

       Taka jest logika wojny. Jeżeli armia kraju poddanego agresji stawia zdecydowany opór, to cała niszczycielska siła agresora uderza w ludność cywilną. Metropolie stają się głównym obiektem ataków. Są niszczone przez potężną broń. Setki ich mieszkańców giną lub odnoszą rany. W osiedlach szybko dochodzi do katastrofy humanitarnej. Niszczone są zabytki kultury.

     Ponadto wojna grozi całemu światu katastrofą atomową. Świadczy o tym sytuacja wokół elektrowni jądrowej Zaporoże.

      Agresor nie może z honorem wygrać takiej wojny. Nawet jeśli osiągnie swoje cele, pozostaje przestępcą dla całego świata, podlegającym sądowi karze.

      Ważne jest również to, że we współczesnym świecie nie ma konfliktów całkowicie lokalnych. Lokalne konflikty (jeden z nich tli się od 2014 roku w Donbasie) powstają na przecięciu interesów głównych graczy geopolitycznych. Ci drudzy szukają słabości swoich przeciwników na „wielkiej szachownicy” Brzezińskiego. Obecna wojna między Federacją Rosyjską a Ukrainą z całą mocą pokazała niebezpieczeństwo zamrożonych konfliktów, niebezpieczeństwo długotrwałego istnienia politycznych efemeryd satelickich reżimów nieuznawanych „państw”. Lokalne konflikty kryją groźbę przekształcenia się w wielkie wojny. Są zapalnikami wojny światowej.

      Wszystko to prowadzi do wniosku, że wojna musi być teraz usunięta z arsenału polityki. Pytanie brzmi, jak można to zrobić. W ostatniej dekadzie wypadki potoczyły się w przeciwnym kierunku. Po zakończeniu wojny rosyjsko-ukraińskiej będzie konieczne zorganizowanie międzynarodowej konferencji na temat systemu bezpieczeństwa powszechnego. Doświadczenie pokazuje, że nie można zagwarantować bezpieczeństwa w systemie bloków. Bloki wojskowe są materialną infrastrukturą do przygotowania przyszłych wojen.

      Konieczne jest stworzenie rygorystycznej kontroli broni jądrowej z perspektywą jej zniszczenia. Należy sporządzić konwencję o niedopuszczalności działań wojennych w pobliżu elektrowni jądrowych.

      Świat musi także przemyśleć niektóre koncepcje, które stały się podstawą nowoczesnego myślenia politycznego. To dotyczy prowadzenia wojny hybrydowej. Ta metoda podważa zaufanie między krajami, zamienia światowy system polityczny w serpentarium. Oczyszczenie świadomości z trujących pojęć powinno być warunkiem międzynarodowych konferencji na temat bezpieczeństwa globalnego. Świat stoi przed groźbą całkowitego zniszczenia nie tylko ludzkości, ale i całej biosfery.

Nie można tolerować nieodpowiedzialnych polityków ani narodowych egoistów.

UKRAINIE ŚWIECZKĘ, ROSJI OGAREK – Michał Mońko

0

U mnie, na Podlasiu, wielka mobilizacja dla Ukrainy. Na Podlasiu? Nie tylko na Podlasiu, ale w całej Polsce od Bieszczad po Szczecin, od Gdańska po Sudety. Młodzi i starzy pomagają Ukraińcom. Tu, na drogach, samochody, czołgi, a w powietrzu samoloty, helikoptery. Wojna. Słyszę wojnę każdego dnia. Od granicy idą uchodźcy, płaczą dzieci, płaczą matki z dziećmi na rękach.

A w gazetach – opinie o wojnie, komentarze. Szukanie środka prawdy, gdy prawda jest po stronie Ukrainy. Media powinny mówić językiem św. Mateusza: „Tak, tak – Nie, nie” (Mt 5, 17-37). A w tygodniku „Sieci” kilkanaście opiniujących artykułów i obszerny wywiad… z Siergiejem Andriejewem, ambasadorem Rosji w Polsce! Nie ma rozmowy z ambasadorem Ukrainy w Polsce. Nie ma rozmowy z premierem Mateuszem Morawieckim. Nie ma reportaży o Ukrainie i o Rosji w dniach wojny. Tygodnik „Sieci” zapala świeczkę Ukrainie, a ogarek Rosji.

Tymczasem Rosja walczy z Ukrainą na sposób Mongołów, którzy napadając na grody i wsie, stosowali podchody oparte na kłamstwie, na omamieniu, na działaniu na mózg i wolę. W końcu wyciągali broń z kupieckich wozów, spod skór i wojłoków i, stosując nieznane w Europie formy walki, stawali się okrutnymi najeźdźcami. Ten sposób wojowania nazywa się dziś wojną hybrydową.

Nowym wojnom poświęcony był referat generała Walerego Gierasimowa, wygłoszony 26 stycznia 2013 roku na posiedzeniu Akademii Nauk Wojskowych w Moskwie. Gierasimow stwierdził, że wojnę hybrydową wyprzedza propaganda, której zadaniem jest skategoryzowanie wroga, co oznacza zwykle odczłowieczenie. O odczłowieczaniu wroga pisał Sam Keen, filozof i religioznawca, wykładowca uniwersytecki, współautor dokumentalnego filmu „Faces of the Enemy”:

Najpierw kreujemy wroga. Obraz wyprzedza broń. Myślimy o kimś na śmierć, zanim wymyślimy pociski, którymi zabijemy na śmierć. Propaganda wyprzedza technologię wojny. Odczłowieczony obraz Ukrainy wyprzedził uderzenia rakiet w Kijów.

Turcja, na wieść o wojnie na Ukrainie, miała zamknąć cieśniny, ale mimo prośby prezydenta Zełenskiego, nie zamknęła cieśnin. Bo podobno „nie jest pewna, czy wojna na Ukrainie to wojna”. Przed ośmioma laty, gdy Rosja zajmowała Krym i Donbas, działania Rosji były klasyczną wojną hybrydową. Ale dzisiaj mamy na Ukrainie klasyczną wojnę frontalną z użyciem rakiet i czołgów.

Każda wojna wykorzystuje propagandę. Można nawet powiedzieć, że propaganda jest paliwem wojny. „Lejcie naftę, a wojna sama wybuchnie” – mówił Dostojewski. Ameryka przegrała wojnę w Wietnamie, bo miała fatalną propagandę. Rosja wygra z Ukrainą, jeśli wygra z Europą na froncie propagandy. Czy wygra, zależy nie tylko od gościnności Polaków, ale przede wszystkim od mediów w Polsce.

Podstawą skutecznej propagandy jest wiarygodność nadawcy. Czytelnik tygodnika „Sieci” albo tygodnika „Do Rzeczy” wie, że przeglądając konserwatywne stronice, odsłania prawdę. Zanurza się w idee patriotyzmu, niepodległości, religii. Czyżby? Gdy w 2014 roku Rosja anektowała Krym i Donbas, tygodnik „Do Rzeczy” opowiadał się za Rosją. A przecież agresorem była Rosja, a nie Ukraina!

 W numerze „Do Rzeczy” nr 38 z 15-21 września 2014 roku, między tekstami pachnącymi wolnością i patriotyzmem, wybija się tekst red. Łysiaka, kwestionujący prawo Ukrainy do niepodległości! Propagandysta od „łysej prawdy”, zapowiedziany jest na pierwszej stronie: „Przestańcie popierać Ukrainę!” Na okładce obraz: Łysiak oddziera flagę biało-czerwoną od flagi niebiesko-żółtej.

 W środku tygodnika – tekst: „Muzyczka Majdanu”. Tekst doskonale zilustrowany aż trzynastoma zdjęciami! A zatem towar rynkowy, daleki od prawdy, bliski kasy. Na kupieckim wozie „Do Rzeczy” nr 38 jest tekst: „Co możemy zrobić dla Ukrainy”. Ale już obok jest kontra: „Polacy nie chcą umierać za Kijów”. To przypomina tytuł „Umierać za Gdańsk (Mourir pour Danzig), drukowany w sierpniu 1939 roku przez Marcela Déata w piśmie „Oeuvre”.

Tygodnik „Do Rzeczy” z czasów pierwszej rosyjskiej agresji robi wrażenie przedruku z rosyjskich szmatławców. Potwierdzają to śródtytuły red. Łysiaka: „Mord założycielski”; „Brunatny sektor”; „Gdzie Rzym, gdzie Krym”. Łysiak pisze niczym Putin, że „celem Majdanu było obalenie Wiktora Janukowycza, szczerego przyjaciela Polski”.

Dzisiaj, w marcu 2022 mamy drugą wojnę przeciw Ukrainie. Tym razem jest to wojna frontalna, a nie hybrydowa. Ta wojna w szczególny sposób wspierana jest przez propagandę rosyjską, serbską, chińską i syryjską. Tygodnik „Sieci”, podobnie jak tygodnik „Do Rzeczy”, jest za, a nawet przeciw. Mamy tu, używając kuchennych określeń, pełny garnek sprzeciwu i szczyptę akceptacji.

Skąd się bierze w konserwatywnych tygodnikach niemożność jasnego odróżnienia dobra od zła i jasne odróżnienie kasy od płyty chodnikowej? W tygodnikach konserwatywnych panuje duch PZPR. Oto funkcjonariusze dawnej PZPR, a także dzisiejszej SLD, związani z tygodnikiem „Do Rzeczy” i z tygodnikiem „Sieci”, opowiadają się za rozmowami z ambasadorem Rosji w Polsce. Chcą drukować wypowiedzi ambasadora Rosji. Chcą pokazywać dostojne wizerunki ambasadora Rosji. Nawet są za tym, żeby siedzieć z ambasadorem Rosji przy jednym stole w ambasadzie Rosji!

Cynizm? Upadek moralności? Nie. To potwierdzenie moralności socjalistycznej, czyli sytuacyjnej na prawicy. Tu zacytuję prof. Annę Pawełczyńską, która już w 1990 roku przewidywała: Wspomni pan moje słowa. Niedługo, za dziesięć, piętnaście lat, Polska będzie prawicowa, ale bez prawicy. Media będą prawicowe, ale… bez prawicy.

Słowo „ale” jest spójnikiem, który wyraża zdumienie. Okazuje się, że prawica bez prawicy to nie oksymoron, to fakt. Ta prawica to jednak nie prawa lewica, a lewica lewa. Patrzę i widzę, jak z okazji rocznicowych wydarzeń dziennikarze, także politycy, stają do selfie na tle nie swojej historii.

Ten w środku, to dawniej grupowy partyjny w TVP. W czasach PRL dorobił się w TVP willi pod Warszawa. Na lewo stoi komentator telewizyjny, umocowany w komunistycznej rodzinie. Nazywają go kolekcjonerem motocykli. Tamten to w czasach PRL sekretarz KC i żeby tylko. W środku, ale w drugim rzędzie, widzę oficera LWP. To on płakał, gdy ostatni sekretarz KC, Rakowski, zakrzyknął: „Sztandar wyprowadzić!” Ta zaś z prawej była główną lektorką TVP, po roku 1989 działaczką SLD.

Dzisiaj ten i tamten, wcześniej w PZPR, robią w prawicowych mediach, ba! robią te media, kierują mediami. Pracują w tygodnikach opinii prawicowej, a nawet konserwatywnej. Główna lektorka TVP, zwana lwicą lewicy, czyli Aleksandra Jakubowska, była twarzą odchodzącej do historii PZPR. Tacy jak ona w latach dziewięćdziesiątych robili lewicowe porządki w mediach elektronicznych i drukowanych.

Na progu nowej Polski lwica lewicy została rzeczniczką Józefa Oleksego. Następnie była rzeczniczką rządu Włodzimierza Cimoszewicza. Była wiceministrem kultury i Generalnym Konserwatorem Zabytków w rządzie Cimoszewicza. Była szefową gabinetu Leszka Millera. Była członkiem Zarządu Krajowego SLD. Była wreszcie zastępczynią sekretarza generalnego SLD i wiceprzewodniczącą SLD! Jest dzisiaj, od 22 lutego 2018 roku, dziennikarką konserwatywnego tygodnika „Sieci”.

Jakubowska reprezentuje dziś prawicę. Jest dziennikarką „Sieci”, portalu wPolityce i kanału wPolsce. Twarz lwicy nie jest zakryta czadorem.

 Obok lwicy lewicy pracuje w konserwatywnym tygodniku były sekretarz KC, Marek Król! Pracuje też kandydatka SLD na prezydenta RP, Ogórek, niedawno współpracowniczka Leszka Millera. Były grupowy partyjny TVP śmieje się na wspomnienie PRL. Zawsze się śmiał i za to mu płacili.

Dawniej sekretarz gdańskiego „Czasu” – robi w mediach. Bywa ministrem, prezesem, także przewodniczącym i bliskim dzisiejszej prawicy rządzącej. Są jeszcze dziennikarze, którzy lewitowali w wehikule prawdy, czyli w „Gazecie Wyborczej”. Teraz nie lewitują, zaplątali się w „Sieci”. W konglomeracie medialnym braci Karnowskich mogą drukować działacze partii komunistycznej, emerytowani i nieemerytowani dziennikarze „Gazety Wyborczej”. A jeśli ktoś nie był działaczem PZPR albo SLD, to co może? Nic nie może.

Niektórzy, wspominając dziś PZPR, uśmiechają się, nawet mrużą jedno oko. I cichutko snują barwne opowieści o opozycji w PZPR. Opowieści o Wallenrodach partii. Byli opozycją trochę jawną i trochę niejawną. Prawda to czy fałsz? To, oczywiście, błazenada. Partia była ciasnym wybiegiem, w którym szczury obgryzały sobie ogony i uszy. Nie miało to nic wspólnego z opozycją.

Nie pamiętacie? Już w roku osiemdziesiątym partyjne szczury z poobgryzanymi ogonami zaczęły uciekać przez ideologiczny płot. Każdy, kto po roku 1980 wstąpił do PZPR, musiał wiedzieć, że partia zalatuje trupem, a komunizm to cmentarz ideologii i trzeba uciec za ideologiczny płot. Zaczęło się niszczenie śladów propagandowej roboty strażników PRL. Paliły się archiwa, paliły się wiersze unurzane we krwi, niekiedy teksty były jedzone bez popijania!

 Ale byli i tacy, którzy walczyli o przetrwanie PZPR do końca istnienia tej partii. Taki był Piotr Gabryel, zapalczywie lewicowy, a dziś prawicowy zastępca redaktora naczelnego prawicowego tygodnika opinii „Do Rzeczy”. Gabryel skończył Szkołę Podchorążych Rezerwy LWP i Centrum Szkolenia Oficerów Politycznych im. Ludwika Waryńskiego. Na odcinku dziennikarstwa zaistniał jako laureat konkursu „PZPR kierowniczą siłą narodu”.

Był doprawdy bijącym sercem partii. Łączył w sobie partyjną żarliwość i wojskową dyscyplinę. Obsługiwał ostatni X zjazd partii komunistycznej w Warszawie. Po roku 1990 przełożył nogę przez ideologiczny płot i jak szczur uciekał na prawą stronę, nawet do Kościoła. Partia odeszła, ale żołnierze partii zostali. Trudno pozbyć się wytrenowanych w PZPR/SLD nawyków.

W 1990 roku Gabryel został zastępcą redaktora naczelnego „Wprost”, a następnie naczelnym „Wprost”. Tygodnik atakował rządy premiera Olszewskiego. Na okładce „Wprost” pojawiła się twarz premiera z napisem na czole: „NIENAWIŚĆ”. Prawica ceniła Gabryela. Był on dwukrotnie członkiem Rady Programowej PAP. Od roku 2007 w „Rzeczypospolitej” został szefem działu krajowego, a następnie zastępcą redaktora naczelnego „Rzeczypospolitej”. Po latach tułaczki po medialnych bezdrożach, Gabryel osiadł w 2013 w konserwatywnym tygodniku „Do Rzeczy”.

Gabryel miał swój udział w redagowaniu tygodnika nr 38 z 15-21 września 2014. Był to atak na Ukrainę. Jakie prawicowe wartości wnosi Gabryel?

Osiem lat od wojny hybrydowej Rosji na Krymie i w Donbasie, mamy wojnę frontalną przeciw Ukrainie. Wojna anektuje media. Dobrze sprzedane kłamstwo staje się prawdą. Mistrzowie kłamstwa wiedzą, że kłamstwo najlepiej smakuje, gdy jest przyprawą w garnku prawdy jak pieprz albo sól. To dotyczy szczególnie tygodników opinii. Na garnek pachnącej niezależności i patriotyzmu wystarczy zaledwie szczypta słonej albo pieprznej propagandy. I kłamstwo zmienia się w prawdę.

No i znawcy przedmiotu stosują się do tej zasady. Po zdjęciu pokrywki garnka pojawia się okładka „Sieci” nr 9 (483) z 22 lutego, a na okładce tytuł: „Rosja zaatakowała. Ukraina Walczy”. Trzeba zamieszać w „Sieci”, żeby pokazały się tytuły, pachnące wolnością, niezależnością myśli, patriotyzmem i polskim punktem widzenia: „Kopnąć europejski stolik” albo „Polska odsiecz”.

Gdy po raz drugi mieszamy w „Sieci”, próbując kuchni Karnowskich, wyczuwamy na języku lekką słoność i czarny pieprz: „Rosjo, dlaczego to robisz?” To wywiad Jacka i Michała Karnowskich z Siergiejem Andriejewem, ambasadorem Rosji w Warszawie. Wywiad jest punktem widzenia rosyjskiego agresora. Najważniejsze stwierdzenia ambasadora redaktorzy umieścili w ramkach! To uderza w mózg.

No i mamy trzy zdjęcia – dwa przy stole: ambasador Andriejew z braćmi Karnowskimi i jedno zdjęcie ambasadora na tle portretu Putina. Obok, na sąsiedniej stronie, zdjęcie poświęcone Żołnierzom Wyklętym i tytuł: „Ocalić od zapomnienia”. A na ostatniej stronie podliz w stylu Karnowskich. Zapowiedź Gali z udziałem Jarosława Kaczyńskiego, Człowieka Wolności.

No i jest wszystko – wszystko od strony politycznej, od strony finansowej, od strony propagandowej. Nie jest wszystko od strony moralnej. Zdaje się, że ktoś napił się szaleju. Hybrydowa propaganda wspomaga hybrydową wojnę. Kompletny brak wyczucia sytuacji. Z warsztatu dziennikarskiego trója na szynach, z etyki dziennikarskiej pała.

Mongołowie, prekursorzy wojny hybrydowej, przed każdą bitwą dostawali do wypicia napar z odurzających ziół. Można by dziś powiedzieć, że kiedy atakowali, byli „na haju”. Czy zatem „na haju” była w 2014 roku redakcja tygodnika „Do Rzeczy”? Czy na haju są w 2022 roku bracia Karnowscy? Trudno to sprawdzić, bo tygodnik Lisickiego i tygodnik Karnowskich umykają trzeźwym osądom.

Czemu bracia Karnowscy rozmawiają z ambasadorem Rosji, a nie z ambasadorem Ukrainy? Bo bliżej im do ambasadora Rosji. Gdy wszyscy odwracają się od Rosji, redaktorzy „Sieci” się nie odwracają. Gdy wszyscy, cały świat, pluje na Rosję, redaktorzy „Sieci” siadają z ambasadorem Rosji do rozmowy! Czemu siadają z Rosją? Bo to zgodne z duchem, jaki panuje w konserwatywnym tygodniku „Sieci”.

Historia żąda od funkcjonariuszy PRL, aby sprostali moralnej powinności i wskrzesili w sobie poczucie wstydu. Moralna powinność? Czy jest powinność moralności socjalistycznej? Herbert pisał: „Nie istnieją porządni członkowie partii, bo jeśli nawet nie robili krzywdy swym współobywatelom, to na pewno krzywdy te pokrywali milczeniem. Nie żądam głów, myślę natomiast, że domaganie się przez skrzywdzone społeczeństwo moralnego zadośćuczynienia jest niezbędnym warunkiem zdrowia społecznego”.

Dawni funkcjonariusze, zapiekli komuniści PRL, należą dzisiaj do najbardziej karnego i posłusznego zastępu prawicy. Ale karność i posłuszeństwo nie wystarczają, gdy chodzi o wartości rzeczywiście konserwatywne.

Gdyby komuniści wskrzesili odrobinę wstydu, mogliby wypalić w sobie polityczną i moralną zgniliznę. To na początek. Później konieczna jest głośna spowiedź przed Narodem. Nie powinno to być trudne, bo dawni funkcjonariusze PRL, a dziś szermierze prawicy, podają się za gorliwych chrześcijan i ludzi Kościoła. Chrześcijanie zaś dobrze znają pojęcie nawrócenia i rozliczenia się z grzechów, także politycznych.

Rycerze Matki Boskiej Częstochowskiej- Albert Łyjak

0

Jasna Góra od wieków jest dla nas miejscem świętym. Czytając teksty o Jasnej Górze Jana Pawła II czy kardynała Stefana Wyszyńskiego, widzimy, że oni odnoszą się wprost do Jasnej Góry jak do miejsca, w którym się koncentrują i realizują nasze narodowe wartości. Tutaj są wciąż aktualne, bardziej odczuwalne i bardzo intensywnie się ucieleśniają. O tym świadczy historia Jasnej Góry, a także wartość duchowa, jaką nadał jej polski naród.

Właśnie tu 1 marca, w Narodowym Dniu Pamięci Żołnierzy Wyklętych, odbyła się w Sali Rycerskiej uroczystość przyznania Ojcu prof. dr hab. Eustachemu Rakoczemu Szabli Honorowej Rycerza Matki Boskiej Częstochowskiej, którą ufundowała Fundacja Internowani i Więźniowie Polityczni w PRL na czele z przewodniczącym dr inż. Kazimierzem Krasiczyńskim. Honorową szablę otrzymał również medalier, Wiesław Kulej.     

Ojciec Eustachy jest znany w środowiskach kombatanckich jako Jasnogórski Kapelan Żołnierzy Niepodległości. Z Jasnej Góry duszpastersko posługiwał sędziwym Weteranom Wojska Polskiego, Legionistom Józefa Piłsudskiego, Powstańcom Wielkopolskim, Żołnierzom Armii Krajowej oraz Żołnierzom Batalionów Chłopskich. Ostatnio został Kapelanem Towarzystwa Pamięci Powstania Wielkopolskiego 1918/1919. To on odprawił pierwszą mszę poświęconą Żołnierzom Wyklętym w Katedrze Polowej Wojska Polskiego w Warszawie. Wiele lat musiało upłynąć, aby środowiska kombatanckie, liczne organizacje patriotyczne, a przede wszystkim przyjaciele i rodziny doczekały się dnia poświęconego pamięci Żołnierzy Wyklętych. Prezydent Lech Kaczyński, korzystając ze swego konstytucyjnego uprawnienia do inicjatywy ustawodawczej, w 2010 roku złożył na ręce marszałka Sejmu projekt ustawy o ustanowieniu Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych jako święta państwowego, które będzie obchodzone 1 marca każdego roku. Sejm uchwalił tę ustawę 3 lutego 2011 r., już po śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

       Przewodniczący Fundacji, Kazimierz Krasiczyński, powiedział:

     Ojciec Eustachy opiekuje się od dawna żołnierzami II wojny światowej, żołnierzami Polski Podziemnej, a także Żołnierzami Wyklętymi. Jest autorem drobiazgowych i ciekawych historycznych opracowań i albumów. Jego bezkompromisowa walka o obecność Matki Boskiej Częstochowskiej w życiu Narodu i w życiu codziennym żołnierzy, obecnie pełniących służbę, jest uznawana na polskiej ziemi i będzie sowicie nagrodzona w niebie.

 Inżynier Wiesław Kulej jest zdolnym i pracowitym artystą, autorem i organizatorem wielu przepięknych dzieł w różnych metalach, także pozłacanych lub posrebrzanych czy emaliowanych. Produkuje też użytkową galanterię metalową, dając zatrudnienie pewnej grupie ludzi. Jest wielkim patriotą, poświęcającym Ojczyźnie swoje zdolności, w które wyposażył go Pan Bóg. Poświęca także swój czas i pieniądze dla Polski, gdyż wykonał dla naszej Fundacji setki odznaczeń, także pozłacanych i emaliowanych, które wręczyliśmy Papieżowi, kardynałowi, arcybiskupom, biskupom, prezydentom, premierom, ministrom, posłom i innym patriotom oraz życzliwym Polsce ludziom z zagranicy.   

          Wykonał także tablice, o trwałości kilkuset lat, upamiętniające Ryszarda Kuklińskiego, Żołnierzy Wyklętych i Kornela Morawieckiego. Tablice zostały są umieszczone w Kaplicy Pamięci Narodu im. Ojca Augusta Kordeckiego dzięki życzliwości Jasnogórskich Ojców Paulinów, którzy okazują szacunek czynom patriotycznym budującym historię Polski. Ten człowiek, kochający bezgranicznie swoją Ojczyznę, jest całkowicie oddany Matce Boskiej Częstochowskiej oraz Jasnej Górze, którą często odwiedza, czerpiąc siły do swojej pracy dla Ojczyzny i do codziennej walki o hołd i uznanie dla Patronki Narodu Polskiego i całego świata.

 Nasza Fundacja oddaje cześć tym obydwóm wzorcom Rycerzy Matki Boskiej Częstochowskiej, którzy oddają życie Matce Najświętszej i Ojczyźnie. Cała Polska wie, że w sercu Polski na Jasnej Górze od setek lat paulini są rycerzami i żarliwymi obrońcami Matki Boskiej Częstochowskiej i naszej Ojczyzny. Takimi, jakim był przeor paulinów, ojciec August Kordecki i jakimi jesteście dziś wy – paulini z Jasnej Góry.